Być jak święty Mikołaj

Byc jak swiety Mikolaj zdjęcie główne 39cdafba6cf8d331322df472

Ścigając się z czasem, rozwoziliśmy prezenty w wigilijny wieczór. Pukaliśmy do najuboższych domów…

Choinka przystrojona, W kuchni się gotuje barszcz, koszule wyprasowane… można by zacząć wigilię. Tylko te kartony…

– Nawet mi nie mów, że nie możesz. Mam do rozwiezienia prezenty dla szesnastu ubogich rodzin. Dzisiaj. Teraz. Mikołaj nie odmawia w takich sytuacjach. Obiecałeś…

– No tak... Rozumiesz, jest wigilia. – Odparł mój przyjaciel. – Zaraz siadamy do stołu. Nie dam rady stary. Wybacz. Wiesz, jak jest…

Przede mną piętrzyła się  sterta kartonów obwiązanych czerwoną wstążką. Zajmowały prawie pół pokoju. Zbliżała się godzina osiemnasta. Rozpaczliwie wydzwaniałem do kolejnych osób. Wszyscy mi odmówili. Na końcu ktoś życzliwy powiedział:

– Skąd ty w ogóle znasz te rodziny? Nie możesz tych prezentów dać po prostu swoim dzieciom? Daj swoim i będzie po sprawie.

Skąd znam te rodziny? Część po prostu, ze szkoły, z sąsiedztwa. Dwie rodziny emigrantów, dopiero urządzają się w Polsce. Samotna mama na etacie w sklepie – pensji starcza na wynajem mieszkania i leki. Na jedzenie nie zawsze. Znerwicowana, uciekła od męża. Bierze nadgodziny, żeby przetrwać. Nawet nie do pierwszego. Do dziesiątego, piętnastego. Potem trzeba pożyczyć. Chwilówki… wysoko oprocentowane pożyczki dla ubogich. Pułapka lichwy. Nie ma czasy dla córki, nie uczy się z nią, nie czyta jej na dobranoc. Wraca wykończona z pracy. Idzie spać. Pracuje na życie, na dwa życia: swoje i dziecka. Sprzątaczka (to naprawdę ciężka, fizyczna praca) już ma problemy z kręgosłupem, stawami. Oszczędziła na buty dla syna, sportowe – bardzo drogie. Te buty dla syna to są jej kolejne wizyty u lekarza i zapewne wózek inwalidzki na starość. Nie pytam dlaczego. Nie jest mądrze pytać o miłość. Bywa irracjonalna. Ten ojciec… od którego odeszła żona. Wyjechała do pracy za granicę, może kogoś poznała… Został sam z synem, nigdy wcześniej nie zajmował się domem. Z wrażenia przestał pić. Czy mu się uda wytrzymać dłużej? Sytuacja trudna: długi, wszystkie problemy zamiecione pod dywan trzeba zacząć rozwiązywać. Rodziny z problemami. Dla mnie to są ludzie, którzy walczą. O przetrwanie, o własną godność, o dzieci. O prawo do dzieci. Właśnie o to.

Boże narodzenie. Kolędy, Dzieciątko… Święta rodzina była uboga. Prawdopodobnie. Podobno wielbłądowi łatwiej jest przejść przez ucho igielne, niż bogaczowi osiągnąć Królestwo Niebieskie. Kiedyś myślałem, że zło się bierze z tego, że bogaci nie lubią się dzielić. Nieprawda. Ci majętni przeważnie robią to, często hojnie i anonimowo. Zwłaszcza w święta. Naprawdę trudno jest się konfrontować z cudzymi potrzebami, rozpaczą i potrzebą godności. Tam, gdzie nie ma pieniędzy, godność staje się ostatnim dobrem. Nie raz na pomoc odpowiedzią bywa przykre słowo, dalsze roszczenie. Dlatego niejeden bogacz i filantrop rezygnuje. Nie jest to wcale takie łatwe, jak się wydaje. Namówić dwadzieścia cztery rodziny, żeby przyjęły prezent… Znacznie łatwiej jest namówić dwadzieścia cztery osoby, żeby dały.

Takie myśli… Trochę gorzkie. Przede mną dwadzieścia cztery paczki. Nie mam transportu. Co robić? Czasem lepiej nie myśleć, tylko po prostu zrobić. Ile się da. Zrywam się i wołam: – Dzieciaki! Ubierzcie się ciepło! Pojedziemy na rowerach. Tak, na rowerach. Wiem, że to szalone, ale coś trzeba zrobić. Rozwieziemy, ile się da. Podzielmy się na dwie grupy. Będzie szybciej…

Przedarłem listę na pół. Na każdej kartce było dwanaścioro imion, numerów telefonów, adresów. Pierwsza osoba – dziewczynka. Umówiliśmy się z nią w parku pod dworcem. Za pięć minut… Pakujemy się i pędzimy. Już czeka, razem z rodzicami. Za chwilę odjeżdża ich pociąg, jadą do babci na święta. Odbierają wielką paczkę i machają za nami. My pędzimy, dwie ulice dalej. Dzieciaki czekają już na dole, machają do nas. Odbierają wielkie paczki. Szczęśliwe. My musimy wracać po następne prezenty. Było już ciemno. Nie dostrzegam wystającego krawężnika, oblodzenia. Ląduję la chodniku. Trochę boli noga, ale rower jest cały. Pędzimy z górki do domu. Po nowe paczki. Po drodze spotykamy drugą ekipę – też wracają. Jedna czwarta prezentów rozwieziona w pół godziny. Świetny wynik. Jednak zaczyna padać deszcz. Na szczęście nieobfity. Lekka mżawka, z przymrozkiem powoduje gołoledź. Od tej pory musimy jechać znacznie ostrożniej. Odwiedzamy kolejne domy. Zapraszają nas do środka, ale musimy odmawiać. Dalej, dalej, dalej! Co najwyżej możemy sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie. Wracamy po kolejną turę. Jest dziewiętnasta trzydzieści… Mało czasu.

Dobrze. Zrobimy jeszcze ten jeden kurs. Jesteśmy już zmęczeni i trochę zmarznięci. Jeszcze troje dzieci i damy sobie spokój. Jedziemy do dwóch braci wychowywanych przez samotną mamę. Spotykamy się w podwórku. Półmrok. Wręczamy dwie paczki i ruszamy dalej. Jeszcze jeden adres. Długo wciskamy guzik domofonu. Wreszcie ktoś odbiera. Schodzi do nas dziewczynka. Płakała?

– Myślałam, że już nie przyjedziecie. – Mówi, a mnie wzruszenie staje w gardle. Nie wiem, co powiedzieć. Czekała…

Wracam i okazuje się, że nasz drugi team rozwiózł już prawie wszystkie paczki. Zostały tylko dwie. Jedna w odległej dzielnicy, druga na dużym osiedlu. Z dziesięć kilometrów w jedną stronę. Nie damy rady. Nie mam już siły, jest już grubo po dwudziestej. Późno. Pamiętam jednak głos tej dziewczynki, która czekała i myślę sobie, że tych dwoje dzieci też czeka. Zamawiam taksówkę. Jedziemy do szemranej dzielnicy, kierowca się dziwi… Na miejscu widzimy grupkę pijanych mężczyzn.

– O! Sportowcy.- Żartuję. Trochę ze strachu, a trochę by oswoić sytuację. Wszyscy zebrani byli bowiem w dresach, mimo mroźnej temperatury. Sam wyglądałem, powiedzmy prowokacyjnie: w stroju Mikołaja, z długą brodą. Nie mniej – musimy przejść obok tych panów.

– O! Mikołaj! Dawaj prezenty!

– Mam już tylko jeden. Dla chłopca. Mieszka tutaj...

Za chwilę drzwi się otworzyły i staje w nich tata chłopca. Podszedł do mnie i bez ceregieli przytulił mnie mocno.

– Dobrze, że pan przyjechał. Nie miałem prawie nic dla chłopaka. Uratowaliście nam święta.

Chłopiec wyszedł i odebrał prezent.

– Wesołych Świąt. – Powiedziałem cicho.

– Wesołych Świąt!!! – Odpowiedział nam chór kibiców – sąsiadów i przy ich wiwatujących okrzykach wsiedliśmy do auta. Kierowca taksówki odwrócił się do nas i powiedział:

– Pierwszy raz wiozę prawdziwego Mikołaja. Za kurs biorę od Was tylko połowę stawki!

Zostało nam ostatnie dziecko. Szybko obrócę, myślę. Niestety. Wciskam guzik domofonu. Nikt nie odbiera. Dzwonię do sąsiadów. Odbierają. Weseli, słyszę w tle kolędy…

– Jaki chłopiec? Tam nikt nie mieszka. Pomylił pan adres. Chodź Pan do nas. Jedno miejsce jest puste, jak nakazuje tradycja. Dla wędrowca…

Dziękuję, wyjmuję telefon. Dzwonię do jego mamy. Nie odbiera. Minęła godzina dwudziesta pierwsza. Zdecydowałem się wracać, ratować własne święta. Mama tego chłopca miała później do mnie pretensje. Podobno zepsułem im święta… Kto pomylił adres? Czy mama mi podała zły numer mieszkania, czy ja źle spisałem? Nie wiem. Czemu nie odbierali telefonu? Obrazili się.

Wracamy do domu. Szybko myjemy ręce, przebieramy się i siadamy do stołu. „Wśród nocnej ciszy”… faktycznie jest już noc. Nigdy jeszcze tak późno nie siadaliśmy do wigilii. Jest biały obrus, sianko. Migocze choinka. W talerzach barszcz uszkami. Zapach grzybów, cytrusów, piernika łączy się żywicznym zapachem choinki. To wszystko tworzy atmosferę świąt. Jednak Boże Narodzenie to nie tylko pocztówkowy obrazek. To błąkająca się rodzina, poczucie zagrożenia, szukanie noclegu. Stajenka… ani nie było tam pięknie, jak w krakowskiej szopce, ani nie pachniało kadzidłem. Pasterze ówcześnie byli społecznymi wyrzutkami. Można by powiedzieć co najmniej: niefrasobliwi rodzice. Jednak rodzicielstwo jest czymś znacznie więcej niż zapewnieniem dziecku jak najlepszych warunków materialnych. Syn, który wtedy ze mną rozwoził prezenty miał wtedy drobne problemy: trzymał się z łobuzami, nie chciał się uczyć. Dzisiaj jest w wymarzonej szkole, nieźle sobie radzi, bardzo mi pomaga. Mam wrażenie, że ta zmiana nastąpiła właśnie po tamtych świętach…

Nie wiem, czy wiecie, ale prawdziwy święty Mikołaj nie wyglądał jak z telewizyjnej reklamy napojów i… prawdopodobnie nigdy nie widział renifera. Pochodził z Miry, z terenów dzisiejszej Turcji. Wsławił się cudami oraz pomocą biednym i potrzebującym. Przez wieki był jednym z najbardziej czczonych świętych na Zachodzie i Wschodzie. Największe jego sanktuarium znajduje się we włoskim Bari, które często obieramy za cel naszych wakacyjnych podróży… Z jego życiem wiąże się wiele legend i przypowieści. Mnie najbardziej porusza opowieść o trzech córkach niemiłego sąsiada. Mikołaj, kiedy był młody, jeszcze przed wyborem na biskupa, miał chciwego i bogatego sąsiada, który czasem drwił sobie z jego sposobu na życie. Sąsiad ten, na skutek złych inwestycji stracił majątek i popadł w skrajną biedę. Gdy nie miał już z czego utrzymać rodziny, postanowił sprzedać swoje trzy córki do domu publicznego, ponieważ nikt nie chciał ich poślubić bez otrzymania stosownego posagu. Mikołaj, po długich namysłach zdecydował się pomóc tej rodzinie, wrzucając pod osłoną nocy, przez okno duże sumy pieniędzy przeznaczone na posag dla każdej kolejnej siostry. Takimi prezentami uratował trzy córki swojego sąsiada przed okrucieństwem świata…

To było dawno. Pięć lat temu. Niedługo kolejna wigilia. Przez te lata zorganizowaliśmy jeszcze cztery takie świąteczne akcje. Rok temu udało nam się podłączyć prąd dwóm seniorkom, które żyły po ciemku od kilku lat. Poznałem je przy naszej kamienicy. Szukały czegoś do jedzenia w naszych śmieciach. Dzisiaj mają prąd, własny ogródek, lodówkę. Właśnie szykujemy dla nich prezent. Dwa telefony – żeby mogły same dzwonić i załatwiać swoje sprawy. Nie musimy długo szukać i czekać na dalekiego wędrowca, by ugościć go przy naszym świątecznym stole. Wystarczy wyjść poza swoją strefę komfortu, zrobić jeden krok i okaże się, że ludzkie nieszczęście, potrzeby znajdują się tuż za naszymi drzwiami. Nawet jeśli nie jesteś bogatym młodzieńcem jak Mikołaj, nawet jeśli jesteś tylko ojcem skromnej rodziny, który nawet nie ma samochodu. Każdy, naprawdę każdy może zaryzykować taki gest, naprawdę obdarować kogoś, kto tego potrzebuje. Może to nie zmieni świata, ale na pewno obdarowujący otrzyma w nagrodę spełnienie życzeń: Wesołych Świąt! Sprawdziliśmy, to działa.:)

Przemysław Krajewski