Jary i „Oddział Zamknięty”. Miłość i rock and roll

Jary i „Oddział Zamknięty”. Miłość i rock and roll
Hanna Jaryczewska i Krzysztof Jary Jaryczewski, fot. Krzysztof Chwała

„Wszystko jest po coś. Każde zdarzenie, które nas spotyka, ma swój sens”. Rozmowa z Krzysztofem Jarym Jaryczewskim – legendą „Oddziału Zamkniętego” i Hanną Jaryczewską – żoną, menagerką i… fanką.

Przemysław Krajewski: Śpiewasz „Bo na to nie ma ceny”. Co masz wtedy na myśli?

Jary: Najcenniejsze jest właśnie to, czego nie można kupić. Nie ma ceny na przykład zdrowie. Nie tacy milionerzy umierali. Drugą rzeczą jest miłość. Wiadomo – można kupić seks, można kupić jakieś pozory, ale miłości? Ja przynajmniej nie słyszałem. Proste rzeczy są bezcenne, zaczynam z wiekiem szanować czas – przeżywać go sensownie, robić rzeczy ważne.

Siedzi tu z nami pani Hanna. Żona, manager i… fanka. Powiedzmy trochę więcej o miłości. Jak do siebie mówicie nawzajem?

Hanna Jaryczewska: Łajdaku…

Jary: Zołzo… To oczywiście w prześmiewczej formie. Można też bardziej czule: Hanusiu, Krzysiusiu… Ja nieraz „źrebaczku” mówię. Różnie.

Jak się poznaliście?

Jary: Poznaliśmy się 40 lat temu. Tutaj w Sopocie był kiedyś Teatr Letni pod namiotami. Mieliśmy z „Oddziałem Zamkniętym” zaraz grać koncert. Perkusista z naszego zespołu, Michał Coganianu, zauważył po drugiej stronie parkanu takie kolorowe papużki i jakoś z pomocą ówczesnego menago, Gregora (Grzegorz Rutkowski), wpłynął na ochroniarzy, żeby je wpuścili. Wśród nich była Hania. Tak się poznaliśmy. Jakiś człowiek w tłumie zobaczył, że ją wpuszczają i przekazał rysunek z moją podobizną, żeby mi dała. Ona trzymała ten rysunek, więc ja się spytałam: Słuchaj, co to za rysunek trzymasz? Ona, że nic. Ja na to: A to chyba dla mnie miało być? Chciała go zachować dla siebie, więc ją sprytnie zaszantażowałem, bo chwaliła się wcześniej, że podrobiła legitymację, żeby się dostać na koncert, zmieniła datę i podbiła pieczątką z ziemniaka. Niby że zacząłem ją straszyć: Podkabluję cię na milicję... I tak nie oddala mi tego obrazka. Tak się poznaliśmy. Później dziewczyny założyły nasz oficjalny fanklub w „Rudym Kocie”. Hania była na moim pierwszym ślubie w Warszawie jako przedstawicielka fanklubu. Później wyjechała do Kanady.

Tam zrobiła karierę.

Jary: Tak jest. Skończyła studia i zaczęła robić karierę. 30 lat była poza tematem można powiedzieć. Aż kiedyś, ktoś na Facebooku wrzucił nasze zdjęcie, właśnie z tego mojego pierwszego ślubu. W niej coś się odezwało i napisała do mnie. Coś tam – nie pamiętam. Ja jej odpisałem.

I spotkaliście się…

Jary: Spotkaliśmy się, wylądowaliśmy w łóżku i już tak zostało. Jesteśmy razem od sześciu lat. Właśnie obchodzimy piątą rocznicę ślubu.

Jak Wam się żyje? Jak macie taki dobry, pogodny dzień jak dzisiaj, to co robicie?

Jary: Kochamy się intensywnie.

(Śmiech).

Hanna Jaryczewska: Jeździmy na rowerze, oczywiście spędzamy dużo czasu na plaży. Wiemy, gdzie można zjeść dobrą rybkę… Dużo podróżujemy.

A gdzie już razem byliście?

Hanna Jaryczewska: Gdzie my nie byliśmy? Kanada, Stany, Austria, Czechy, Niemcy, Włochy, UK, Hiszpania… Mamy swoje ulubione miejsce, dziesięć kilometrów od Barcelony. Kochamy Katalonię!

Czyli można powiedzieć, że życie małżeńskie Wam służy.

Jary: Podchodziłem do tego z pewną ostrożnością, chciałem bardziej tak jak satelita sobie krążyć. Jednak z moim zdrowiem zadziały się różne dramatyczne sytuacje i postanowiłem zaufać kobiecie… Jeszcze zobaczymy, jak na tym wyjdę.

(Śmiech).

Hanna Jaryczewska: Właśnie się pokłóciliśmy po drodze.

Niczego nie zauważyłem.

Hanna Jaryczewska: Bo wysiadłam z samochodu i przyszłam tu sobie dla relaksu na piechotę z pieskiem. I co? Nic się nie stało.

Jary (pieszczotliwie): No i widzisz? Jak ją zołzą nie nazwać?

Hanna Jaryczewska (czule): Łajdak…

Mieszanka miłości i rock and rolla bywa wybuchowa. Porozmawiajmy może o muzyce. Najnowsza płyta nosi przewrotny tytuł „Lilaróż”. To naprawdę dobry, naturalny rock bez sztucznych póz. Zawiera też dwie oddziałowe piosenki, które nie ukazały się w swoim czasie na płytach. Pierwsza to "Stół”, właściwie jeszcze sprzed powstania zespołu. Drugi kawałek – „Facet" – nagrany od nowa na potrzeby filmu fabularnego opartego na Twojej biografii.

Jary: Płyta powstawała w ciągu dwóch lat. Mieliśmy kilka piosenek i chcieliśmy już wchodzić do studia, ale przyszła pandemia i wszystko pokrzyżowała. Na szczęście każdy z nas w domu ma jakiś tam program muzyczny, więc można było swoje instrumenty dogrywać, przesyłać sobie nawzajem i dopasowywać do siebie. To było nawet ciekawe. Popracowaliśmy zdalnie przez rok i stwierdziliśmy, że fajnie by było wziąć to wszystko w kupę i porządnie nagrać w dobrym studiu. Niestety, w międzyczasie kasiora się rozpłynęła… Wtedy Hania jako menadżerka wzięła na swoją firmę dotację. Dzięki temu stać nas było na jednego z najlepszych realizatorów w Polsce, Jacka Gawłowskiego. Pracowaliśmy w nowo otwartym studiu, bardzo wypasionym, Boogie Town. Cieszę się bardzo, że mogłem nagrywać w takich komfortowych warunkach. Teraz, kiedy dużo osób nagrywa byle jak i byle gdzie, na byle czym... Dla mnie praca w studiu jest świętością. Liczy się jakość, celebracja po prostu. W czterech ścianach studia nie chodzi tylko o sprzęt. Ważna jest interakcja personalna, klimat, koncentracja. Nie ma miejsca na telefon od żony, kolację, dziecko czy psa. Wyłączam telefon na kilka godzin, jak w świątyni.

Nie wiem, czy w środowisku rockandrollowym takie podejście jest częste. To w Tobie samym chyba zaszły poważne zmiany.

Jary: Wszystko idzie do przodu, to nie jest tak, że świat stoi w miejscu. Ja też muszę iść do przodu, rozwijać się. Czytam książki, koncentruję się na duchowości. Czasem chodzę na medytację do buddystów, głównie japońskie zen, ale byłem też w sandze Kryształowej Drogi w Gdańsku. Moja córka jest buddystką, mamy świetną relację, długo mieszkaliśmy razem. Mnie osobiście trudno jest przyjąć narzucone formy religijne. Buddyzm jest pod tym względem najbardziej otwarty. Właśnie niedawno wróciłem z Mazur z obozu terapeutycznego. Trzeba dbać o ducha, ale i o ciało. Chcesz przepis na naturalny antybiotyk?

Dawaj. Czytelniczki, czytelnicy: oto przepis na eliksir od Jarego Jaryczewskiego!

Jary: Drobno posiekana cebula (główka), drobno posiekane: kurkuma, główka czosnku, imbir, ostra papryczka, np. habanero ( jaką tam macie pod ręką, byle ostrą), chrzan tarty. Oczywiście wszystkie produkty muszą być bio, dobrej jakości. Wszystko zalewamy octem jabłkowym i odstawiamy na dziesięć dni. Następnie odcedzamy przez gazę i pijemy profilaktycznie łyżkę albo dwie dziennie.

Jesteś w świetnej formie. Nie wiem, czy to przez eliksir, czy dzięki energii pani Hani… Gdzie możemy Jarego i „Oddział Zamknięty” usłyszeć w te wakacje?

Jary: To może management się wypowie.

Hanna Jaryczewska: Piątego sierpnia Rock w teatrze – koncert w Gdańsku.  Następnie Top of the Top festiwal w Sopocie szesnastego sierpnia. Dwudziestego gramy w Bartoszycach, dzień później w Białobrzegach. Tak to wygląda w sierpniu.

A bardziej dalekosiężne plany?

Jary: Tutaj Ciebie zaskoczę. Chcemy spróbować pomieszkać w Kanadzie i może w przyszłym roku się przeniesiemy, przynajmniej częściowo. Takie są plany, teraz szlifuję swój angielski. Jest tam kilku muzyków, z którymi chciałbym zagrać, na przykład Andrzej Reszka. Wiesz, grałem w Kanadzie taką imprezę w 2008 roku. Koncert prowadził Piotr Kanczkowski, legenda Polskiego Radia. To w ogóle fajna historia. Duży, kultowy klub muzyczny „Richard’s on Richard”, który z powodu zbliżającej się wtedy olimpiady zimowej i rozbudowy kolejki do Whistler został przeznaczony do wyburzenia. Władze Vancouver razem z polonijnym radiem Iks zorganizowali więc pożegnalny koncert. Pojechałem z Witkiem Albińskim, zagraliśmy kilka nowszych piosenek na dwie gitary akustyczne. Potem pojechaliśmy ostro, oddziałowo, prawie metalowo z kanadyjskim zespołem „ROW”. „Obudź”, czy „Ten Wasz Świat” tak ciężko jeszcze nie grałem. Super impreza, była bardzo dobra atmosfera! Pan Kanczkowski użył swoich kontaktów i pojechaliśmy zwiedzić „The Warehouse Studio” Bryana Adamsa. Piękny, położony w Chinatown, wielki kompleks studyjny z różnego rodzaju, różnej wielkości i przeznaczenia studiami muzycznymi, masteringowymi, albo typowo lektorskimi, w których realizują dźwięk do hollywoodzkich produkcji. Kilka naprawdę fajnych rzeczy się zadziało wtedy. Zakochałem się w Kanadzie. Powiem ci, to jest taki kraj, takie miejsce na świece, gdzie chyba każdy poczułby się dobrze. Bardzo otwarta społeczność, niemal każdy tam skądś przyjechał. Może i dla mnie jest to miejsce docelowe? Sam jeszcze nie wiem, dokąd mnie los poprowadzi. Zobacz, spotkaliśmy się z Hanią czterdzieści lat temu. Ktoś by nam wtedy powiedział, że będziemy razem? Że będę planował przeprowadzkę do Kanady? Musiałem przejść bardzo wiele, ale to wszystko jest po coś. Każde zdarzenie, które nas spotyka, ma swoje znaczenie i to od nas zależy jaki nadamy im sens.

W trakcie naszej rozmowy miała miejsce zaskakująca sytuacja. Spotkaliśmy się w lobby pięciogwiazdkowego hotelu w Sopocie. W pewnym momencie Jary zrobił wielkie oczy i powiedział: popatrz, kto tam siedzi za nami. To Robert Plant z „Led Zeppelin”! Faktycznie, obok nas, jeden stolik dalej siedzieli Robert Plant i Alison Krauss. Jak później sprawdziłem, byli w trasie z nowojorskiego Forest Hills Stadium, przez londyński Hyde Park, po berlińską Cytadelę Spandau i zatrzymali się właśnie w tym hotelu przed koncertem w Operze Leśnej. Taka okazja może zdążyć się w życiu tylko raz. Jednak nie rzuciłem się do nich, nie prosiłem o autograf czy selfie. Jak gdyby nigdy nic kontynuowaliśmy swoje tematy z Jarym. Dobra rozmowa jest rzeczą świętą, jak dla muzyków praca w studio. Doceniłem ekspresję i styl Krzysztofa i pani Hani. Trzymam za nich kciuki! Są tak wyjątkowi i naturalni jak ich wspólne dzieło: płyta „Lilaróż”. Nie brakuje im miłości i rock and rolla!