List do Czarnego Anioła

List do Czarnego Anioła

Spełniła swe dziecięce marzenia i nagrała płytę z piosenkami Ewy Demarczyk. Ewy Demarczyk zwanej Czarnym Aniołem, piosenkarki śpiewającej poezję, jednej z bardziej utalentowanych i charyzmatycznych postaci polskiej sceny muzycznej. Dziś rozmawiamy z Patrycją Ziniewicz, która postanowiła zmierzyć się z legendą.

Przemysław Krajewski: Na pani koncert szedłem z pewną taką nieśmiałością. Bardzo byłem ciekaw, jak wypadnie konfrontacja młodego bądź co bądź talentu z legendą Ewy Demarczyk. I widziałem niemalże, jakby unosiła się pani nad ziemią, śpiewając te Czarne Anioły w finale, a my – publiczność lecieliśmy razem z panią. Proszę nam opowiedzieć, jak to się wszystko stało. Kiedy się zaczęła ta przygoda i zapewne zmaganie z tym trudnym repertuarem?

Patrycja Ziniewicz: Panią Ewą Demarczyk zainteresowałam się w dzieciństwie, mając lat trzynaście. Stało się to w szkole estradowej imienia Anny German, gdzie uczyłam się śpiewu. Rozmawiałam ze znajomymi gdzieś w korytarzu i usłyszałam z oddali jak pani Helena – moja nauczycielka wykonuje jakaś tajemniczą, przepiękną melodię. To totalnie do mnie przemówiło. Za tymi dźwiękami poszłam, a właściwie pobiegłam. Wpadłam do środka sali lekcyjnej, w trakcie odbywających się zajęć i spytałam się: Co to jest za piosenka, o co tu chodzi? Wtedy się dowiedziałam, że to jest właśnie Grande Valse Brillante. Powiedziałam, że chcę to zaśpiewać. Miałam wtedy trzynaście lat i byłam w szkole od dwóch, może trzech miesięcy, dodatkowo miałam problemy z intonacją i dykcją, więc moja nauczycielka złapała się za głowę i powiedziała: Dziecko, to nie jest dobry pomysł, żeby zaczynać od czegoś takiego. Jednak ja byłam zawsze uparta, więc na koniec roku szkolnego na egzaminie śpiewałam ten utwór. Tak to się zaczęło. Później słuchałam już szerszego repertuaru pani Ewy. Urzekła mnie jej interpretacja, przekaz emocjonalny oraz teksty piosenek. W międzyczasie poszerzyłam swoją edukację. Udało mi się dostać na Akademię Muzyczną, gdzie uczyłam się przez sześć lat. Studiowałam musical, więc bliższy mi był wtedy teatr muzyczny niż piosenka aktorska, ale patrząc na moich kolegów muzyków, którzy realizowali autorskie projekty, zaczęło mi się tak marzyć, że może i ja zorganizuję własny, wymarzony koncert. Zaczęłam o tym nieśmiało wspominać i wtedy mój ówczesny chłopak zaczął mnie namawiać, żebym po prostu zorganizowała taki koncert w teatrze BoTo. Prowadząca to miejsce aktorka Sylwia Góra wzięła mnie w ciemno! Krótko mówiąc, pierwszy koncert wydarzył się w sopockim tetrze BoTo w październiku, kiedy byłam jeszcze na ostatnim roku licencjatu…

audio-thumbnail
Grande Valse Brillante
0:00
/4:10

Była trema?

Myślałam: Boże Święty, co ja w ogóle robię?! Przecież mnie zjedzą żywcem! Czytając biografię Ewy Demarczyk, trafiłam na anegdotę, kiedy to w szkole muzycznej (bo ona skończyła pierwszy stopień na fortepianie, nie wiem, czy nie drugi) grała sobie standardy jazzowe na korytarzu w uczelni i dołączył do niej kolega. Za komuny, to było bardzo niemile widziane, żeby w ogóle grać zachodnią muzykę, wiec, kiedy przyłapał ich nauczyciel, to ten kolega był przekonany, że wyleci ze szkoły, Ewa zaś stała obok niego niewzruszona, uśmiechnięta i zadowolona. Po całym zajściu spytał się jej: Jakimś cudem się nie bałaś? Wtedy mu powiedziała: Jeżeli trwasz przy tym, co postanowiłeś, to jest najmniejsze ryzyko popełnienia błędu. Jak przeczytałam te słowa, to powiedziałam sobie: Nie ma opcji, żebym miała tego nie zaśpiewać! Koncert się udał, później było ich więcej. Poznałam też Agatę Kuźnicką, która została producentem wykonawczym mojej debiutanckiej płyty. Rzuciłam się na to i absolutnie nie żałuję. To repertuar, który chce być słyszalny. Wydałam płytę podczas pandemii 2020 roku, miałam premierę w radiowej Trójce przy pustej sali. Mimo to w zeszłym roku udało mi się zrobić pierwszą trasę koncertową.

Czy płytą List do Czarnego Anioła interesował się ktoś z otoczenia Ewy Demarczyk? Może Piwnica pod Baranami zaprosiła Panią na koncert?

W samej Piwnicy Pod Baranami jeszcze nie koncertowałam, choć nie ukrywam, że z radością przyjęłabym zaproszenie. Miałam jednak gigantyczną przyjemność i zaszczyt poznać Zygmunta Koniecznego (legendarnego kompozytora Piwnicy pod Baranami, autora muzyki między innymi do piosenek Ewy Demarczyk). Stało się to dzięki człowiekowi instytucji – Przemkowi Dyakowskiemu. To właśnie on niegdyś po raz pierwszy sprowadził Ewę Demarczyk do Piwnicy pod Baranami. Z Przemkiem poznaliśmy się podczas festiwalu Sopot Molo Jazz Festival, na którym dzięki pani Kasi Litwin udało się zorganizować wieczór poświęcony pamięci pani Ewy. Grałam tam w duecie z Dominikiem Kisielem, a gościem specjalnym był właśnie Przemek Dyakowski, który stwierdził, że tę płytę musi usłyszeć Zygmunt. Jak się okazało, są oni przez cały czas w doskonałych relacjach i w kontakcie. I faktycznie, wkrótce pojechałam do Krakowa spotkać się z nim. Ku mojej wielkiej radości moje interpretacje mu się spodobały. On jest cudowny! Jest tak uroczym starszym panem, inteligentnym i młodym duchem. To było wspaniałe spotkanie, w kawiarni Vis-à-vis przy Krakowskim Rynku.

Dzisiaj Zwis (jak mawiają bywalcy Vis-à-vis) to nobliwy przybytek, a Piwnica pod Baranami to spokojna kawiarnia, ale w czasach świetności było to miejsce dekadenckie, towarzyski tygiel. Wspomniany Zygmunt Konieczny potrafił gotówką płacić za cenną plotkę. Artyści nie wylewali za kołnierz. Podczas jednego z gościnnych występów, bodajże we Wrocławiu, podobno Wiesław Dymny zabalował i spóźniał się z wejściem na scenę, więc zespół zaczął go nawoływać: „Wiesław, Wiesław!”. Kiedy wreszcie wyszedł nie był w pełni dysponowany i miał poważną trudność z artykulacją. Ponadto w ogóle nie pamiętał tekstu. I choć wszyscy mu go podpowiadali, nie był w stanie wydobyć z siebie słowa, tylko w milczeniu huśtał się w bujanym fotelu. Jak się okazało było to odebrane jako zniewaga dla towarzysza Władysława Gomułki (o pseudonimie konspiracyjnym „Wiesław"), który w interpretacji świadków występu Dymnego nie zważając na wołania narodu: „Wiesław! Wiesław!", bujał ten naród i bujał… Podsumowując, mam nadzieję, że nie naśladuje pani trybu życia i permanentnie bajkowego nastroju ówczesnej krakowskiej bohemy.

Trudno by było nadążyć za osobami z taką kondycją i możliwościami! Dbam o swój głos, pracuję w teatrze, więc muszę być dyspozycyjna także pod względem formy fizycznej. Choć faktycznie ten światek aktorski, artystyczny… No dobrze, przyznam, że w sytuacji towarzyskiej nie odmawiam odrobinki alkoholu. Spotkania takie są niejako elementem mojej pracy. Wtedy właśnie powstają ciekawe projekty i poznaję nowe osoby, które pomagają w ich realizacji.

audio-thumbnail
Karuzela z Madonnami
0:00
/3:52

À propos spotkań i nowych pomysłów. Proszę uchylić rąbka tajemnicy i powiedzieć o swoich artystycznych planach. Gdzie i przy jakich okazjach będziemy mogli panią zobaczyć, usłyszeć?

Teraz właśnie otwieram nowy, interesujący projekt, właściwie zostałam zaproszona do współpracy przez artystkę jazzową Aleksandrę Mońko Allen. Będę śpiewała jej piosenki. Płyta już została nagrana, będzie wydana w tym roku przez wydawnictwo Soliton. Jesteśmy właśnie w trakcie domykania mixu i to będzie taka dojrzała płyta jazzowa, trochę mainstreamowa, bardzo przyjemna muzyka. 23.04.2022 gramy pierwszy koncert w klubie Uboga Krewna. Chcemy jeszcze troszeczkę się ogrywać przed premierą. Na razie, to tylko ja i Ola w duecie, ale docelowo, tak jak na płycie, będziemy występowały z sekcją. Chciałabym nagrać płytę ze współczesnymi wierszami żyjących poetów. Mam nadzieję, że w tym roku uda się to zarejestrować. W przyszłości planuję zaśpiewać na nowo wiersze Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Kocham jej poezję i bardzo chciałabym poświęcić jej cały album.

Czyli plany są trzytorowe: jazz na światowym poziomie, amerykański (Ola Mońko przez trzynaście lat mieszkała i tworzyła w USA), że tak powiem ekspansywny również pod względem komercyjnym…

(Śmiech.)

Miejmy nadzieję, ale stawiając sprawę trochę bardziej na ziemi – jazzmani nie zarabiają aż tyle…

W każdym razie Pani nie próżnuje, rozwija się i to w trzech kierunkach jednocześnie. Biorąc „na warsztat” i wiersze Jasnorzewskiej, współczesnych poetów i wspomnianą współpracę z wybitną artystką Olą Mońko, której wytrawnym słuchaczom nie trzeba przedstawiać. Nad tym wszystkim unosi się spiritus movens – eteryczny List do Czarnego Anioła z piosenkami Ewy Demarczyk w pani wyjątkowych interpretacjach. Warto kupić tę płytę i przyznam, że zainteresowaniem będę śledził pani dalszą karierę. Dziękuję za rozmowę.

Bardzo mi miło, dziękuję. Płyta jest do nabycia na mojej stronie: patrycjaziniewicz.com. No i zapraszam na koncerty. Ta muzyka potrzebuje koncertów. Ona wybrzmiewa najlepiej bezpośrednio w kontakcie ze słuchaczem…