Menedżer gwiazd

Menedżer gwiazd
Wojciech Korzeniewski, fot. Andrzej Tyszko

„Prawie wszyscy mają ten sam problem: jak szybko znaleźć pieniądze”. Rozmowa z Wojciechem Korzeniewskim – organizatorem festiwali w Sopocie, wieloletnim animatorem kultury.

Przemysław Krajewski: Pracowałeś z najlepszymi. Ile teraz odbierasz telefonów od kandydatek, kandydatów na gwiazdy?

Wojciech Korzeniewski: Kilka w tygodniu. Prawie wszyscy mają ten sam problem. Jak szybko zrobić karierę i kiedy ruszyć w trasę koncertową. Takie podejście to jest marnowanie czasu. Bycie znanym artystą to jest długa i ciężka praca, wymagająca wiele pokory. Ktoś, kto myśli, że jest skazany na sukces, bo rodzina i sąsiad mówią, że to jest zajebiste, może usłyszeć ode mnie, że ja uważam, że to jest do kitu i dziękuję za spotkanie. Żeby zadowolić kumpli, koleżanki nie musisz konsultować się z zawodowcami. Na każdego prawdziwego artystę pracuje sztab ludzi. Trzeba ich zdobyć pracą i osobowością. Popatrz na przykład na Marylę Rodowicz. Nie komponuje, nie pisze tekstów, a zawsze miała wokół siebie najlepszych ludzi. Tekściarzy, kompozytorów, muzyków, najlepsze chórki, reżyserów. Zobacz, jak wielu ludzi pracowało na Michaela Jacksona czy na inne tego typu gwiazdy. Jeśli zgłasza się ktoś do mnie, prosi o pomoc, a ma talent i chce ciężko pracować – to ja jestem w stanie udzielić mu dobrych wskazówek. Kto pisze najlepsze teksty, kto muzykę, kto zajmie się produkcją,  kto zrobi sesję zdjęciową (bo tu nie chodzi o zwyczajne zdjęcia, to fotografie, które komunikują to, co chcesz pokazać) czy sm (social media). Tych wszystkich ludzi musisz poznać i ich sobie zjednać.

Współpracowałeś  z takimi artystami ja Ewa Demarczyk, Marek Grechuta, De Mono, Lady Pank, TSA, Kombi, Irena Jarocka…

Moją rolą jako szefa marketingu i promocji – tak to teraz można teraz nazwać – było szeroko pojęte promowanie artystów, organizacja tras koncertowych, współpraca z mediami. Można powiedzieć, że myśmy wtedy, jako estrada BART,  naprawdę w Polsce byli prekursorami tej działalności. Miałem więc kontakt z dziesiątkami topowych artystów jeszcze zanim zająłem się impresariatem i organizacją festiwali w Sopocie.

Słynne kaprysy gwiazd. Spotkałeś się z tym?

Prawda jest taka, że same gwiazdy rzadko mają jakieś wyśrubowane oczekiwania. Przeważnie to ich managerowie wymyślają sobie w kontraktach, że chcą ekstra apartament w hotelu, konkretny model auta. To najczęściej po to, żeby media miały o czym pisać. Umówmy się, prawda jest taka, że jeżeli o artyście media nie piszą, to na rynku po prostu się nie liczy. Nie ma go. Jeśli nie masz przeboju – potrzebujesz skandalu albo jakiegoś wydarzenia. Ja zawsze we współpracy z osobą, która chce zaistnieć publicznie, szukam najpierw powodu, dla którego media mogą się nim zainteresować. Trzeba mieć coś do powiedzenia, jakąś historię i pomysł na funkcjonowanie w tej branży.

A co jeżeli się nie uda? Czy spotkałeś kiedyś swoją dawną „gwiazdę” na przykład za ladą w sklepie?

To jest normalka – życie. Nie ma w tym nic złego, że ktoś schodzi ze sceny i na przykład pracuje w sklepie. Przeżywałem natomiast różne tragedie muzyków, którzy często po prostu już nie żyją, tak się rozhulali. Często też ci, którzy mieli swoje pięć minut na topie, nie odkładali pieniędzy, tylko jeździli taksówkami od Helu po Zakopane i wydawali na panienki, whisky i zabawę. Aż tu nagle wszystko siadło. Nie ma pieniędzy, koncertów… Bieda. Nie zawsze udaje wrócić w blasku reflektorów. Markowi Piekarczykowi z TSA się udało dzięki przypadkowemu telefonowi od Jerzego Gruzy. Jerzy zadzwonił do mnie, że szuka Jezusa. Czy dałbym mu Skawińskiego. Ja na to: Nie dam ci Grzegorza, mam dla ciebie prawdziwego Jezusa. Nie uwierzył... Zadzwoniłem do Piekarczyka. Teraz każdy wie, że on już z samego wyglądu stuprocentowo pasował do głównej roli w Jesus Christ Superstar. Postawiłem go przed drzwiami Jurka, nacisnąłem przycisk dzwonka i uciekłem. Byłem już na parterze, kiedy usłyszałem, jak otworzyły się drzwi i reżyser wykrzyknął: Jezus Maria!

To było przed czy po tym, jak zostałeś mężem Jerzego Gruzy?

(Śmiech.)

Mężem Jerzego Gruzy zostałem podczas festiwalu w Cannes. Staliśmy razem w kolejce po akredytacje, trzeba było podpisać jakieś papiery. I pytają się go, czy jest z małżonką. On, dla żartu pokazał na mnie i mówi, że tak. A tamten facet, jak gdyby nigdy nic nas zapakował do wspólnego apartamentu. W końcu to Francja… Byliśmy później zapraszani na wszystkie bankiety gwiazd i do ministra kultury – jako atrakcja. Uwielbiałem poczucie humoru Jerzego. Kiedyś go spytałem podczas spaceru wzdłuż sopockiej ulicy Monte Cassino: Dlaczego kłaniasz się wszystkim napotkanym, obcym ludziom? Powiedział mi, że robi to profilaktycznie, bo zawsze może się znaleźć jeden ważniak, który będzie plotkował, że mu się reżyser Gruza nie ukłonił, czyli mu woda sodowa uderzyła do głowy od sukcesów. Zawsze, kiedy otrzymywałem telefon od niego, że „zaprasza mnie na obiad”, wiedziałem, że to ja będę musiał uiścić rachunek, ale czyniłem to z niekłamanym entuzjazmem. Opowieści Jerzego były fascynujące!

Od dawna pomagasz innym stanąć na scenie. Powiedz jak, tobie udało się odnieść sukces?

Zaczęło się od Ireny Jarockiej. Kiedy ją poznałem, byłem jeszcze zupełnie zielony. Nie kształciło się wtedy ludzi od marketingu, promotorów. W ogóle takich nazw nie było i de facto nie było nawet możliwości legalnego zapłacenia za tego typu działalność. Pomimo istnienia dużych instytucji państwowych, każdy artysta tak naprawdę był skazany na to, by samodzielnie zajmować się promocją. Zdradzę sekret, że Irena Jarocka płaciła z własnej kieszeni za moją pracę. Co miesiąc po cichu dostawałem swoją „dolę” za to, że ją reprezentowałem. Współpraca z nią była dla mnie zaszczytem i wielką szansą. Ona była już prawdziwą gwiazdą, a ja byłem młodym człowiekiem od reklamy, zatrudnionym w Bałtyckiej Agencji Artystycznej. W ciągu paru miesięcy nauczyłem się tyle, ile nie dałaby mi żadna ówczesna szkoła. Gdyby nie ta przyspieszona nauka to może nie udałoby się zrealizować późniejszych projektów z zespołem Kombi i wieloma artystami. Kiedy pojawił się Sławek Łosowski z zespołem Akcenty i postanowiliśmy jako agencja za zgodą Andrzeja Cybulskiego zająć się promocją zespołu – ja byłem już dobrze przygotowany do tej roli.

Pracując z wielkim gwiazdami, nawiązywałeś  mnóstwo kontaktów, jeździłeś na trasy koncertowe, byłeś bywalcem światowych targów i festiwali jako impresario, dziennikarz, juror, rzecznik prasowy. To jednak nie wszystko. Jako pierwszy i dotychczas jedyny przedsiębiorca przez kilka lat tworzyłeś samodzielnie słynny sopocki festiwal. Jak to było możliwe?

To był rok 1988. Tradycyjnie wojewoda zaprosił wszystkich organizatorów i instytucje kultury, które współfinansował na spotkanie podsumowujące i planowanie imprez w przyszłym roku. Byłem tam na wniosek Jerzego Gruzy. To było niedługo przed transformacją i wszystkie te organizacje mówiąc kolokwialnie – były gołe, bez kasy i nie miały wiele do zaproponowania. Wszystkie duże imprezy stanęły pod znakiem zapytania, w tym Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie. Nikt nie miał pomysłu jak, i przede wszystkim za co, to kontynuować. Wojewoda powiedział: Zastanówcie się jeszcze raz i spotkamy się za dwa tygodnie. Spotkaliśmy się znowu. Zero propozycji. Wtedy ja zgłosiłem się, wstałem i powiedziałem: Ja go poprowadzę, jako prywatna firma. Cała sala się śmiała. To im się nie mieściło w głowach. Międzynarodowy festiwal z dwudziestopięcioletnią historią powierzyć prywaciarzowi? Odbyło się wiec kolejne spotkanie. Ja znowu to samo, a oni: Jak mam panu zawierzyć, co się stanie jak się nie uda? Będziemy odpowiadać politycznie. Wtedy jeszcze partia rządziła… Ja odpowiadałem: Zjechałem kawałek świata i naprawdę wiem, jak się produkuje widowiska. Zrobię show na światowym poziomie. Oni na to: Trzeba sobie zdawać sprawę z kosztów. Spytałem więc: To znaczy, że jak pokażę pieniądze, na przykład 200 000 złotych na festiwal i dodatkowo 100 000 dolarów na gwiazdy, to mogę działać? Nie mieli kontrargumentów. A ja pieniędzy…

Zablefowałeś jak Wielki Szu…

Dwieście tysięcy to byśmy uciułali. Na początku lat 80-tych z moim bratem Grzegorzem i Wieśkiem Śliwińskim założyliśmy prywatną instytucję. To też jest ciekawa anegdota. Chcieliśmy, aby miała nazwę Biuro Usług Promocyjnych, na co nie chciał się zgodzić Urząd Miasta. Odpowiedziano nam, że to Urząd Wojewódzki nie zezwolił na prowadzenie działalności o tej nazwie. Urzędniczka wyjaśniła nam, że „promocja” jest… terminem woskowym. Namówiłem wtedy dziennikarza Dziennika Bałtyckiego na publikację pod jego nazwiskiem, napisanego przeze mnie tekstu pod tytułem „Co to jest promocja”. Nazajutrz kupiłem gazetę, pojechałam do Urzędu Wojewódzkiego, kłaniam się i mówię: Proszę pani, to niesamowite, ale właśnie napisali w gazecie artykuł: co to jest promocja! Mogliśmy otworzyć prywatne biuro jako pierwsi w Polsce. Niemal wszystkie zgody mieliśmy oznaczone numerem jeden. Na wydawanie płyt, na import – eksport artystów, organizację tras koncertowych – same jedynki. Dysponowaliśmy więc kwotą dziesięciu tysięcy dolarów. Pojechałam też do Londynu, gdzie namówiłem kolegę, żeby mi pomógł i wystawił czek bez pokrycia na 100 000 dolarów. Jaki piękny to był kawałek papieru z Londyńskiego banku… Na kolejnej naradzie mogłem udowodnić, że mam pieniądze.

Tak łatwo dali się nabrać?

W życiu nie widzieli  takiego eleganckiego, angielskiego czeku! Drugim czekiem był nasz z PKO SA. Dostałem festiwal, niemal nie mając grosza przy tyłku. Wiedziałem jedno: mając tak wielki festiwal, który jest emitowany live do prawie 200 milionów ludzi, gdziekolwiek pójdę, to dostanę pieniądze. W finale koledzy z Londynu zorganizowali mi kontakty do tamtejszych mediów i światowych gwiazd z okresu popularności MTV. To nas uratowało. Festiwal był sukcesem i został wyemitowany do kilkunastu stacji telewizyjnych. Tego już nikt nie powtórzył.

Zarobiliście?

Przy pierwszej imprezie dla nas było ważne, żeby wyjść na zero. Zarobiliśmy na kolejnych edycjach. I to niemało. Aż nam zabrali festiwal.

Kto zabrał?

Zawdzięczam to jednemu z dawnych kolegów, którego nazwiska nie wymienię. Odbyło się zebranie Rady Miasta i on przedstawił wniosek, żeby zabrać festiwal Korzeniewskiemu – prywaciarzowi, bo zarabia kasę i jeździ mercedesem. Ja żyłem tym festiwalem. Zawsze marzyłem, żeby to wydarzenie ogarniało całe miasto. Żeby angażować wszystkie instytucje, tworząc równoległe wydarzenia: przy molo, na kortach tenisowych, na hipodromie. Teraz kiedy festiwale produkuje się schematycznie, warto wspomnieć te kilka lat, kiedy wszyscy mieszkańcy tego miasta na czas festiwalu tworzyli jedną wielką rodzinę.

Jak to się stało, że trafiłeś na zupełnie odmienny w stylistyce festiwal do Jarocina?

Pracując w BART w Sopocie, poznałem niesamowitych ludzi. Ja i Jacek SYLWIN, Walter Chełstowski, Marcin Jacobson, Filip Holszański, Jerzy Wertenstein-Żuławski i jeszcze kilku kolegów z Sopotu i Warszawy – mieliśmy wspólny problem. Była nim ówczesna nieprzychylna atmosfera w stosunku do zespołów rockowych. To była końcówka siermiężnych lat siedemdziesiątych, początek trudnych lat osiemdziesiątych. Naprawdę było bardzo ciężko uzyskać możliwość wejścia do studia nagraniowego, podjąć się organizacji koncertów czy promocji w mediach. Stworzyliśmy więc termin – MMG Muzyka Młodej Generacji i pod tym szyldem udało się zorganizować w Sopocie pierwszy koncert w 1978 roku. Pojawiły się zespoły typu Krzak, Exodus, Kombi, Irjan, Drive. Z roku na rok narastała popularność tych zespołów, ale zmienił się dyrektor Bałtyckiej Agencji Artystycznej. Nowemu szefowi ten typ muzyki nie pasował niestety i ostatecznie wylądowaliśmy na festiwalu młodych talentów w Jarocinie. Zaproponowaliśmy władzom miasta, żeby przekształcić konkurs w festiwal MMG Muzyki Młodej Generacji i ogłosiliśmy konkurs. No i się zaczęło... Setki zespołów z całej Polski zgłaszały swoje demo i wystartował gigantyczny festiwal. Przejechało tysiące ludzi, którzy nagle nie mieli co jeść, bo zaopatrzenie było, jakie było… Samochodami, furmankami dowożono jedzenie. Dzisiaj każdy wie, co to za festiwal, a miasto skorzystało z unikalnej formy promocji i stało się rozpoznawalne w skali całego kraju. Tak powstała legenda – ale wszystko to jest najszczerszą prawdą. Można to sprawdzić zwiedzając muzeum Spichlerz Polskiego Rocka.

Twój dorobek został doceniony. W tym roku otrzymałeś medal Gloria Artis. Wiesz, kto wystąpił o przyznanie Tobie odznaczenia?

Po fakcie dowiedziałem się, że były to: Zaiks i Związek Producentów Audio-Video.

Masz satysfakcje z tego odznaczenia? Gdzie trzymasz medal?

Sam medal jeszcze mam przypięty przy marynarce, w szafie, ale pudełko jest jeszcze zdeponowane u organizatorów. Czy mam satysfakcję? Cieszę, bo przez te 50 lat miałem wpływ na duże wydarzenia w kulturze, ważne dla mojego kraju i miasta, w którym się urodziłem. Moim dorobkiem są przede wszystkim relacje, przyjaźnie i wspólne przeżycia z ludźmi, którzy są dla mnie ważni.

Ceremonia odbyła się podczas finału festiwalu imienia Ireny Jarockiej. Widownia Teatru Leśnego była pełna, atmosfera festiwalu wspaniała. Kto jest pomysłodawcą tej imprezy?

Zawdzięczamy to głównie mężowi artystki – profesorowi Michałowi Sobolewskiemu. On Irenę pokochał i kocha ją ponad życie. Zainicjował wiele wydarzeń kultywujących jej pamięć. Cały czas wychodzą książki, nagrania, programy telewizyjne na jej temat. Nie tak dawno porozumiał się z miastem Gdańsk w sprawie jej pomnika. Początkowo chciał w Sopocie, ale były pewne trudności i ostatecznie drugi wybór był bardzo korzystny. Pomnik stoi niedaleko jej miejsca zamieszkania, szkoły. Tam, gdzie stawiała swoje pierwsze kroki w ogóle w życiu, ale i na scenie. Tutaj w dzielnicy Oliwa śpiewała w chórze archikatedry. Nie tak daleko stąd mieści się stary Teatr Leśny. Stwierdziliśmy razem z Michałem i producentem Michałem Szultą, że może warto tam zorganizować festiwal jej imienia. Zaproponowaliśmy to miastu, odzew był bardzo pozytywny. GAK Winda – instytucja kultury, która zarządza Teatrem Leśnym, weszła w ten projekt i zrobiliśmy pierwszy festiwal w zeszłym roku. Poziom naprawdę był wysoki, trudno było wyłonić finalistów. W tym roku zgłosiło się 50 wykonawców i jury musiało obradować dwukrotnie. Kto wie, co będzie za rok.

Pamiętam, jak podczas przemowy dziękowałeś właśnie Irenie Jarockiej. Dla mnie był to wzruszający przejaw wdzięczności i lojalności. Nie często tego doświadczamy dzisiaj. Czy ludzie, którym Ty pomogłeś, zawsze o tym pamiętają?

Nie zawsze. Niektórzy, jak osiągną pewien próg sukcesu – przestają odbierać telefony. Zdarza się, że odsyłają mnie… do swojego obecnego managera. Na szczęście przeważnie jest wręcz przeciwnie, na przykład z zespołem Kombi pracuję już ponad 46 lat.

A ty? Masz jeszcze ochotę odbierać telefony od głodnych sukcesu szansonistów, szansonistek?

Odbieram, jednak jak mówiłem na początku tej rozmowy – nie angażuję się natychmiast i nie na sto procent. Jeśli mogę pomóc – chętnie pomagam, ale tylko tym, którym warto poświęcić czas. Jakiś czas temu w Warszawie, siedząc w kawiarni przy TVP, odebrałem taki telefon: kiedyś wygrałam Szansę na sukces, jednak później postawiłam na szkołę, założyłam kancelarię. Teraz chciałabym spróbować kariery scenicznej. Akurat miałem trochę czasu, więc spytałem: Czy jest pani gotowa przyjechać teraz? Przyjechała, zanim wypiłem kawę i wyjęła kartkę, długopis. Dostała więc zadanie domowe. I je wykonała. Tak spotykaliśmy się jeszcze kilka razy. Aż nagrała płytę, wylądowała w koncercie debiutów w Opolu i tam zdobyła jedną z nagród. Spełniła swoje marzenia.

Jesteś człowiekiem, który pomaga spełniać marzenia…

To jest opinia, jaką często słyszę z ust przyjaciół i znajomych. To moja pasja. Cieszę się jeżeli mogę pomóc utalentowanym, czasami zagubionym artystom w ich drodze do sławy.