Więcej...

    Na wakacjach drzemy koty

    Wakacyjne konflikty, Alina Janowska, Grzegorz Turnau, Czesław Mozil i wielu innych w jednej rozmowie z Michałem Zabłockim, autorem z krakowskiej Piwnicy pod Baranami.

    Przemysław Krajewski: Pierwszy raz spotykam się z wakacyjną awanturą w… piosence!

    Michał Zabłocki: Myślę, że każdy z nas ma takie doświadczenie. Chcemy, żeby na tych wakacjach było wspaniale, żeby było idealnie, żeby mieć choć na tydzień ten raj – a wychodzi jak zwykle. Tutaj mamy taką sytuację: mimo długotrwałych i wielokrotnie podejmowanych prób, wakacje pozostają niespełnione. To, co zaniedbane w codziennej rzeczywistości, wyłazi na urlopie. Wszystko przez te głupie 200 zł, ale to może być kłótnia o grajdołek czy jakiś drobiazg. Wystarczy jakiś mały zapalnik i nie da się współistnieć. Nasz skrupulatnie zaplanowany wyjazd w jednej chwili zamienia się w koszmar. O tym właśnie jest piosenka „Drzemy koty”.

    To twoje własne doświadczenie?

    Częściowo podsłuchane… Któregoś razu podczas pobytu w termach, zanurzony w kąpieli siarkowej zająłem się podpatrywaniem tego, jak i o co ludzie drą koty podczas wypoczynku. Nie mogłem podsłuchiwać za długo, bo w kąpieli siarkowej można przebywać maksimum dwie godziny, musiałem więc trochę dopowiedzieć z własnych doświadczeń.
    (śmiech)

    Przy tworzeniu teledysku do tej piosenki użyłeś sztucznej inteligencji?

    Najpierw zwróciłem się do człowieka. Konkretnie do mojego znajomego, grafika Sławka Fąfary, żeby mi zrobił teledysk. Powiedział mi: Dobrze, ale powiedz, ile masz na to kasy? Kiedy mu odpowiedziałem, to zaproponował mi, bym użył sztucznej inteligencji.

    Doby kolega, życzliwy…

    Bardzo dobry kolega. Powiedział, że mi pomoże, jeśli przygotuję mu pewną bazę przy użyciu AI. Przysłał mi kilka linków, zobaczyłem, jak to działa, no i stwierdziłem, że kolega kolegą, ale szkoda nawet tej malej kasy i to wszystko mogę zrobić sam.

    Zwłaszcza, że jesteś reżyserem z wykształcenia.

    Tak, ale teraz dostałem do ręki zupełnie nowe narzędzie, w którym mogę zamówić i otrzymać w zasadzie od ręki bardzo konkretne ujęcia. Na dzisiaj jest to obraz animowany, ale kto wie co będzie w przyszłości? Oczywiście narzędzie ma swoje ograniczenia i póki co jest to inteligencja bardzo sztuczna.

    Z użyciem prawdziwej, ludzkiej inteligencji napisałeś teksty dla wielu znanych artystów: Zacznijmy może od tego pierwszego z brzegu. Czesław Mozil. Podobno jesteś odkrywcą jego talentu.

    Nie powiedziałbym. Czesław Mozil zawdzięcza dobrą passę i sukces własnej osobowości i pracy. Spotkaliśmy się przypadkowo, w krakowskiej Alchemii. Siedziałem sobie w knajpie z inną artystką krakowską, Agnieszką Chrzanowską i nagle na scenę weszła kapela. Niezapowiedziana. Dowiedziałem się potem, że mieli zagrać w lokalu w sąsiedztwie, ale ktoś odpowiedzialny za ich koncert po prostu zapił i pocałowali klamkę. Weszli do pierwszego lepszego lokalu, gdzie była scena i zaczęli gać. Jacek Żakowski właściciel Alchemii wyczuł moment, zaczął latać po Placu Nowym i zapraszać ludzi, i faktycznie miał rację, ci którzy przyszli – nie żałowali. Czesław śpiewał wtedy po angielsku, ale na koniec wykonał piosenkę Agnieszki Osieckiej, potwornie kalecząc język. To było niesamowite! Po koncercie poszedłem na zaplecze i powiedziałem mu, żeby zostawił do siebie kontakt, bo mam dla niego pomysł. On ruszył gdzieś dalej za granicę, a ja dobijałem się do niego przez śp. Kubę Florka, jego menedżera. Te podchody trwały bodaj półtora roku, zanim Czesław stwierdził, że chce coś zrobić w Polsce. Jego myśli jednak wciąż krążyły wokół anglojęzycznych piosenek, a miałem już gotowy materiał składający się z tekstów pisanych wspólnie z internautami w ramach projektu Multipoezja. Ostatecznie na bazie tego materiału powstała pierwsza płyta „Debiut”, która później pokryła się podwójną platyną.

    Można powiedzieć sukces na miarę Grzegorza Turnaua, który także debiutował z Twoimi tekstami. „Cichosza”, „Bracka”, Naprawdę nie dzieje się nic”. Można by długo wymieniać. Dla kogo jeszcze pisałeś?

    Jeśli miałbym wymienić czołowych artystów, dla których pisałem, to myślę, że nie trzeba daleko szukać. Najbardziej kompletne zestawienie znajdziesz w moim spektaklu „Synowie Aliny”, gdzie występują panowie: Grzegorz Turnau, Czesław Mozil, Łukasz Golec, Sławek Uniatowski, Kuba Badach, Maciej Balcar czy Maciej Miecznikowski. Ale było ich więcej. Zwłaszcza kobiet.

    No właśnie. A co z panią Dodą? Dlaczego jej nie wymieniłeś?

    Doda jest panią, a ja na razie wymieniałem tylko panów. Pracowałem kiedyś nad pewnym projektem dla niej, ale współpraca ta nie wypaliła. Z różnych powodów. Ona w tamtym czasie była zafascynowana postacią swojego partnera, który grał w zespole death metalowym. No więc napisałem jej piosenkę, że jest czarownicą i lata pod sufitem. Ale to chyba było za bardzo retro. Czarownice są niemodne. Może się obraziła? Nie wiem. W każdym razie już się nie odezwała.

    A inne piosenkarki?

    Lepiej poszło mi z Anią Rusowicz – 3 piosenki, Martą Honzatko – 12 piosenek, Anią Szałapak – 15 piosenek, czy Agnieszką Chrzanowską – 45 piosenek. To już ogromne ilości.
    Nie zazdrościsz blasku tym gwiazdom? Powiedzmy sobie szczerze, „tekściarz” nie jest postacią pierwszoplanową.
    Kiedy artysta sceniczny osiąga pewien stopień popularności – nazwijmy go gwiazdorskim, chcąc nie chcąc staje się beneficjentem własnego blasku. Niesie to ze sobą pewne niedogodności. Nadchodzą trasy koncertowe i trzeba wyruszać w Polskę – chcesz czy nie chcesz. Nigdy bym nie kupił używanego auta od piosenkarza. Zdziwiłbyś się, jakie mają przebiegi. Rozumiesz – jesteś naprawdę zajęty, tracisz mnóstwo czasu, który jest potrzebny do życia społecznego. Kiedy się zatrzymasz, może się okazać, że życie poszło dalej, wyprzedziło cię i nastąpiło odcięcie od rzeczywistości, a nawet od samego siebie, od tego wewnętrznego głosu, wrażliwości, która jest potrzebna do dobrego pisania. Więc staram się wykorzystywać różne obszary, niekoniecznie te pierwszoplanowe – życie odpłaca mi to w innych momentach, kiedy wcielam się w inne role niż pisanie tekstów.

    Spotykamy się w sopockim Teatrze Atelier, na chwilę przed premierą spektaklu Twojego autorstwa pod tytułem „Bona Sforza”, w którym występuje Ewa Żmijewska, nie tak dawno debiutująca na scenie muzycznej. Teraz w repertuarze jazzowym, razem z szacownym ojcem Arturem Żmijewskim. Atelier jest miejscem szczególnie wybranym przez Agnieszkę Osiecką, podobnie jak wcześniej wybrała Piwnicę pod Baranami. Ty trafiłeś do Piwnicy trochę później niż ona. Legenda mówi, że to mama ciebie tam wprowadziła…

    Nie tyle legenda, co anegdota. Minęło sporo lat, więc mogę już o tym mówić z pewnym dystansem. Piotr Skrzynecki przechodził kiedyś obok naszego domu i mama go zauważyła, zupełnie przypadkowo. Zawołała: Wejdź, wejdź! I wszedł. Od słowa do słowa, powiedziała mu, że syn coś tam pisze. Przyniosłem teksty, Piotr je zabrał, przeczytał i po jakimś czasie zaproponował zrobienie mojego autorskiego wieczoru. Ale pod warunkiem, że wiersze przeczyta mama…

    Chciał ściągnąć Alinę Janowską do kabaretu?! Sprytne.

    Oczywiście! Przyjechaliśmy do Krakowa i mama zaczęła czytać te moje wiersze. Prawdę mówiąc, nie podobało mi się to, więc przerwałem jej występ i po prostu go przejąłem. I tak już zostałem. Moje wiersze stały się piwnicznymi piosenkami. „Cichosza”, „Naprawdę nie dzieje się nic” i wiele innych. Zacząłem przyjeżdżać na zaproszenie Piotra, ale nie na wieczory autorskie, tylko na kabaret. Czasem coś napisałem, czasem wyszedłem na scenę. Piotr namawiał mnie, żebym przeniósł się do Krakowa. Wtedy studiowałem w Łódzkiej Filmówce. Chciał mnie mieć na miejscu i trochę złośliwie pytał się: Skąd ty jesteś? Z Łodzi?! W końcu zdecydowałem się przenieść do Krakowa. Trochę za późno, bo już po jego śmierci.

    Piotr potrafił czarować, kusić i rzeczywiście zdarzało się, że młodzi ludzie rzucali studia i żyli piwnicznym życiem. Zdarzało się nie raz, że ojcowie osobiście przyjeżdżali do Piotra, żeby się żalić, że ich potomkowie marnują życie. Jak Tobie udało się przetrwać cyganeryjne ekscesy? Bo wydaje się, że nie poniosłeś uszczerbku.

    Ja nie byłem w Piwnicy na co dzień. Wpadałem tam tylko – jak na wakacje. Po powrocie do Warszawy musiałem spełniać swoje normalne obowiązki. Owszem, starałem się wykorzystywać wszystko, co Kraków miało do zaoferowania, ale w zrównoważony sposób. Nie wytrzymałbym tego na co dzień.

    Byłeś wtedy aktywnym sportowcem, szermierzem, mistrzem Polski. Czytając Twoje wiersze, teksty piosenek dostrzegam pewien aspekt ducha walki, zmagania, przedzierania się na jasną, konstruktywną stronę.

    Nie ma sensu męczyć ludzi swoimi problemami, także w poezji. Oczywiście, dzielę się spostrzeżeniami, refleksjami, wnioskami, ale bez egzystencjalnego napięcia. To moje dość specyficzne poczucie humoru, towarzyszy mi od początku i mam nadzieje, że mnie nie opuści.

    Aktualnie to poczucie humoru ujawniło się we wspomnianym singlu „Drzemy koty”. Przyznam, że trochę mi żal jej bohatera, który raz za razem ma nieudane wakacje…

    Chyba nie odkrył jeszcze, gdzie tkwi błąd…

    Może zmiana destynacji?

    (śmiech)
    Wierzę w niego. W to, że nabył doświadczenia i czegoś się nauczył.

    Planujesz więcej takich ironicznych podsumowań? Może złożą się w cały album?

    Tak, mam plany w perspektywie roku wypuścić minimum dziesięć piosenek w ramach projektu Zabłocki z prądem. Chciałbym z nich złożyć całą płytę i z czasem wyjść z tym na scenę. Oprócz tego pracuję nad programem stricte satyrycznym, który nazwałem „Pośmiewiska”. To wszystko będzie można zobaczyć na profilu https://www.youtube.com/@zablockizpradem

    Zatem warto płynąć z prądem, odwiedzając profil Michała Zabłockiego, po to by przejrzeć się w krzywym zwierciadle i sprawdzić, czy przypadkiem sami nie robimy z siebie pośmiewiska, jak ten mężczyzna z piosenki „Drzemy koty”. Myślę, że ten materiał ma szanse być pierwszym „prowokacyjnie powakacyjnym przebojem” w historii. Warto tez zobaczyć teledysk nagrany przy pomocy AI. Dziękuję za rozmowę!

    Dziękuję!

    Więcej o kulturze znajdziecie tutaj.

    Michał Zabłocki, fot. Tomasz Stokowski
    Michał Zabłocki, fot. Tomasz Stokowski
    Michał Zabłocki, fot. Tomasz Stokowski
    Michał Zabłocki, fot. Tomasz Stokowski
    Michał Zabłocki, fot. Tomasz Stokowski
    Michał Zabłocki, fot. Tomasz Stokowski
    Zabłocki z prądem, fot. Materiały prasowe Michała Zabłockiego
    Zabłocki z prądem, fot. Materiały prasowe Michała Zabłockiego

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY