Więcej...

    Niemcy w krwawym kotle Polan

    Bitwa pod Cedynią – pierwsze starcie polskiego oręża. Czy to możliwe, że wojów Mieszka I wspierał sam mityczny Thor?

    ***

    – Mieszko wbił miecz w europejską wspólnotę! Powiadam tobie, komesie. – stwierdził tubalnym głosem Jodocus z Neusterlitz.

    – Widziałeś kiedy, żeby ludy słowiańskie wchodziły w paradę cesarstwu? – odpowiedział skwapliwie Zygfryd, wdzięczny, że patron nazywa go komesem na modłę rzymską. – Do tej pory robił to, co mu kazaliśmy. Niektórzy nazywali go nawet przyjacielem cesarza.

    – Przyjaciel przyjacielem, trybut trybutem… a Odra Odrą. Nie można być przyjacielem cesarza i wrogiem margrabiów. Zanadto sobie poczyna.

    – Gdyby umiał siedzieć cicho na błotach, a nie stroić się w pióra kosztem naszych wpływów – dodał Zygfryd i splunął – nie stałby się solą w oku Hodona. Teraz pogonimy to plemię, a może i w pył rozbijemy. Według mnie, ta bitwa już jest rozstrzygnięta na naszą korzyść. Szkoda, że brak nam poparcia cesarza.

    ***

    – Ja tam nie uważam, by Otton nie wiedział nic o naszym rajdzie. Powiem więcej, ta bitwa nie rozstrzygnie się na polu, tylko w cesarskich komnatach albo… – Jodocus położył palec na ustach i szepnął konfidencjonalnie – nawet na synodzie. Nie zapominaj, że to my reprezentujemy chrześcijańską Europę i Bóg jest po naszej stronie! Ręce, podniesione na chrześcijan odetniemy na zjeździe. I będzie to nie tylko prawica księcia duńskiego Haralda. Przypomnij mi, jak w ogóle nazywa się to miejsce? Kraj świata?

    – Sidzina. – wybełkotał kompan, nie mogąc wymówić słowiańskiej nazwy. -Siedzina…? Ech, zwał jak zwał, ważne, że nobiscum Deus!

    – Nobiscum Deus! Zbierajmy się zatem. W imię Europy!

    Zewsząd było słychać podobne okrzyki i pierwsi zbrojni poczęli zacinać konie. Wprzódy ruszyły oddziały z barwnymi chorągwiami i włóczniami. Konie wzdrygały się nieco przed wodą, ale bród był płytki i poganiane wierzchowce stopniowo zanurzały się w toń jeden po drugim. Wojowie, którzy pozostali w siodłach o suchej stopie w strzemionach przedostawali się na drugi brzeg Odry. Za nimi ruszył doborowy oddział Zygfryda von Walbec, a dalej po pas w wodzie brodziła piechota podzielona na kolumny. Oto wojska Hodona przeprawiały się przez rzekę.

    ***

    Plemiona Polan na drugim brzegu przywitały ich gradem strzał, które po prawdzie niewielkie wrażenie zrobiły na kolczugach zbrojnych, ruszających z kopiami na włóczników. Wojska Ottona znakomicie uzbrojone, liczące tysiące żołnierzy nacierały na słabiej uzbrojone, oddziały wojów Mieszka. Widząc jak konni sieką jego ludzi, książę Polan niemal od razu wezwał do odwrotu. Wojska zatem wycofywały się stopniowo w stronę grodu w Cedyni, ponosząc liczne straty. Niemieccy zwiadowcy dobrze znali ten gród. Od pięciu lat strzegł on zachodniej granicy księstwa Polan.

    Droga do niego, z jednej strony otoczony bagnami, a z drugiej wzgórzami była prosta. Wojska margrabiego nie pierwszy raz walczyły ze wschodnimi plemionami. Dowódcy byli przyzwyczajeni łamać opór frontalnym, intensywnym atakiem. Nacierając z impetem, zazwyczaj od razu kruszyli wolę przeciwnika. Ich rolą było strzec granic imperium. Czuli się spadkobiercami Rzymian, najsilniejszej armii świata. Margrabia Hodon już się cieszył z rychłego zdobycia osady… miał nadzieję, że będzie to znacznym ułatwieniem dla dalszych wypraw.

    ***

    Zbrojni Hedona rozzuchwaleni tym, że nie spotkali na swej drodze godnego przeciwnika, siekli bez opamiętania, posuwając się naprzód w stronę grodu. Była to prawdziwa jatka. Posoka plamiła zbroję, ściekając wsiąkała w pole tworząc rdzawe błoto. Powietrze było gęste od zapachu koni, ludzkiego potu i wnętrzności. Słychać było jęki ofiar i zuchwałe nawoływania oprawców. Wtedy właśnie z sąsiedniego wzgórza na niemiecką armię padły pierwsze strzały. Nagle, nie wiedzieć skąd pojawili się konni – jak duchy i mary. Jeźdźcy znikąd, gnali w pełnym pędzie z dzikim wrzaskiem: Myskooo! To zaatakowała, zawczasu schowana, znakomicie szkolona jazda pod wodzą Czcibora, brata Mieszka I.

    Jednocześnie gradem strzał rozpoczął się kontratak z murów grodu, a z bram wytoczyli się zbrojni. Otoczona armia Hodona znalazła się w krwawym kotle. Teraz to Niemcy bronili się z wielkim trudem, zanim resztką sił niedobitki wyrwały się z okrążenia i wycofały za Odrę. Sam Hodon ocalał, oszczędzono tez niektórych grafów i ważniejszych wodzów. Ci, którzy przeżyli powiadali pono, że w środku tej jatki słyszeli nie tylko mrożące krew w żyłach okrzyki: Myskooo! Byli i tacy, co utrzymywali, że słyszeli w ferworze walki imię nordyckiego boga Thora!

    ***

    Na tej podstawie niektórzy z pokonanych podobno nabrali przekonania, że oto zmierzyli się nie tyle z pogardzanymi przez nich plemionami Polan, ale zmagali się z samym Odynem, bóstwem siekącym gromowładnym młotem, z tym bowiem kojarzył im się nordycki Thor. Plotki te podtrzymywali autentyczni świadkowe, którzy widzieli między Słowianami potężnych Normanów. Zapewne Wikingowie w boju wypowiadali imiona swoich bogów, jak niektórzy z wojów Mieszka wciąż wyznawali słowiańskie wierzenia, wszak książę Mieszko od niedawna dopiero jął tłuc pogańskie bałwany i srogo karać ich kult. Bogowie – bogami, jednakże faktem jest niezbitym to, że zbrojni Czcibora, brata Mieszka położyli trupem większość rycerzy Hodona.

    Tyle literackiej fikcji, jednej z wersji tego, jak mogła wyglądać bitwa pod Cedynią. Udział mitycznego Thora w pierwszej polskiej bitwie oczywiście nie jest prawdopodobny, co nie znaczy, że jego imię nie mogło paść w trakcie bitwy. Z całą pewnością między Polanami w szranki stanęli również… Wikingowie. Arabski podróżnik Ibrahim Ibn Jakub pisał, że Mieszko „król Północy” miał do dyspozycji „trzy tysiące pancernych, podzielonych na oddziały, jakich setka znaczy tyle co dziesięć setek innych wojów normańskich najemników”.

    ***

    Potwierdzają to aktualnie liczne znaleziska skandynawskie na terenach dzisiejszej Cedyni. Mało tego. Jeden z historyków niemieckich, blisko sto lat temu, wysunął nawet przypuszczenie, że… sam Mieszko I był Wikingiem! To już jednak zupełnie inna para kaloszy (a raczej „korzenek” jak ówcześnie nazywano obuwie). Takie śmiałe tezy dowodzą, że nie dysponujemy bogata wiedzą źródłową, także po stronie historyków dawnego Cesarstwa Niemieckiego.

    Istotne znaczenie w odtworzeniu tła i przebiegu bitwy mają kroniki Thietmara (kronikarza, biskupa marburskiego), który pisał „Tymczasem dostojny margrabia Hodo, zebrawszy wojsko, napadł z nim na Mieszka, który wierny cesarzowi płacił trybut aż po rzekę Wartę”. Hodon wyruszył z Magdeburga 24 czerwca w 972 roku, rzekomo bez porozumienia z cesarzem i przeprawił się na ziemie Mieszka wraz z „ekipą” 3000 pieszych i ponad 1000 konnych rycerzy. Zmierzając w stronę opanowanej przez Polan zaledwie pięć lat temu osady. Był to obszar w pobliżu brodu na Odrze ułatwiającego przeprawę i jednocześnie fragment istotnego wówczas szlaku handlowego. Rosnące wpływy polskiego władcy był sprzeczne z intencjami książąt niemieckich, którzy chcąc zahamować jego ekspansję, zdecydowali się uderzyć.

    ***

    „Kiedy w dzień św. Jana Chrzciciela starli się z Mieszkiem, odnieśli zrazu zwycięstwo, lecz potem w miejscowości zwanej Cidini brat jego Czcibor zadał im klęskę, kładąc trupem wszystkich najlepszych rycerzy z wyjątkiem wspomnianych grafów” pisał Thietmar. W początkowej fazie bitwy to właśnie wojska Hodona miały przewagę. Atakujący przeszli przez Odrę, zaatakowali i ruszyli w pościg za Polskimi wojownikami. Wojsko Hodona w pościgu rozluźniło szyk i zaatakowane zza wzgórza znienacka przez wojska dowodzone przez Czcibora (brata Mieszka) a także od strony zbrojnych, którzy wyszli z grodu – znalazło się w przysłowiowym kotle. Bitwa przerodziła się w rzeź niemieckich rycerzy. Przeżyli tylko nieliczni. Ocalał sam margrabia Marchii Łużyckiej Hodon, oszczędzono niektórych pozostałych przywódców.

    Dzisiaj można się spierać, czy cesarz Otton I był tak niedoinformowany, że nie miał żadnego wpływu ani wiadomości na temat inicjatywy swojego poplecznika Hodona. W każdym razie zwycięstwo Polskiego księcia stało się źródłem niepokoju cesarza i margrabia nie został przezeń zganiony za samowolę. Cesarz Otton wezwał Mieszka na zjazd do Quedlinburga w Wielkanoc 973 r., gdzie przypieczętowując status quo uniemożliwił Polskiemu księciu dalszą ekspansję przez konieczność wniesienia wyjątkowo bolesnego dlań „zastawu”. Gwarantem pokoju stał się syn Mieszka – Bolesław, umieszczony jako zakładnik na cesarskim dworze. Z historycznych źródeł wiadomo, że mały Bolesław był na dworze traktowany zgoła inaczej niż niewolnik czy zakładnik. Uczestnicząc w dworskim życiu Ottona I przyszły władca Polski Bolesław nabywał ogłady i cennej wiedzy, z której korzystał w przyszłości sprawując rządy w państwie, które objął po śmierci ojca.

    ***

    Czasy te nie obfitowały w możliwości zostawienia po sobie istotnych śladów historycznych, zwłaszcza na terytoriom dzisiejszej Polski. Wiele jest więc niedomówień, sprzecznych teorii – niektórych bardzo kontrowersyjnych. Dzisiejsza Cedynia najprawdopodobniej nie była miejscem starcia między Mieszkiem I a Hodonem. Polscy komuniści po II Wojnie Światowej tworząc ideologię Ziem Odzyskanych, często odwoływali się do dorobku pierwszych Piastów.

    Bitwa pod Cedynią pasowała tu idealnie. Dawne starcie graniczne nad Odrą legitymizowało nową granicę PRL (przypomnijmy – nie uznawaną przez Niemcy Zachodnie do 1970 r.). Według przekładu kroniki Thietmara do starcia doszło „w miejscowości zwanej Cidini”, zaś dzisiejsza Cedynia aż do końca II Wojny Światowej nazywała się… Zehden. Sama Bitwa Pod Cedynią, niezależnie gdzie się odbyła i czy była bitwą, czy jedynie większą potyczką – na pewno miała niebagatelne znaczenie dla tworzącej się polskiej państwowości.

    ***

    Spory historyków w niczym nie ujmują chwały Mieszka I. Podziw budzą nie tylko jego zdolności przywódcze, ale także talenty dyplomatyczne, mimo iż wiadomo przecież, że to nie on wtedy rozdawał karty. Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden istotny (może także i dzisiaj) szczegół, jakim jest relacja księcia Mieszka I ze swoim bratem Czciborem, potencjalnym kontrkandydatem do tronu. Czcibor dla wspólnego dobra potrafił powściągnąć własną ambicje. Zamiast z łatwością zyskać poparcie u margrabiego i wraz zachodnimi wojskami sięgnąć po władzę, ramie w ramie z bratem walczył na polu bitwy. Można by pomarzyć o podobnych postawach na dzisiejszej arenie politycznej. Ale to już zupełnie inna para skórzanek (kaloszy)…

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY