Od „Szansy na sukces” do trzech nagród w Opolu

Od „Szansy na sukces” do trzech nagród w Opolu

Zgarnęła niemal wszystkie nagrody na tegorocznym, opolskim konkursie premier i właśnie stoi u progu sławy. Sława ma jednak swoją cenę… Rozmowa z Karoliną Lizer.

Od „Szansy na sukces” do trzech nagród w Opolu – w pani przypadku ta droga nie była długa. Jak się wygrywa na opolskiej scenie? Jaki jest przepis na sukces?

Najfajniejsze w tej historii jest to, że każdy może ją przeżyć. Żeby dostać się do Opola trzeba po prostu mieć piosenkę i wysłać zgłoszenie, to jest prosty formularz w internecie. Dalej pozostaje już tylko: czekać, czekać, czekać… aż zadzwoni telefon. Ja nastawiałam się na to, że się nie dostanę – moja piosenka wcześniej była w preselekcjach do Eurowizji i myślałam, że troszkę już się przejadła...

U mnie w domu słuchamy międzypokoleniowo od czterech tygodni i podoba się wszystkim.

Dziękuję, na moje szczęścia jednak się nie przejadła. Ja też cały czas się nią cieszę, zawsze porywa publiczność na moich koncertach.

Ładna melodia i wykonanie porywają publiczność, ale jak się wsłuchać, jest naprawdę mądrą piosenką o łączności między pokoleniami, powrocie do wartości, dawnych obrzędach. Takie piosenki nieczęsto zdarza się usłyszeć na popularnych festiwalach...

Mam pewien problem ze swoją muzyką, ona faktycznie jest trochę trudniejsza w odbiorze, ale to właśnie Opole mnie utwierdziło w tym, że warto przeforsować tę muzykę do szerszej publiczności.

Proszę wyjaśnić nam wszystkim: co to jest głos biały?

Biały śpiew mnie zafascynował właśnie przez swoją potęgę. Najprościej, jeśli ktoś by chciał zrozumieć, czym to jest, musiałby sobie wyobrazić babcie na wsi śpiewające ludowe piosenki. Taki głos jest nazywany śpiewem na krzyku, przy czym to nie jest zwykłe krzyczenie, tylko to jest po prostu śpiew, który jest bardzo donośny. Wziął się z tego, że ludzie też się nawoływali z daleka. Jak śpiewam białym głosem u siebie w bloku, mam wrażenie, że sąsiedzi z trzech bloków dalej niestety to słyszą. Temu towarzyszy niesamowite wewnętrzne poczucie. Czysta moc. Czuję, że ten głos płynie ze stóp, czasami wręcz z ziemi, z połączenia z naturą. To mnie jeszcze bardziej nakręca na to, żeby skorzystać z takich możliwości na scenie. Myślę, że jest dodatkowym kolorem, który można wykorzystać i niesamowicie potrafi dobarwić piosenki.

Myślę, że wielu ludzi chciałoby poczuć taką moc z ziemi, energię, łączność z przyrodą. Skąd to się wzięło u pani?

Nie znam przepisu na to, żeby coś takiego poczuć. Na pewno spędziłam bardzo dużo czasu na wsi mazurskiej. Jestem samotnikiem, spędzam dużo czasu ze sobą, co może w jakiś sposób otwiera mnie na różne doznania, które nie są tylko komunikacją międzyludzką. Moi rodzice mieszkają na wsi, kiedy tylko mogę, to bywam u nich i wyleguje się na tych łączkach...

Daleko zaniosły te koniki... nawiązując do pieśni Konie Narowiste Wysockiego, którą zresztą także ma pani w repertuarze. Sukces na wielkiej scenie, splendor, oklaski. Mają swoją cenę?

Oczywiście, nie da się uniknąć negatywnych doświadczeń związanych z show-biznesem. To jest trudna praca i ludzie też są różni. Jeśli chodzi o cenę, którą ja ponoszę, myślę, że jeszcze nie jest dobry czas, by to oceniać. Jestem za młoda. Może za dziesięć, piętnaście, dwadzieścia lat się okaże, czy poświęcając się swojemu zawodowi uda mi się mieć rodzinę, dzieci i wymarzony dom. Myślę, że dopiero wtedy. Dzisiaj jeszcze wszystko w moich rękach i w jakimś tam rozsądku, który w sobie mam lub nie. To się okaże. Muszę dokonywać wyborów. Na przykład dostaję propozycję występu w telewizji w momencie, w którym miałam zarezerwowany jedyny wolny czas, który mogę spędzić z bliską osobą. Czy pójść do telewizji, czy jednak w końcu wybrać bliską osobę? Może jeśli jej teraz nie wybiorę, to kto wie, czy nie stracę na zawsze?

Scena daje moc, ale i uzależnia. Artyści łakną jej do końca...

Prywatnie, na co dzień, będąc w jakiejś takiej grupie ludzi na studiach, na imprezie, zazwyczaj siedzę sobie z boku, czasami coś powiem. Na ogół nie mam takich potrzeb, żeby być królową imprezy, ale jak wychodzę na scenę, to właśnie w jakiś sposób czuję się tam królową mojej własnej imprezy. Nawet moi bliscy twierdzą, że jak wychodzę na scenę, to staję się inna, coś się zmienia. Staję się ładniejsza, weselsza... Nie jestem jakimś starym wyjadaczem, ale podczas pandemii naprawdę byłam w ciężkiej depresji. Ciało i umysł potrzebują, żeby różne emocje z nich wyszły i występując, mogę sobie na to pozwolić. Kiedy brakuje takiej możliwości, to zaczyna to wszystko w środku, brzydko mówiąc gnić i wtedy zaczynają się problemy. Wielu artystów pije nadmiernie, bierze narkotyki, bo po prostu ciężko im sobie z tym poradzić. To jest bardzo, bardzo trudne, jeśli się jest wrażliwym. Niestety, my artyści jesteśmy bardziej wrażliwi. Istnieje krytyka, na którą musimy być odporni i tak dalej, ale czasami naprawdę najgorsza krytyka nie jest taka mocna jak jakieś słowo uderzające, zapadające gdzieś tam w duszę wrażliwca. W każdym razie, kiedy nastał czas pandemii, uświadomiłam sobie, że będąc w Warszawie, momentami nawet zapominałam o tej mojej ukochanej naturze. Tak naprawdę to płyta „Lśniąca” poniekąd jest moim manifestem, że trzeba się zatrzymać i popatrzeć na to, co nas otacza i znaleźć harmonię, chwilę dla siebie. Warto mieć nadzieję, ten ptasi lot, który uskrzydla i trzymać otwarte dłonie. Czasem trzeba się lekko otrzepać z tego, co tam nas gdzieś dosięgło, dopadło, przygniotło. Taka jest właśnie ta płyta. Nastrojowa, na wieczorny kieliszek wina. Nawet jeden lekarz, który pracuje na oddziale onkologicznym, wyznał, że puszcza ją swoim pacjentom. To, co usłyszałam od niego – jest dla mnie największym osiągnięciem. Bo taki był cel – przynieść ludziom trochę ukojenia. Pełny tytuł płyty to jest: „Lśniąca. Łąkowe historie...”  Każda piosenka tam jest jakąś opowieścią, wynikającą nie tylko z obserwacji natury, ale także z duchowości.

Onyks to też po grecku pazur, także wyjście jest odważne, z pazurem!

Coś w tym może być. Porównując tę płytę z poprzednią, ta duga zdecydowanie – będzie z większym pazurem.

Czytałem gdzieś, że pani z muzyką jest związana już od wieku prenatalnego?

(Śmiech).

Można tak powiedzieć! W moim, że tak powiem okresie brzuszkowym, tata słuchał dużo muzyki i ja po urodzeniu podobno od początku coś tam sobie podśpiewywałam. Później, gdy byłam starsza, stawałam na stołach podczas imprez rodzinnych i kazałam wszystkim słuchać mojego śpiewu. Następnie była schola kościelna i szkoła muzyczna. Ogólnie rzecz biorąc jednak moja edukacja była  instrumentalna, ale ja zawsze pragnęłam śpiewać! Grałam i kochałam to robić, koncertowałam, aż do momentu, kiedy przestałam mieć na to czas. Śpiewałam zawsze i zaczęłam koncertować z ukochanym śpiewem. Na studiach poznałam zespół ludowy z mojej uczelni, do którego też się przyłączyłam.

Na początku jako tancerka?

Tam można się było dostać wyłącznie do grupy tanecznej. Jednak zaczynając w tej grupie w październiku, już w grudniu trafiłam na scenę jako wokalistka. Wtedy się tak naprawdę zaczęła moja solowa kariera i koncerty. Aktualnie stworzyłam swoją własną, dużą formację. Tak mi się wydaje, że dużą – liczy 8 osób. Nazwaliśmy ten zespół Folk Orkiestrą.

Nie boi się pani zaszufladkowania w tej folkowej niszy? Słyszałem od osób, które się na tym znają, że być może jest pani u progu dużo większej kariery. Trudno jednak być gwiazdą i zapełniać stadiony grając muzykę folk...

Ja się nie stawiam w roli piosenkarki folkowej, choć jest to etap ważny dla mnie. Czemu nie miałabym nagrywać piosenek słowiańsko-grecko-żydowsko-cygańskich, jeżeli to one przyniosły mi sukces? Jednak nie stawiam się w tym miejscu już do końca życia, nie zatrzymuję się. Wiem, że dużo ludzi myśli sobie, że mając 25 lat, jestem jakąś tam, nazwę to brzydko – siksą, która wyskoczyła w Opolu z jedną piosenką i nagle po prostu zrobiła karierę. Tymczasem ja, nawet kiedy miałam pięć lat i chodziłam na chór do kościoła, nie umiejąc czytać, z czwartku na niedzielę, tydzień w tydzień z mamą uczyłam się wszystkich piosenek na pamięć, bo nie mogłam korzystać z kartki podczas prób. Już wtedy nie było łatwo. Tak jest do dzisiaj. Cały czas się doskonalę.

Gdzie i kiedy w najbliższym czasie możemy usłyszeć efekty tej pracy?

Najbliższy koncert odbędzie się 25 września  z akompaniamentem Bogdana Hołowni w pałacu w Jabłonnie. Po wszystkie szczegółowe informacje zapraszam na mój fanpage na Facebooku. Strona się nazywa po prostu Karolina Lizer. Jak mi się wydaje, w Polsce Karoliną Lizer jestem jedyną, więc nie ma problemu, żeby mnie tam znaleźć.

(Śmiech).

Miałem niedawno spotkanie z dość nobliwą autorką książki. Kiedy się przygotowywałem, zacząłem dochodzić do sensacyjnych wiadomości na jej temat. Okazało się, że istnieją dwie panie o tym samym imieniu i nazwisku, które są skrajnie od siebie różne. Jedna jest naukowcem muzealnikiem, a druga jest jakąś szaloną projektantką, która słynie z prowokacyjnych zachowań. Obydwie intensywnie i nawzajem ubogacają sobie biogram... Tymczasem Karolina Lizer jest jedna i jedyna tak jak tytuł poniższej piosenki. Tego właśnie pani życzę, żeby taka została: jedyna i niepowtarzalna. Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję bardzo!