Więcej...

    Ojciec Mateusz i… jego córka

    „Byliśmy razem, w komplecie, ale to był trudny czas dla wszystkich”. Rozmowa z Arturem Żmijewskim i Ewą Żmijewską o relacjach rodzinnych, małej ojczyźnie i wspólnych projektach artystycznych.

    Przemysław Krajewski: Spotykamy się w nietypowej dla show biznesu sytuacji. Po pierwsze w duecie: ojciec i córka. Po drugie: debiutanci… Ewa Żmijewska zadebiutowała nie tak dawno w duecie z Shandy, a Artur Żmijewski zadebiutował jako reżyser. Film „Sami swoi. Początek” wkrótce na ekranach kin.

    Artur Żmijewski: To trochę zabawne dla osoby w moim wieku słyszeć o sobie jako o debiutancie, ale tak właśnie jest. To mój pierwszy film fabularny i no faktycznie – pierwszy raz występuję w roli reżysera filmowego.

    Wspomnę tylko, że film opowiada o losach skłóconych rodzin Kargula
    i Pawlaka jeszcze przed wydarzeniami znanymi z kultowych „Samych swoich”
    Sylwestra Chęcińskiego. Czyli będzie wesoło! Nie korciło Pana, żeby zagrać
    choć jedną scenę?

    Artur Żmijewski: To był bardzo pracowity czas, bo równolegle byłem w trakcie
    realizacji do serialu Ojciec Mateusz. Były takie pomysły, żebym zagrał w „Sami swoi.
    Początek” epizod, ale ostatecznie skoncentrowałem się na reżyserii.

    Słyszałem plotki z planu, że jest pan bardzo sprawny w działaniu, wręcz
    perfekcyjny jako reżyser.

    Artur Żmijewski: Aktorskie doświadczenie pozwala mi lepiej budować relacje
    między postaciami. Być może dlatego wydaję się bardziej aktywny i wymagający na
    planie, ale zawsze dążę do tego, by wynik był najlepszy dla filmu i dla aktorów.
    Różne aktywności w życiu podejmujemy w różnych momentach życia i myślę, że to
    też jest na swój sposób naturalne. Czasem więcej się bywa w teatrze, czasem w
    telewizji, bądź na scenie. Na przykład nie każdy wie, że Michał Bajor, który przecież
    jest aktorem i to głównie aktorem teatralnym i filmowym w pewnym momencie stał się
    głównie wykonawcą fantastycznych piosenek i wspaniałym wokalistą. Ewa była
    tenisistką…

    …A teraz jest wokalistką, instrumentalistką, kompozytorką. Słucha Pan swojej córki? Mam na myśli płytę Give It A Try Shandy & Ewa.

    Artur Żmijewski: Oczywiście! Byłem nawet jej współproducentem.
    Ewa Żmijewska: Nasz pierwszy studyjny album Give It A Try był punktem wyjścia i
    zaledwie początkiem naszej drogi. Od ponad roku pracujemy z Agnieszką Burcan i
    Pawłem Radziszewskim, którzy są nie tylko naszymi producentami, ale również
    przyjaciółmi. Właśnie ukazał się nowy singiel, który wraz z innymi piosenkami stanie
    się częścią naszej drugiej płyty. 8 marca, w Dzień Kobiet, spodziewamy się jej
    premiery we współpracy z E-muzyką.

    Muszę się zwierzyć, że wybierając się na koncert Shandy & Eva do klubu Le Cabaret Jazz w Warszawie, przeglądałem w internecie menu tej restauracji. Udon, trochę inspiracji indyjskich, nutka Hiszpanii… Wszystko to komponowało się w jedną, wielosmakową całość. Doszedłem do wniosku, że Wasza muzyka jest jak kuchnia fusion!

    Ewa Żmijewska: Dziękuję za trafne sformułowanie. Właśnie tak jest. Nasza muzyka
    to mieszanka wielu stylów i kultur. Zawsze trochę boję się, kiedy padnie to pytanie od
    dziennikarza: A jaką muzykę gracie?
    (śmiech)
    Studia w Los Angeles pozwoliły mi na zetknięcie się z różnorodnością muzyczną, co
    zainspirowało właśnie do łączenia różnych smaków w utworach.
    Artur Żmijewski: Zauważyłem pewne różnice między szkołami artystycznymi w
    Polsce, a tymi w USA. Tam profesorowie często zapraszali studentów do współpracy,
    dawali szansę na rozwijanie umiejętności w praktyce. W Polsce, przynajmniej za
    moich czasów, studentom często nie pozwalało się na takie doświadczenia. Sam
    fakt, że uczniowie mówią do profesorów per ty…
    Ewa Żmijewska: W języku angielskim jest to łatwiejsze. Mówimy na ty, ale szacunek
    do profesora na tym nie traci. Faktycznie w Stanach uczelnie były bardziej otwarte
    dla studentów. Mogliśmy korzystać z sal prób i studiów nagraniowych – niemalże
    przez całą dobę. To było niesamowite doświadczenie, które pomogło mi rozwijać się
    jako artystce.
    Artur Żmijewski: A pamiętasz, jak w pierwszym etapie szkoły podstawowej
    muzycznej w pewnym momencie chciałaś zrezygnować? Ja wtedy powiedziałem:
    Córeczko, przyszły rok jest ostatnim rokiem szkoły podstawowej muzycznej. Jeżeli
    nie będziesz się chciała dalej kształcić, to nie będziesz musiała, ale ten rok, proszę
    żebyś ukończyła.
    Ewa Żmijewska: Prawda. Z nowym rokiem pojawił się nowy nauczyciel i poczułam
    bluesa. Myślę, że relacja między uczniem a nauczycielem jest kluczowa w edukacji,
    także tej muzycznej. Kiedy studiowałam w Los Angeles, spotkałam wspaniałych
    ludzi. Jednym z nich był Adam Levy.
    Artur Żmijewski: Pamiętam, jak zadzwoniłaś do nas rozentuzjazmowana: Wiecie
    kogo poznałam? Adam Levy!!! Gitarzysta Nory Jones!
    Ewa Żmijewska: Udało mi się zapisać do niego na prywatne lekcje i nawiązać z nim
    relację. Miał duży wpływ na moje pisanie piosenek. Wspiera mnie do dzisiaj, wziął
    udział w nagraniu mojego pierwszego singla. Chciałabym również wspomnieć o
    Darku Oleszkiewiczu. Polaku, który mieszka w Kalifornii od ponad 30 lat, ale często
    bywa w Polsce. Wziął mnie pod swoje skrzydła i wprowadził do środowiska. Jest
    fantastycznym basistą jazzowym. Dzięki niemu poznałam Kubę Stankiewicza. O
    dziwo w Los Angeles, a nie w Polsce. Okazało się, że Darek i Kuba byli kolegami z
    ławki szkolnej z Wrocławia. Dzięki tej amerykańskiej relacji z Kubą powstał
    projekt spektaklu Bona Sforza, w którym występujemy teraz razem z tatą…

    Byłem na jego premierze w teatrze Atelier w Sopocie. Spektakl historyczny i
    jednocześnie… poemat jazzowy. Robi wrażenie! Bona Sforza D’Aragona z
    librettem Michała Zabłockiego i muzyką wspomnianego Kuby Stankiewicza. To,
    co dodaje temu projektowi wyjątkowości, to fakt, że jesteście rodziną. Jak to
    wpłynęło na Waszą współpracę?

    Artur Żmijewski: To prawda, jesteśmy ojcem i córką.
    (śmiech)
    Ta relacja dodaje wartość do naszego projektu. Jest w tym pewna chemia,
    współpraca oparta na zaufaniu, a nie rywalizacji.
    Ewa Żmijewska: Nie spodziewaliśmy się takiego sukcesu. Myśleliśmy, że pokażemy
    to może raz, ale reakcja publiczności była niesamowita.
    Artur Żmijewski: Chcieliśmy stworzyć coś, czego sami wcześniej nie
    doświadczyliśmy. Poemat jazzowy – to połączenie, które wydawało się niemożliwe do
    zrealizowania, a jednak się udało. To nie tylko teatralny, wspaniały duet wokalny, świetni muzycy, to także lekcja historii i uniwersalna prawda o życiu, naturze sukcesu i porażki.
    Kiedy i gdzie można zobaczyć spektakl?
    Artur Żmijewski: 25 listopada gramy w „Kulturalnej Stodole” w Lutyni. Serdecznie
    zapraszamy!

    To jest projekt, w którym Pani Ewa występuje bez Shandy. Dzisiaj też jej z nami
    nie ma, więc pozwolę sobie na niedyskretne pytanie. Co by było, gdyby jej Pani
    nie poznała? Niewtajemniczonym wyjaśniam, że Shandrelica Casper to
    perkusistka, która pochodzi z wyspy Curaçao na Karaibach. Występujecie w
    duecie i prywatnie jesteście parą. Jednak, zanim się poznałyście, czy istniał
    jakiś plan alternatywny?

    Ewa Żmijewska: Jeślibym jej nie poznała, pewnie podjęłabym się innego projektu
    muzycznego. Podczas studiów miałam okazję poznawać wielu ciekawych ludzi z
    branży muzycznej, zwłaszcza w Los Angeles. Jednak nasza znajomość z Shandy
    pozwoliła na niesamowicie ciekawe połączenie kultur i wpływów muzycznych, dzięki
    czemu stworzyłyśmy niezwykle oryginalny duet szczególnie tu, w Polsce, gdzie
    obecnie rozwijamy naszą karierę muzyczną.
    Artur Żmijewski: Początkowo pandemia znacząco wpłynęła na ich plany, blokując
    możliwość koncertowania i występowania.
    Ewa Żmijewska: To był czas, w którym tata zatroszczył się o nas wszystkich.
    Artur Żmijewski: Nawet syna Wiktora udało nam się ściągnąć ze Stanów… Zamknęli już wszystkie połączenia, ale znaleźliśmy jedno miejsce w locie specjalnym z Chicago. Byliśmy razem, w komplecie, ale to był trudny czas dla wszystkich. Zarówno pierwszy jak i drugi lockdown uniemożliwił mi granie przedstawień w teatrze Narodowym. Ale byliśmy razem.

    Jest Pan przywiązany do bliskich ludzi, ale też i miejsc. Proszę opowiedzieć nam o Legionowie.

    Artur Żmijewski: To miasto ma dla mnie osobiste znaczenie. Przeprowadziłem się
    tam jako dziecko, i wciąż czuję się z nim związany. Moja żona jest współwłaścicielką
    placówek edukacyjnych w Legionowie. To po prostu moja mała ojczyzna…
    Ewa Żmijewska: Choć urodziłam się w Warszawie, spędziłam tam swoje dzieciństwo. W Warszawie urodziłam się tylko dlatego, że w Legionowie nie było działającej
    porodówki. Chociaż liceum skończyłam już w Warszawie, to wcześniejsze lata
    edukacji były związane z Legionowem. Lubię tam wracać.

    Proponuję byśmy zakończyli naszą rozmowę pewnym ćwiczeniem. Panie
    Arturze proszę o trzy słowa, które najlepiej charakteryzują córkę. I wzajemnie,
    pani Ewo. Trzy cechy określające tatę?

    Artur Żmijewski: Hmm… Jeśli muszę wybrać trzy, powiedziałabym: promienna,
    aktywna i sumienna.

    Ewa Żmijewska: Ojej! Nie spodziewałam się takiego pytania. To tata jest niezwykle
    sumienny. Myślę, że mam to po nim. Trochę trudno mi określić w trzech słowach jaki
    on jest…
    (dłuższa chwila milczenia)
    Wiem, powiem tylko jedno słowo: oddany.

    Dziękuję za to wzruszające zakończenie. Zapraszam do wysłuchania piosenki, manifestu Shandy & Eva, pod tytułem Siła, oraz do odwiedzania strony zespołu: https://shandyandeva.com/pl. Wkrótce czekają nas niespodzianki: nowy singiel, a trochę później… sami zobaczycie i posłuchacie.

    SIŁA (Oficjalny Teledysk) – Shandy & Eva

    Więcej o kulturze znajdziecie tutaj.

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY