Ostra Brama i McBlinn – zwiedzamy Wilno

Ostra Brama i McBlinn – zwiedzamy Wilno

Jeśli mówisz po polsku – Litwini udają, że nie rozumieją. Po angielsku? Polacy patrzą na Ciebie z wyrzutem, że nie używasz ojczystej mowy. Można jeszcze po rosyjsku, ale coś w środku nie pozwala...

Litwa – jeden z naszych sąsiadów. Kraj spleciony z Polską wieloletnią historią. Nic dziwnego, że stolicę tego kraju odwiedzają rzesze Polaków. Wilno to malownicze miasto, którego starówka skrywa wiele urokliwych zakątków i została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Niewątpliwie jest świetną opcją na city break, także z powodu bliskiej odległości i możliwości podróży samochodem i oferty tanich lotów.

Razem z synem Wojciechem wybraliśmy inny środek lokomocji. Postawiliśmy na nocną podróż autokarem Luxexpress z Warszawy. Skusiła mnie promocyjna cena biletu: 21 zł w jedną stronę, w drugą poniżej 50zł (i spora ulga dla dziecka). Autokar był faktycznie Lux – dla Wojtka wielką atrakcją był tablet umieszczony w oparciu fotela – gry, filmy, Internet, itd. Ubrał słuchawki i… nie było dziecka. Na pokładzie autokaru obowiązuje zakaz spożywania alkoholu, wszyscy rozmawiali szeptem. Siedząc w wygodnym fotelu, w cieple klimatyzacji szybko zasnąłem i obudziłem się już rano w Wilnie.

Hala targowa - Wilno

Czysty, uporządkowany dworzec autobusowy stanowił zachętę do zwiedzania miasta. W przechowalni bagażu niestety język polski był odbierany znacznie mniej przyjaźnie niż… rosyjski. To obrazuje delikatną materię stosunków międzyludzkich Wilna. Do końca nie wiedziałem, jak z kim rozmawiać. Jeśli mówisz po polsku – Litwini udają, że nie rozumieją. Po angielsku? Polacy patrzą na Ciebie z wyrzutem, że nie używasz ojczystej mowy. Można jeszcze po rosyjsku, ale coś w środku nie pozwala...

Pierwsze kroki skierowaliśmy do znanej sieci fast food aby posilić się i zaplanować dalszą trasę. Szok kulturowo-gastronomiczny! W menu odnaleźliśmy... Mc Blinn. Posileni blinami udaliśmy się spacerem w stronę Starego Miasta. Najpierw do Muzeum Iluzji. Dobrze jest zacząć od atrakcji dla dziecka – licząc na to, że pozwoli nam wspaniałomyślnie później zwiedzać Stare Miasto. Muzeum Iluzji nie jest duże, ale bardzo ciekawe. Pierwszą iluzją było to, że wzięli nas za Rosjan... Wszelkie instrukcje otrzymywaliśmy więc po rosyjsku. Obśmialiśmy się strasznie w tym muzeum: gościliśmy na wielkim talerzu w towarzystwie jarzyn, zamieniliśmy się wzrostem – Wojtek stał się duży, a ja zmalałem. Na koniec chodziliśmy jak pająki po suficie.

Stare miasto

Kiedy wyszliśmy na ulicę byliśmy już głodni. Wtedy rozpoczęło się na dobre, kibinowe szaleństwo... Kybyn to rodzaj pieroga z ciasta drożdżowego, wielkości ok. 10-15 cm, z farszem mięsnym. Jest to tradycyjna potrawa Karaimów, popularna na Litwie. Nie wiem, ile ich zjadłem podczas tej wyprawy, ale wszystkie były pyszne! Zacząłem od najdroższych. Te z Vegafé miały orientalne nadzienia, równie dobre były też zwyczajne, kupowane w różnych budkach, w cenie poniżej 1 euro, z mięsem lub ziemniakami. Każdy smakował inaczej. Każdy był znakomity. Kibiny to nasze kulinarne odkrycie tego wyjazdu.

Po południu skorzystaliśmy z opcji wczesnego zameldowania w naszym hotelu. Wybrałem Comfort Hotel LT – Rock’n’Roll Vilnius. W promocji na Boooking udało się nam zarezerwować nocleg dla 2 osób za równowartość 250 zł ze śniadaniem. Liczyłem, że Rock Hotel będzie swobodnym, wesołym, przyjaznym dla dziecka miejscem. Nie pomyliłem się. Już od progu przywitała nas kurtyna ciepłego powietrza i wesołe rockowe rytmy. Miła, niewymuszona obsługa, darmowa kawa i herbata w lobby. Duży pokój z długaśnym biurkiem i niemałą łazienką. W tych komfortowych warunkach odpoczywaliśmy przez dwie godziny, zanim wyszliśmy na wieczorny spacer.

Stare miasto nocą

Wilno po zmroku staje się czarodziejskie. Odkrywa piękno swoich uliczek, zaułków, kamienic. Odprowadza melodią ulicznych grajków, otula półmrokiem. Wojtka co prawda zachwycił najbardziej samochód marki Tesla parkujący przy głównym rynku, ale cóż... Każdy dostał, co lubi. W końcu Wilno to czarodziejskie miasto. Snuliśmy się bez planu tymi uliczkami prawie trzy godziny. Nigdzie chyba do tej pory w podróży nie czułem się bardziej „u siebie”. Nikt nas nie niepokoił. Było cicho i spokojnie. Polecam każdemu taki wieczorny spacer. Zwłaszcza po Plac Katedralnym, które jest sercem miasta. Jego głównymi elementami jest Bazylika Archikatedralna św. Stanisława Biskupa i św. Władysława oraz dzwonnica. Nieopodal znajduje się kaplica św. Kazimierza wzorowana na Kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu, z bogatymi freskami oraz pozłacanymi figurami polskich królów. Stojąca tuż obok katedry dzwonnica to dawna baszta, przebudowana w 1530 roku, będąca w przeszłości elementem murów obronnych Wilna.

Na kolację, żeby przełamać kibinowe doświadczenie, udaliśmy się do małej, japońskiej restauracyjki. Zamówiliśmy ramen i wołowe szaszłyki. Ramen jest ogromny i zgodnie z japońską tradycją zjedliśmy go wspólnie, z jednej michy.:-) Koszt takiej kolacji to jedynie 12 euro. Dla Wojtka niewątpliwą atrakcją była możliwość oglądania przez szklaną szybę pracy kucharza. Fajnym akcentem był powrót polskim trolejbusem marki Solaris. Wróciliśmy przed północą i od razu poszliśmy spać.

Co nas rozczarowało: śniadanie. Jadąc na Litwę można spodziewać się pysznego jedzenia. Po prostu ich produkty są wyborne. Od pieczywa, mięsa, przez nabiał i sery. Hotel, w którym spaliśmy, był skandynawskiej, a nie litewskiej sieci. Ku naszemu zaskoczeniu „zjadalne” były tylko śledzie. Jajecznica w proszku to zbrodnia na podniebieniach gości. Kawa rozpuszczalna z automatu – dopiero tutaj przekonałem się, czym jest berbelucha niczym z komisariatu ze starego amerykańskiego kryminału noir. Przezroczyste i połyskujące wędliny także nie wzbudzały zaufania. Posiłek ratował wspomniane śledzie i dżemy. To słabo jak na Wilno, które w najmniejszej, ulicznej budce ma do zaoferowania pyszne jedzenie.

Drugiego dnia zaczęliśmy od muzeum kolejnictwa mieszącego się oczywiście na dworcu. Nie zabawiliśmy tan długo – czekała nas jeszcze wizyta w Centrum Sztuki Współczesnej w Wilnie na wystawie polskiego plakatu. Zanim jednak tam dotarliśmy, „zaliczyliśmy” punkt obowiązkowy każdego polskiego turysty. Tak, tak. Ostra Brama. Odwiedziliśmy także zabytkową halę targową, która jest istną świątynią litewskiego jedzenia. Od pysznych chlebów, przez wspaniałe sery, owoce, warzywa. Wszelakie mięsiwa i wędliny, aż po żywe ryby jadane – pływające w akwariach. Dla nas najlepszą pamiątką z Wilna było właśnie jedzenie: przywieźliśmy ser Dziugas, suchą kiełbasę, wypieki.

Muzeum kolejnictwa w Wilnie

Naprawdę blisko od hali targowej mieści się wspomniana Ostra Brama. Co tu kryć – wzruszyliśmy się, szczególnie kaplicą, w której tłoczą się nasi rodacy. Atmosfera miejsca – niepowtarzalna.

Ostra Brama

Nie ominęliśmy też mieszczącej się nieopodal Cerkwi Św. Mikołaja, z rozbawieniem obserwując, jak pani sprzątaczka przeganiała mopem zwiedzających, którzy nieopatrznie wchodzili na mokrą podłogę... Najbardziej oberwało się kobiecie, która nieopatrznie nie wytarła butów przy wejściu. Sam klimat i zapach cerkwi wydaje mi się jednak wart zdzierżenia tych drobnych nieuprzejmości. W cerkwi nie mogliśmy wykonać żadnych zdjęć. Spędziliśmy tam jednak prawie pół godziny – Wojtkowi bardzo się podobało, dla niego to egzotyka. Podobała mu się też wystawa polskich plakatów, która zobaczyliśmy później. Najbardziej jednak spodobały mu się Ogrody Bernardynów z licznymi placami zabaw, zielenią i bardzo miłymi Litwinami, którzy właśnie tam zażywają odpoczynku. My też tam odpoczęliśmy, zanim skierowaliśmy nasze kroki ku jadłodajni. Tym razem bez ekstrawagancji. Barszcz czerwony, bliny i cepeliny z mięsem w barze Kavinė Čeburėkinė prowadzonej przez Polaków. Za obiad dla dwóch osób zapłaciliśmy 9 euro.

Cerkiew Św. Mikołaja

Polecam Wam także wizytę w Užupis – samozwańczym państwie, wielkości małej dzielnicy. Niedaleko od wileńskiej starówki, mieści się dzielnica opanowana przez artystów. Na każdym kroku natkniecie się na dzieła ulicznych twórców. W 1997 r. Republika Zarzecza proklamowała się jako suwerenne państwo. Posiada swoją konstytucję, prezydenta, walutę, hymn i godło. Uwaga na kontrolę paszportów! Republika Užupis nie należy do UE i możecie zostać wylegitymowani, ale tylko podczas święta proklamowania niepodległości republiki, czyli… pierwszego kwietnia! W razie nieprzyjemności związanych z kontrolą graniczną możemy się zwrócić bezpośrednio do władz. Posiedzenia rządu republiki odbywają się w miejscowej knajpce. To wszystko jest oczywiście pół żartem pół serio, ale dzielnica istnieje naprawdę i warto tam zajrzeć, choć na chwilę…

Ogrody Bernardynów - karuzela

Byliśmy w Wilnie krótko, ale wiecie... brakuje mi tego miejsca. Niby nic, ale człowiek tęskni. Nie wiem, czy do klimatu tych uliczek, czy do smaku jedzenia, melodii litewskiego języka, miłych ludzi. To jednak bardzo sentymentalne miejsce. Wilno wydaje się miejscem przyjaznym dla dzieci – piękne parki, dość sporo atrakcji, pyszne słodkości. Niewielkie odległości pozwalające przemieszczać się w spacerowym tempie. Gdybyśmy jednak zabrali dziecko w wózku – byłoby ciężko. Miasto nie jest przystosowane dla najmłodszych turystów, a tym bardziej dla osób niepełnosprawnych. Straszą też zaniedbane miejsca i ruiny. Nam się jednak podobało i przyznam – ciągnie nas jeszcze dalej na wschód...

Świetną okazją do zwiedzania miasta będzie odbywająca się niebawem - pod koniec stycznia – urodzinowa impreza. Z tej okazji odbędzie się Wileński Festiwal Świateł. Warto skorzystać z okazji zobaczenia wyjątkowych prac artystów. Wykorzystując nowoczesne technologie, ujarzmiając ciemność i tworząc coraz to nowe historie, twórcy wywołują zachwyt i pobudzają wyobraźnię i zapraszają do refleksji. Dodatkowym atutem jest pula promocyjnych biletów do Wilna w cenie 39 zł. Wszystkie potrzebne informacje znajdziecie na stronie https://www.govilnius.lt/.

Przemysław Krajewski


Artykuł również dostępny na łamach Onetu tutaj w ramach współpracy Damosfery z onet.pl.