Peniscola i Walencja – same dobre skojarzenia!

Peniscola i Walencja – same dobre skojarzenia! zdjęcie główne 4379e38b36d8e1ec9c6898a0

Nam kojarzą się z odpoczynkiem, filmem „Gra o tron”, wybrzeżem kwitnących pomarańczy (Costa del Azahar), oraz… miastem przyszłości. To wszystko w jednej, słonecznej, grudniowej podróży za drobne!

Byliśmy pierwszymi Polakami, których goszczono w pensjonacie Dios Esta Bien na szczycie wzgórza półwyspu Peniscola. Tak nam powiedzieli przesympatyczni właściciele: Xavier i Mia. Wielu turystów wybiera okoliczne duże kurorty: Orpesa, Alcossebre, Benicarlo, Vinaros. Peniscola zaś to mały półwysep, prawdziwa perła wybrzeża kwitnących pomarańczy (Costa del Azahar). Miasteczko o wyjątkowym charakterze i architekturze. To między innymi tutaj realizowano film „Gra o tron”. Warto było tu dotrzeć, choć wcale nie było to łatwe. Razem z dziewięcioletnim Wojtkiem złapaliśmy tu sporo słonecznych promieni, naładowaliśmy akumulatory i wydaliśmy naprawdę mało pieniędzy!

Aby się tam dostać tanio i sprawnie polecam Wam loty Ryanair do Walencji. Pisząc to, widzę na stronie przewoźnika sporo lotów w cenie od 69 zł z lotnisk w Gdańsku, Warszawie i Krakowie. Warto wybrać poranne godziny odlotu i dojeżdżając metrem z lotniska na dworzec València Norte, zostawić bagaż w przechowalni, poświęcając kilka godzin na zwiedzanie miasta. Walencja to trzecie co do wielkości miasto w Hiszpanii z imponującą i dobrze zachowaną Casco Antiguo – starówką. Obok dworca znajduje się Plaza de Torros, okrągła arena, gdzie odbywają się walki byków. Głównym miejscem starówki jest Plaza del Ayunatmiento, czyli plac ratuszowy. My z plaza del Aynatamiento udaliśmy się do Mercado Central, czyli wielkiego targowiska. Spróbowaliśmy tam rozmaitej wielkości i kolorów oliwek w cenie ok. 1,5 euro za porcję i świeżych, chłodnych ostryg za 2 euro sztuka. Czy popijałem ostrygi szampanem? Prawie… albowiem raczyłem się wytrawną, zimną Cavą. Cava nie jest gorącym, czarny naparem, jak to się może nam kojarzyć, tylko winem musującym produkowanym w Hiszpanii z wykorzystaniem metody szampańskiej. Nazwa tego trunku pochodzi od katalońskiego słowa oznaczającego piwnicę, w której przechowuje się wino.

Stara część miasta jest tak urokliwa i chwilami imponująca, że żal ją opuszczać. Miło jest się zagubić w jej uliczkach bez mapy i planu. Warto zapomnieć o wszystkich, choć na chwilę usiąść w kawiarni przy kawie (tym razem prawdziwej, bez bąbelków) i gorącym churros- tradycyjnym, hiszpańskim wypieku smażonego na głębokim oleju, w formie długiego pręta o przekroju w kształcie gwiazdy. Koniecznie zamoczonym w kremie czekoladowo- orzechowym. Pycha!

To już by wystarczyło turyście, by poczuć się szczęśliwym i na tym ów niezorientowany turysta mógłby poprzestać. Zabierając ze sobą wspomnienie nobliwego, dostojnego, zabytkowego miasta – udać się dalej. Nic bardziej mylnego. Walencja jak medal – ma dwie strony! Wystarczy wsiąść w autobus i iść do Ciudad de las Artes y las Ciencias (Miasteczka Sztuki i Nauki), nazywanego dzielnicą przyszłości. Gigantyczny kompleks futurystycznych budowli wynurzających się z lazurowego lustra wody. Całość obejmuje obszar 350 000 m². Nam nie starczyło czasu, żeby wejść do L’Oceanogràfic – największego oceanarium Europy o łącznej powierzchni 110 000 m². Usytuowanych jest tu 13 ekosystemów światowych mórz i 500 gatunków pływających zwierząt; zawiera m.in. także rekonstrukcje podziemnych krajobrazów, ogromne delfinarium czy wyspy lwów morskich. Pominęliśmy też niestety El Museu de les Ciències Príncipe Felipe (Muzeum Nauki) – wielkie muzeum XXI wieku, w którym eksponowane są najnowsze osiągnięcia nauki i techniki. Znajduje się tu wahadło Foucaulta oraz interaktywne wystawy naukowe, gdzie zwiedzający mogą brać czynny udział w eksperymentach. Z dala podziwialiśmy El Palau de les Arts Reina Sofía – gigantyczną konstrukcję owalną, przypominającą mi trochę hełm wojownika, ukrywającą w środku kilka scen – wystawiane są tu spektakle i koncerty sceniczne oraz opera. Wybraliśmy spacer w ogrodach L’Umbracle.

Po spacerze ruszyliśmy dalej. Przecież nasz popołudniowy pociąg nie będzie czekał. Jednak przed dalszą podróżą warto by coś zjeść. Nasz wybór padł na popularną wśród miejscowych restaurację sieci Saona. Wcześniej dokonaliśmy rezerwacji on-line (i bardzo dobrze, wszystkie stoliki były zajęte). W cenie 10€ oferowane są zestawy zawierające pierwsze i drugie danie, a także deser. Oczywiście zestaw można dowolnie komponować, łącznie w karcie jest około 30 pozycji. Wybraliśmy burgera z tuńczyka i pieczone mięso z tortillą, słodkości i wino, i sok. Zapłaciliśmy 30 euro za dwie osoby wraz z napojami i napiwkiem.

Na dworzec dotarliśmy na kwadrans przed odjazdem pociągu, więc szybko odebraliśmy bagaże i pobiegliśmy na peron. Niestety, w przejściu natknęliśmy się na…zamkniętą stalową bramę i strażników! Czemu w Walencji zamykają perony? Nie mam zielonego pojęcia, ale system wygląda tak, że naprawdę na chwilę przed odjazdem otwierana jest bramka i wszyscy na hura lecą do pociągu. W tym tłumie ładujemy się do środka i zajmujemy miejsca. Nagle wszyscy w popłochu z powrotem – wysiadają… Nie ten pociąg. Właściwy stał znacznie dalej, na końcu długiego peronu. Zdążyliśmy... Żeby nie było, że za bardzo narzekam: o samych hiszpańskich pociągach Renfe mógłbym napisać osobny elaborat, a najlepiej – poemat. Nigdzie nie jeździłem tak wygodnymi pociągami jak w Hiszpanii. Nie wiem, jak oni to robią, ale dosłownie jakby bezszelestnie płynęły w powietrzu, kiedy my pasażerowie siedzimy w wygodnych przepastnych, welurowych fotelach. Do tego te przedziwne kształty czoła pociągu z wielkimi, płaskimi nosami. Nawet podmiejskie, stare i wysłużone składy są niesamowicie wygodne. Dwie godziny podróży minęło nam szybko, siedzieliśmy z nosami przyklejonymi do szyby, bo krajobrazy są tu naprawdę wyjątkowe. Te rudoczerwone skały poprzetykane soczystą zielenią, topazowe morze, gaje oliwne i pomarańczowe… no i oczywiście palmy. Wojtek miał ambitny plan policzenia wszystkich palm, które mijamy. Doliczył do 300 i dał sobie spokój.

Stacyjka, na której wysiedliśmy – Vinaros była naprawdę niewielka i kiedy szliśmy przez jakąś zarośniętą trawą polaną w stronę wiejskiej drogi, przy której sterczał stalowy, zardzewiały kikut będący pozostałością po przystanku autobusowym – bez żadnej tabliczki, nabraliśmy wątpliwości czy ten plan z Peniscola był dobry i czy nie wato było jednak zostać Walencji.

Na szczęści zza zakrętu wyłonił się lśniący, nowy, błękitny autobus i udaliśmy się w dalszą drogę. Po kwadransie zbliżaliśmy się do Peniscola. Byliśmy trochę rozczarowani widokiem szpecących wybrzeże wielkich hoteli i apartamentowców, ale cierpliwie czekaliśmy na ostatni przystanek. Nasza wytrwałość została nagrodzona. Chwilę późnej zobaczyliśmy z oddali coś niesamowitego. Zza budynków wyłoniła się w oddali wzgórze jakby zbudowane z białych klocków – jeden na drugim, niewielkich białych domków, nad którymi dominowała bryła kamiennego zamku templariuszy. Co za widok!

Owszem, widok piękny, ale nasz hotel znajdował się gdzieś w górze, pod samym zamkiem w labiryncie uliczek. Nawigacja odmówiła posłuszeństwa, a nasze małe podróżne walizki trzeba wziąć do ręki, żeby wspinać się po stromej drodze ułożonej z ostrych kamieni postawionych na sztorc. Oczywiście, obeszliśmy zamek w koło dwa razy, zanim trafiliśmy na miejsce. Piękne, niewielkie śnieżnobiałe kamieniczki i widoki na lazurowe może umilały nam trudy wspinaczki. Warto było. Hotelik Dios Esta Bien był niesamowity, w pokojach mieliśmy ściany z litego kamienia, balkoniki w kwiatach, dobrą klimatyzację, wszystko bardzo czyste i gustowne. Zarezerwowaliśmy w cenie 280 zł za dobę wraz z wyjątkowym śniadaniem, o którym napiszemy na końcu.

Co jest wspaniałe – mimo okolicznych zabudowań, sam półwysep przez swoje ukształtowanie i architekturę stanowi jakby odrębny świat. Pierwsza osada w tym miejscu powstała tu już w starożytności. W czasach greckich, a potem rzymskich Peniscola pozostawała ważnym portem morskim, w którym wymieniano oliwę, wino na ceramikę, tkaniny i broń. W 718 roku miasto zostało podbite i zajęte przez Maurów. To właśnie w czasie ich rządów na wysokim skalistym półwyspie wzniesiona została pierwsza kamienna twierdza. Pod panowaniem arabskim Peniscola pozostawała aż do XI wieku, kiedy to wraz z okolicznymi terenami dostała się pod panowanie Królestwa Aragonii. W latach 1294-1107 w miejscu starej arabskiej twierdzy Templariusze wznieśli okazały zamek. To właśnie w nim na początku XV wieku w czasie wielkiej schizmy zachodniej, kiedy do tytułu głowy Kościoła katolickiego rościło sobie pretensje dwóch, a nawet trzech papieży jednocześnie, znalazł schronienie antypapież Benedykt XIII (Pedro de Luna). Przebywał on tu aż do swojej śmierci. I tutaj znajdziemy jego pomnik. Wygląda trochę strasznie… zwłaszcza nocą, podświetlony na czerwono, na tle murów warowni wzniesionej w latach 1294-130. Zamek, wraz z ogrodami, zachował się w doskonałym stanie i jest udostępniony dla zwiedzających. Po Alhambrze w Grenadzie jest tu drugi pod względem liczby odwiedzających zamek w Hiszpanii! Po sezonie, wieczorem było tam zupełnie pusto, a i w hoteliku była oprócz nas tylko jedna para.

Kiedy Wojtek zasnął i wychodziłem z hotelu późnym wieczorem na spacer, właścicielka podeszła do mnie i mówiąc, że już zamykają obiekt i nie będzie mogła mi otworzyć drzwi, kiedy wrócę. Po czym... wręczyła mi cały pęk wielkich kluczy od obiektu. Spacer był niesamowity, nie spotkałem tej nocy żadnego człowieka, za to obserwowało mnie mnóstwo kotów, które przyglądały się ze zdziwieniem intruzowi, który pałęta się w nocy po ich terenie. Zatrzymałem się na dłużej na szczycie urwiska, na kamiennej baszcie i długo patrzyłem w morze, w którym odbijał się księżyc – prawie w pełni. Toń marszczyła się i odblaski tworzyły ruchomy, plastyczny obraz. Niemal pionowo pode mną fale rytmicznie uderzały o ostre grzbiety skał. Oprócz tego absolutna cisza i żadnych innych odgłosów. No, może poza miauczeniem i pomrukami kociaków...

Za dnia zrobiło się tłoczno. Rozstawiono stragany, autokary. My zeszliśmy ze wzgórza i wałęsaliśmy się po plaży i dość sporym porcie rybackim. W pobliżu portu znaleźliśmy knajpkę, która w ofercie miała między innymi pozycję „Chuleton Wolowina (Polonia)” , czyli jednak z pewnością nie byliśmy tutaj pierwszymi Polakami... Myślę, że sekret tego udanego wyjazdu jest w tym, że zdecydowaliśmy się na nocleg w Dios Esta Bien niemal na szczycie wzgórza półwyspu. Masy turystów wybierają ogromne hotele i apartamentowce na wybrzeżu, tracąc możliwość choćby wieczornego, pełnego uroku spaceru. Czym innym jest odwiedzić miasteczko w skwarne południe na dwie, trzy godziny, a czym innym jest nocny, samotny spacer wśród opustoszałych murów, kiedy ma się wszystko jakby tylko dla siebie. Prawdziwą wisienką na torcie, o której chciałbym wspomnieć, było śniadanie w hoteliku. Właściciel wstaje codziennie, skoro świt, by upiec świeży chleb na tosty, odebrać od dostawcy nabiał, wycisnąć sok z pomarańczy, nakryć do stołu, dodając jeszcze własnej produkcji konfitury i świeżo zmieloną kawę parzoną w zabytkowym, ciśnieniowym ekspresie. Sporo podróżowałem, sporo śniadań jadłem, ale takie – proste, a jednocześnie wyrafinowane, pełne prawdziwych, niezapomnianych smaków i aromatów jadłem tylko tutaj. Warto tu przyjechać, choćby na weekend.

W tę podróż zabrałem dziewięcioletniego syna – Wojciecha, któremu dziękuję za to, że był dzielny podczas” nagłych zwrotów akcji”, oraz przykrej niespodzianki spożywczej, jaką mu zgotowałem podczas podróży. Obiecana wielka paczka chipsów po otwarciu okazała się bombą zapachowo-smakową. Prawdopodobnie chipsy składały się w dwóch proporcjach z ziemniaków i… octu! Jest takie hiszpańskie przysłowie: „Rozlewając wino, sprzedają ocet”, które oznacza coś przereklamowanego, rozczarowującego – tutaj płacąc za chipsy, otrzymaliśmy ocet. Jednak to tylko paczka chipsów. Tę podróż z pewnością można uznać za udaną. Kolacja na plaży Costa del Azahar zadośćuczyniła nam „szok chipsowy”, a nocny spacer wokół zamku Templariuszy nad urwiskiem w Peniscola był po prostu bezcennym doznaniem.

Podróż kosztowała nas nieco ponad 1200 zł za trzy dni, łącznie z kosztami dojazdu. Było to cztery lata temu, jednak śmiało można powtórzyć to dzisiaj. Bilety lotnicze do Walencji są w tej chwili w bardzo dobrych cenach, tylko nasz hotelik poszybował w rankingach (ach, co to za opinie, warto poczytać i to wszystko prawda) i kosztuje teraz trzykrotnie drożej. W okolicy zamku znajdzie się kilkanaście innych obiektów w cenach od 170 zł za dobę. Na upały w grudniu nie ma co liczyć, ale na kilkanaście, dwadzieścia stopni i sporo promieni słonecznych gratis – jak najbardziej!

Jeśli podobał Wam się ten artykuł, proszę razem z Wojciechem o łapkę w górę.

Przemysław Krajewski