Wilkołak

Wilkołak

Na czarno-białym zdjęciu widać nagiego młodego mężczyznę w za dużych okularach. Błagalnym wzrokiem patrzy w górę. Unosi brwi, jakby nie dowierzał, że za chwilę jego życie legnie w gruzach, a przed nim jest już tylko śmierć. Niech was nie zwiedzie jego niewinna mina. Mężczyzna ze zdjęcia to Wasilij Kulik, mieszkaniec Irkucka, lekarz medycyny. Seryjny gwałciciel i zabójca. Człowiek, który z zimną krwią dusił zarówno swoje starsze pacjentki, jak i przypadkowo spotkane dzieci. Na sumieniu miał co najmniej 13 istnień.

W domu Kulików od zawsze ceniło się wiedzę i ciekawość świata. Ojciec rodziny, znany entomolog Siergiej Kulik, po pracy na uczelni pisał książki. Jedna z nich – "Przygody kapitana Kuzniecowa" – zyskała nawet uznanie krytyków. Żona profesora Kulika była cenioną dyrektorką szkoły w Irkucku. Miała niemal 40 lat, gdy okazało się, że na świat przyjdzie ich trzecie dziecko. Ciąża przebiegała z komplikacjami. Wasilij przyszedł na świat 17 stycznia 1956 r., dwa miesiące przed czasem. Ważył tyle co miot kociąt – mniej niż kilogram. Matka na widok noworodka jęknęła – chłopiec nie miał wykształconych paznokci, jego brzuch był nadęty jak balon, a uszy jakby wciśnięte w czaszkę. Skóra ciemniała mu od wody, dlatego przez kilka miesięcy nie był kąpany. Pierwsze miesiące życia Wasilija były naznaczone ciągłym strachem o chorobę i śmierć. Matka wspominała po latach, że malec dopiero ok. szóstego miesiąca życia zaczął przypominać dziecko.

Gdy Wasilij miał rok, rodzice postanowili posłać go do żłobka. Tam błyskawicznie podłapał wszystkie możliwe dziecięce choroby, w tym odrę, którą bardzo ciężko przechodził. Wyzdrowiał, ale zaczął cierpieć na bezsenność. Lunatykował, bezwiednie włączając adapter i na cały regulator puszczając płyty.

Ponieważ dziecko było chorowite, cała uwaga rodziców była skupiona na nim, co skrzętnie wykorzystywał. Miał starszą siostrę, której nie kochał, często robił jej przykrości, a któregoś dnia w napadzie złości złapał kuchenny nóż i niemal zadźgał dziewczynę – a miał zaledwie sześć lat. Siostra w ostatniej chwili skryła się przed Wasilijem w pokoju i słyszała, jak ostrze wbija się w drzwi.

W szkole Wasilij często był obiektem wyzwisk, które bardzo ciężko przeżywał. Za namową ojca zapisał się na boks. Okazało się, że to strzał w dziesiątkę – wkrótce był silniejszy od wszystkich uczniów w szkole. Gdy pewnego dnia rozzłościł się na koleżankę z klasy i uderzył ją kubkiem w twarz, wybił jej wszystkie zęby. To sprawiło, że ojciec, którego Wasilij ubóstwiał, po raz pierwszy w życiu sprawił chłopakowi lanie. Bił syna tak mocno, że ten później z trudem chodził. Dlatego Wasilij postanowił swoją złość rozładowywać na kotach. Razem z kolegą łapał podwórkowe mruczki i wieszał je na drzewie. Porzucił boks dopiero po tym, jak podczas zawodów został brutalnie znokautowany i trafił na kilka tygodni do szpitala.

Choć nie wyglądał na Adonisa, był umięśniony i dobrze zbudowany, do tego miał poczucie humoru i potrafił sprawiać wrażenie sympatycznego młodzieńca, cieszył się dużym powodzeniem u dziewcząt i młodych kobiet. Wspominał, że czasem w ciągu roku miał nawet 20 partnerek, czasem umawiając się z kilkoma naraz. W pamiętniku notował jednak, że kobiety mu się znudziły i niczego więcej nie są w stanie mu dać. Zaczął fantazjować o coraz młodszych dziewczynkach.

Po szkole Wasilij dwa lata spędził w wojsku, a w 1976 r. dostał się na wydział lekarski Uniwersytetu Medycznego w Irkucku. Do zostania internistą namówiła go matka, która liczyła, że syn zajmie się nią na starość i będzie ją wspomagał w zmaganiach z cukrzycą. Wasilij serdecznie jednak nie cierpiał swojego fachu, bardziej niż leczenie ludzi interesowała go farmacja, a zwłaszcza działanie substancji narkotycznych i usypiających. Był jednak człowiekiem zdolnym, uczenie się przychodziło mu z łatwością, więc bez problemów zdawał kolejne egzaminy. Wciąż jeszcze studiował, gdy przez krótki czas pracował w przychodni, nie wykazywał się jednak empatią i wkrótce odszedł z pracy. Pacjenci wspominali, że każdemu, niezależnie od dolegliwości, przepisywał to samo lekarstwo. W 1980 r. odszedł z przychodni i został lekarzem irkuckiego pogotowia. Rok później ożenił się z prawniczką Mariną, która cieszyła się, że mąż jest zaradny, nie pije, nie ma nałogów i potrafi dorobić na boku, by zacząć budować daczę nad jeziorem Bajkał. Marina nie przypuszczała jednak, że mąż regularnie ją zdradza. Gdyby zajrzała do pamiętnika, który Wasilij wciąż prowadził, dowiedziałaby się również, że dzieli życie z zabójcą… Pamiętnik zawsze leżał na biurku, Kulik nawet go nie chował – wiedział, że żaden z domowników nie naruszy jego prywatności.

W 1980 r. 24-letni Wasilij padł ofiarą brutalnego napadu. Grupka podpitych nastolatków zaatakowała go, gdy wychodził z kina. Został dotkliwie pobity i okradziony, spędził kilka dni na intensywnej terapii. Miał wstrząs mózgu – jeszcze poważniejszy niż ten, którego doznał po nokaucie podczas walki bokserskiej. Leżąc w szpitalnej bieli, poczuł narastającą w nim nienawiść do nastolatków. Później uczucie to nasiliło się i utrwaliło, z niejakim zdziwieniem zauważył też, że zaczął odczuwać pociąg do dzieci, zwłaszcza tych poniżej 10. roku życia. Gdy już wyszedł ze szpitala, na przystanku autobusowym poznał dziewięcioletnią dziewczynkę, Wasilisę. Zaczął ją obdarowywać prezentami, pisał do niej listy z opisem przygód, jakie ich czekają, gdy razem wyruszą w podróż w nieznane – wystarczy, że dziewczynka przyjdzie do niego na strych, na którym wybudował dla nich "bazę". Dziewczynka powiedziała jednak o wszystkim matce. Gdy kobieta zgłosiła sprawę na milicję, stróże prawa nie uwierzyli w jej opowieści, twierdzili, że na pewno coś źle zrozumiała i nawet nie przyjęli zgłoszenia. W latach 80. w ZSRR o pedofilii słyszało się rzadko, temat nie istniał w mediach, dlatego nikt nie potraktował poważnie słów dziewięciolatki. Wtedy też Wasilij Kulik postanowił zagadywać nieznajome dzieci. Swoje chore fantazje zrealizował w 1982 r. – wykorzystał "okazję", że jego żona akurat przebywała w szpitalu położniczym i rodziła ich pierwszego synka.

Wasilij działał według ściśle opracowanego planu. Zagadywał samotne dziecko, proponował mu kupienie zabawki albo gry, lodów, proponował zabawę w chowanego. Wyglądał poczciwie i dzieci ufnie szły za "wujkiem". Zazwyczaj prowadził je do piwnicy i tam atakował swoje ofiary.

W 1983 r. Wasilij ciężko przeżył nagłą śmierć ojca. Wypił całą fiolkę środka uspokajającego, jednak zauważyła to jego żona, która od razu zadzwoniła na pogotowie. Wasilija udało się uratować, ale odejście ojca zburzyło ostatni mur na jego drodze do zabijania. Kulik był jednak na tyle wyrachowany, że mordowanie postanowił zacząć od… starszych osób. Zależało mu już bowiem tylko na zabijaniu. Jako lekarz pogotowia często jeździł na wezwania do seniorów. W notesie zapisywał, który z nich mieszka sam i najlepszą według niego porę ataku. Rano lub ok. godz. 10 dzwonił do drzwi starszej pani, przekonywał, że martwił się o "swoją ulubioną pacjentkę", mierzył ciśnienie i z zatroskaną miną przekonywał, że musi natychmiast podać lekarstwo. Wstrzykiwał ofierze silny lek uspokajający zawierający chlorpramazynę, po czym gwałcił, dusił i układał na łóżku pod kołdrą, by wyglądało na to, że zmarły we śnie. Ciała samotnych starszych kobiet były odkrywane zazwyczaj po kilku dniach, nikt nie zakładał zabójstwa, więc jako przyczynę śmierci zazwyczaj wpisywano zawał lub udar. Wasilij Kulik był tak cyniczny, że pewnego razu wypisał akt zgonu uduszonej przez siebie ofiary.

Po kilkunastu miesiącach mordowania starszych osób zdał sobie jednak sprawę, że wciąż chce zabić dziecko. W maju 1984 r. przed sklepem z zabawkami zauważył samotną dziewięciolatkę, która z przejęciem oglądała wystawę. Powiedział jej, że kupi jej dowolną rzecz, tylko musi pójść z nim do jego mieszkania po portfel. Ufna dziewczynka poszła z Kulikiem. Jej ciało znaleziono kilka godzin później w piwnicy pobliskiego domu. Została zgwałcona i uduszona.

W grudniu 1984 r. Wasilij Kulik zamordował siedmioletniego chłopca, któremu obiecywał pokazać domowe "minizoo". Dziecko było jego czwartą ofiarą.

Mieszkańcy Irkucka byli przerażeni. Z ust do ust przekazywali sobie coraz bardziej mroczne historie o "maniaku", który atakuje dzieci. Rodzice nie spuszczali dzieci z oczu, zakazywali im rozmowy z jakimkolwiek nieznajomym dorosłym. Na ulicach miasta zaczęły pojawiać się plakaty z portretem pamięciowym sprawcy, nie przyniosło to jednak żadnych efektów poza takim, że teraz Kulikowi było trudniej zaczepiać małe dzieci wprost na ulicy. Dlatego zaczął wybierać bloki w nowych dzielnicach miasta. Dzwonił do drzwi i podając się za lekarza pogotowia mówił, że przyjechał na wezwanie. Gdy otwierało mu dziecko, upewniał się, że jest samo w domu i atakował. W sierpniu 1985 r. zgwałcił i zamordował dziewięciolatkę. Matka dziewczynki wróciła z pracy dosłownie kilka minut po wyjściu mordercy.

Wasilij Kulik molestował i atakował też dzieci swoich licznych znajomych i kochanek, a nawet własnych synów. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że dzieciom nikt nie wierzył, nawet jeśli dokładnie opisywały, co zrobił im "wujek". Żaden z dorosłych nie wsłuchał się w słowa dzieci, Wasilij był automatycznie usprawiedliwiany ("na pewno złapał cię przez przypadek"), a dziecko nawet oskarżane o paskudne wymysły. Nic więc dziwnego, że tak długo pozostawał bezkarny.

17 stycznia 1986 r. Wasilij Kulik szykował się do wieczornej imprezy urodzinowej. Nie potrafił jednak myśleć o niczym innym, jak kolejne zabójstwo. Niemal wybiegł z domu i zagadnął pierwszego napotkanego jasnowłosego dziewięciolatka. Obiecał, że kupi mu popularną i deficytową grę elektroniczną "Nu, pagadi" – w której Wilk łapie do koszyka jajka zrzucane przez Zająca. Gdy chłopiec zgodził się pójść z Kulikiem, ten złapał go za rękę i niemal siłą zaczął ciągnąć na pobliską budowę. Sytuację zauważyła pracownica stołówki, która zwróciła uwagę, że mężczyzna ciągnie za sobą dziecko i nie zwraca uwagi na to, że chłopcu spadła z głowy czapka. W tamtym czasie już cały Irkuck wiedział o tym, że w mieście grasuje zabójca dzieci, więc wszyscy dorośli mieli oczy dookoła głowy. Kobieta skrzyknęła więc jeszcze dwie koleżanki i ruszyła w ślad za dziwną parą.

Kilka minut później kobiety usłyszały płacz dziecka. Przyłapały Kulika na gorącym uczynku i zaczęły wzywać milicję. Mężczyznę obezwładniło dwóch milicjantów po służbie.

Początkowo Wasilij Kulik wszystkiego się wypierał, twierdził, że chciał tylko udzielić pomocy znalezionemu przez przypadek obnażonemu dziecku. Śledczy zauważyli jednak dość niezwykłą prawidłowość – do wszystkich zabójstw dzieci dochodziło w czasie pełni lub nowiu Księżyca. Następne przesłuchanie zaplanowali więc na czas pełni. To przyniosło nadzwyczajny skutek – podenerwowany, zdekoncentrowany Kulik w końcu pękł i przyznał się do wszystkich gwałtów i zabójstw dzieci, a także opowiedział o mordowaniu starszych osób. Dla milicjantów było to zaskoczenie, ponieważ dotąd żadna z bliskich ofiarom osób nie zgłaszała wątpliwości co do przyczyny śmierci seniorek. Okazało się, że Wasilij Kulik ma na koncie co najmniej 40 gwałtów i 14 zabójstw.

Nikt z licznych znajomych i przyjaciół Kulika nie chciał uwierzyć w to, że ten jowialny, zabawny, towarzyski mężczyzna może być bezwzględnym seryjnym mordercą. Jego niewinne spojrzenie zza wielkich okularów sprawiało, że tylko niezbite dowody jego winy, które niechlujnie pozostawiał na miejscu zbrodni, działały trzeźwiąco na publiczność obserwującą proces.

Żona Kulika nie przychodziła na rozprawy. Wyprowadziła się wraz z synami na drugi koniec Rosji. Matka długo nie mogła uwierzyć w winę syna. Do czasu, aż znalazła jego pamiętnik. Z przerażeniem odkrywała drugą, potworną twarz swojego dziecka. Gdy przeczytała całość, spaliła go. Uznała, że tak będzie najlepiej dla sprawy, ponieważ Wasilij i tak usłyszy karę śmierci, a zniszczenie pamiętnika oszczędzi drastycznych szczegółów zbrodni rodzinom ofiar.

Wasilij Kulik przyznał się do zarzucanych mu czynów i został skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano 26 czerwca 1989 r. w Irkucku.