Więcej...

    Zawsze będę go kochał

    Manfred Thierry Mugler – ikona mody vintage pokolenia Z, światowej sławy projektant mody widziany oczami długoletniego partnera, polskiego artysty Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza.

    ***

    Przemysław Krajewski: Zawsze będziesz kochał Thierry’ego Muglera? Tak powiedziałeś…

    Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz: Dla mnie to był po prostu Manfred. Nie miał na domofonie tabliczki Thierry Mugler – projektant mody, więc ja przez pierwszy miesiąc nie wyczaiłem, że to jest właśnie on…Manfred już nie żyje, więc nie może wydarzyć się już nic, co by spowodowało żeby miało być inaczej. Nic nie jest w stanie zaburzyć tego, co było. Dlatego myślę, że już zawsze będę go kochał, mimo iż sama namiętność z upływem czasu zaciera się, ulega zasklepieniu. Trudno jest zdefiniować pojęcie miłości. Dla mnie to jest akt twórczy – dzieło powstaje przez twoje odczucie.

    Robisz coś, co sprawia ci przyjemność. Nie analizujesz. Po prostu czujesz się bezpiecznie, masz ochotę oddać się tej osobie i nie potrzebujesz niczego w zamian, tylko pogłębiasz tą sytuację. Wiesz, że do mnie dopiero po miesiącu wspólnego życia dotarło, że ten facet to słynny Thierry Mugler?! Oczywiście ja wcześniej kojarzyłem go jako osobę, znałem jego projekty, swojego czasu nawet śledziłem jego pokazy. Był jednym z wielkich. Ja go w ogóle nie skojarzyłem, kiedy się poznaliśmy!

    Bywaliście na salonach Paryża, Londynu, Nowego Yorku…

    Manfred był zmęczony życiem towarzyskim. Prowadził je z obowiązku, najczęściej przy okazji wystaw, niedawno w Montrealu, Monachium i tak dalej. Obowiązkowe spotkania, jakieś kolacje… On nienawidził ścianek. Nie cierpiał tego. Robił to, bo to było zapisane w kontrakcie, żeby zaprezentował się i podbijał znaczenie brandu. W rzeczywistości od dawna już to nie miało już nic wspólnego z jego osobą. Odkąd sprzedał swoje imię i nazwisko jako markę firmie Clarins, a potem zdaje się nabyło to L’Oréal.

    ***

    Jak się czujesz człowiek, który sprzeda swoje imię nazwisko?

    Okropnie, to bardzo frustrujące, bo bezpowrotnie nie mógł podejmować określonych aktywności. Mógł robić kostiumy do show czy do spektakli, projektował dla Beyonce, ale nigdy już nie mógł zrobić fashion, kolekcji mody.  Z drugiej strony sprzedając swój brand czuł się wypalony. Musiałby robić minimum cztery kolekcje w ciągu roku. Rozumiesz, żeby być ciągle na topie musisz nieustannie robić nową jakość, ciągle wytwarzać nowe rzeczy. Kiedyś trzeba powiedzieć stop.

    Jak się poznaliście z Manfredem?

    Poznaliśmy na portalu społecznościowym dla gejów – Romeo. Ja byłem wtedy w Miami na festiwalu performerów, on był w Berlinie. Umówiliśmy się na randkę. Na niezobowiązującą randkę.

    I tak się wam przedłużyło? Przeszło siedem lat…

    Od momentu jak się poznaliśmy dosyć szybko zamieszkaliśmy wspólnie. Byliśmy razem właściwie non stop z małymi przerwami i nigdy nie było między nami tego momentu wzajemnej irytacji, jak to się mówi – cichych dni. Po prostu było nam ze sobą dobrze. To jest coś takiego, że przebywasz z drugą osobą i odkrywasz, że naprawdę nie drażni cię jej obecność, nie zobowiązuje do czegokolwiek.

    Mam jeszcze klucz od naszego wspólnego mieszkania. Zdarza się jeszcze, że tam jadę poćwiczyć, tak jak kiedyś robiłem to z nim. Teraz mieszkanie jest niemal puste.  Stoi stół, ale nie ma ani jego nie ma nawet jego krzesła. Robię stretching, rozciągam się w jego biurze i nachodzi mnie taki rodzaj takiego duchowego przeżycia, nie na zasadzie romantic, ale coś takiego, jakby spotkania nie do końca określonego. Nie smutnego, bardziej zrozumienia i pogodzenia się.

    ***

    Kiedy pierwszy raz porozmawialiście o sztuce?

    Dość późno. Moja znajomość angielskiego nie była wtedy na dobrym poziomie. Zresztą nasza znajomość pierwotnie była… Jak to powiedzieć? Organiczna? Pomijając nawet seksualną stronę naszego związku, to strona duchowa wynikała niejako z naszego organizmu, z atawizmu. Nie przez głowę tylko raczej z brzucha. Latem wynajmowaliśmy dom nad morzem w Danii i przez miesiąc pozostawaliśmy  w niemal całkowitej izolacji od świata. Zimą wyjeżdżaliśmy na Florydę. Robiliśmy  wspólny trening, ja często gotowałem, chodziliśmy na spacery. Rozmowy nie polegały na teoretycznej dyskusji o sztuce. Było o tym, co się nam podobało. Że na przykład lubię ten film i może obejrzyjmy go razem.

    Nie mieliście pokusy by tworzyć razem?

    Manfred zaprojektował dla mnie kostium do filmu Joanny Zastróżnej pt. Las, razem przygotowaliśmy performing na otwarcie jego wystawy w Montrealu. To były jednak wyjątkowe sytuacje. Artyści tego formatu nie muszą być osobami kooperatywnymi. Thierry Mugler w pracy twórczej był skazany na siebie i ostatecznie wszystko zależało od niego. Mogliśmy słuchać siebie nawzajem na zasadzie opinii: jeżeli ja coś wymyśliłem, powiedziałem jemu, że to jest tego i się zgadzam, by coś tam poprawił – to było bardziej nasze niż jeżeli byśmy mieli coś razem stworzyć.

    ***

    Do Berlina przeprowadzałeś się dwa razy. Wcześniej rezydowałeś w Sopocie i byłeś bodaj najbardziej zjawiskową postacią tego miasta.

    Lubię Berlin i ten tak zwany lajfstajl tego miasta. Zresztą w Polsce też nie mogłem narzekać, tylko że to było ograniczone do życia tak zwanej bohemy artystycznej. Jestem homoseksualistą, w Berlinie mogę spokojniej, swobodniej funkcjonować, działać i tworzyć. Kiedy wyjechałem po raz pierwszy, w latach dziewięćdziesiątych, uczestniczyłem w projektach teatru Moving M3. Jednak po zakończeniu kolejnego projektu uznałem, że będzie trudno mi się rozwinąć dalej w stolicy Niemiec, że muszę wrócić do Polski. Sięgnąć głębiej do korzeni, przedefiniować pewne rzeczy.

    Nie posiadałem, nie znałem żadnej techniki tańca współczesnego ani klasycznego.  Od początku byłem prowadzony drogą intuicji. Owszem, jakieś tam zajęcia z tańca były w Teatrze Ekspresji, z którym współpracowałem przez wiele lat. Wcześniej miałem zajęcia z pantomimy czy dramatu, ale to nie było coś, co mogło się w jakiś włożyć w ramy, żebym mógł pójść z tym do kolejnych ówczesnych berlińskich projektów.  Więc ratowałem się pracą na budowie czy w ogrodzie, pozując  jako akt model w szkołach plastycznych wyższych i niższych. To wystarczało na tyle, żeby wynająć pokój i funkcjonować na niskim poziomie egzystencji. To była stagnacja. Nie znajdywałem drogi, którą chciałbym podążyć.

    ***

    Na początku mojej drogi Teatrze Ekspresji byłem tancerzem, asystentem choreografa i reżysera – miałem takie pełne możliwości kreowania. Potem był sopocki Sfinks i czas performance. Ostatecznie jednak nie byłem tancerzem i nie czułem się performerem w pełni znaczenia tych słów. Nie na tyle, by z pewnością i siłą wkroczyć w kolejne środowisko. Musiałem nauczyć się siebie i przez kolejne dziesięć lat robiłem w Polsce swój projekt, autorski teatr Patrz Mi na Usta. Powstało wiele przedstawień, które stworzyłem wraz z zespołem. Już wiele wiem, ale ciągle improwizuję, wciąż ciągnie mnie w nieznane. Inspiruje mnie wolność od znanego Krishnamurtiego. Kiedy poznałem Manfreda zapragnąłem na stałe wrócić do Berlina, już jako dojrzały artysta mogłem tutaj poszerzać spektrum mojego działania. Wcześniej nie planowałem tego. Czy wcześniej mogłem przypuszczać, że go poznam, że zamieszkamy razem? Albo czy domyśliłbym się, że mój partner, po ponad siedmiu latach umrze?

    ***

    Jak odszedł Thierry? Chorował?

    To stało się dwudziestego trzeciego stycznia dwa tysiące dwudziestego drugiego roku. Nieoczekiwane. Pamiętam, że on był wtedy akurat w Paryżu, a ja w Berlinie. Mieliśmy taki zwyczaj, to było normalne między nami, że jak jeden z nas był w podróży to się miedzy sobą komunikowaliśmy w ciągu dnia. Około południa powinniśmy wejść w kontakt, ale nie udało się. Spróbowałem jeszcze dwa razy, zanim zadzwoniłem do Paryża do jego paryskiego asystenta i on odpowiedział, że Manfred jest zmęczony po prostu. Po jakimś czasie skontaktowałem się z jego księgową. To ona go znalazła. Odebrała klucze i pojechała do apartamentu. Manfred leżał tam na podłodze i już było za późno by cokolwiek zrobić. Odszedł nagle, niedługo prze otwarciem kolejnej odsłony dużej retrospektywnej wystawy swojej twórczości w nowojorskim Muzeum Brooklynu. Wystawa Thierry Mugler Couturissm  była prezentowana wcześniej w Montrealu, Rotterdamie, Monachium i Paryżu. Mieliśmy jechać razem do Nowego Yorku.

    ***

    Zaproszono Ciebie do Brooklyn Muzeum na tę wystawę? Już po jego śmierci?

    Tak, tak. Byłem zaproszony jako partner, ale no cóż… to było smutne odczucie. Nowy Jork bez niego. Czułem się tam taki zagubiony, mimo wielu gestów przyjaźni między innymi ze strony kuratora wystawy Thierrego – Maxime’a Loriota.

    Uroniłeś tam łezkę?

    Nie pamiętam już czy tam uroniłem, czy gdzie indziej. Czasem jeszcze uronię łezkę. Sama wystawa bardzo mi się podobała, ale na jej otwarciu czułem się samotny, mimo iż byli tam obecni nasi wspólni przyjaciele: Stella Ellis, Joey Arias, Marion Bourdee, Stefano Canulli. Dzięki ich wsparciu dałem radę to przetrwać. Moja przyjaciółka z czasów studiów – Ewa Więcek zaprosiła mnie później do siebie i zatrzymałem się u niej na krótki czas na Bronxie. Dzięki niej miałem okazję przez krótka chwile poczuć się częścią NYC.

    ***

    Kiedy tracisz kogoś to też jest wolność.  Wolność od i wolność do. Stałość i bezpieczeństwo według Krishnamurtiego są złudne.

    Brawo! Brawo dla ciebie. Dziękuję. Muszę powiedzieć, że przez te miesiące tak zwanej żałoby udało mi się wskoczyć na poziom bardzo intensywnej kreacji.  W tym czasie zrobiłem wiele nowych obrazów, wiele sytuacji artystycznych dedykując właśnie Manfredowi.

    Kiedyś powiedziałeś takie zdanie: Podstawą mojego życia zawsze było przetrwanie.  Może to jest twoją recepta na kryzys, na żałobę i ostatecznie na własną kreację artystyczną.

    Dokładnie tak! To spowodowało że moja żałoba w dużej części jest wolna od stagnacji.

    ***

    Jakie masz plany? Zostajesz na stałe w Berlinie?

    Zostaję. Właśnie udało mi się podpisać kontrakt na nowe mieszkanie, co w Berlinie nie jest takie łatwe. Czuję się bezpieczniejszy i bardziej ustabilizowany. W końcu to co powinienem zrobić w wieku 20 lat udało mi się pod sześćdziesiątkę…

    Kiedy Cię zobaczymy w Polsce?

    Cały czas tu przyjeżdżam. Już niedługo, od szesnastego lutego w elbląskim Centrum Sztuki EL będzie można zobaczyć większość moich prac plastycznych wykonanych moją autorską metoda tapingu. Będą też przedmioty, które powstały w związku z miłością, wspólnie lub z inspiracji Manfereda. Będzie można zobaczyć też albumy, rodzaj pamiętników, które wspólnie wytwarzaliśmy. Zapraszam serdecznie na tę wystawę, będzie dostępna do końca marca. Jednocześnie dostałem propozycję pracy jako pedagog akademicki w Akademii Sztuki w Szczecinie. Prawdopodobnie będę tam wykładał, zanim to jednak nastąpi, jeszcze musi nastąpić kilka procesów.

    ***

    Pochodzisz z małego miasteczka. Jestem ciekaw jak tam odebraliby twoją sztukę.

    Ostatnio mnie zaprosiła na wystawę pani burmistrz Pyrzyc, właśnie stamtąd pochodzę. Wystawiłem tam kilka swoich prac, prezentowano firm dokumentalny na mój temat ”Like Leon” w reżyserii Marka Nurzyńskiego. Zrobiłem krótki performance, który zadedykowałem mojej nieżyjącej mamie Alicji. Była moja rodzina, moi znajomi z dzieciństwa, przyjaciele sprzed lat. Nieoficjalnie kontynuowaliśmy to spotkanie w spontaniczny sposób w willi u mojej kuzynki.

    Stajesz się klasykiem?

    Jak byłem młodszy, chciałem przede wszystkim szokować. I robiłem to. Teraz zależy mi na spotkaniu, na zrozumieniu, na dialogu. Moja droga nie była łatwa. Oczywiście teraz są owoce, ale w przyszłym roku kończę 60 lat i naprawdę nie zawsze było tylko Miami, Nowy Jork i Paryż i same sukcesy…

    ***

    Manfred Thierry Mugler (ur. 21 grudnia 1948 w Strasburgu, zm. 23 stycznia 2022 w Paryżu) – francuski projektant mody, fotograf i założyciel firmy sygnowanej jego nazwiskiem.Projekty Muglera spotkały się ze znaczącym odrodzeniem wśród celebrytów, w tym Lady Gagi w teledysku do „Telephone” (2010) i Cardi B, która przyjaźniła się z Muglerem, często nosząc jego klasyczne projekty na czerwonych dywanach i teledyskach, a taką wspominając markę w piosence „Wild Side” (2021). Zaprojektował także kostiumy do I Am… Tour (2009) Beyoncé, czyniąc swoją markę jedną z najbardziej pożądanych luksusowych marek vintage dla konsumentów z pokolenia Z, według „Teen Vogue”. (Źródło Wikipedia)

    ***

    Krzysztof Leon Dziemaszkiewicz – trójmiejski performer, artysta plastyk , prowokator. W latach 1987–1995 związany był z Teatrem Ekspresji, w którym był tancerzem i asystentem choreografa i reżysera Wojciecha Misiuro. Nieprzerwanie od 1995 r. prowadzi autorski teatr Patrz Mi Na Usta, w którym pełni rolę reżysera, choreografa i tancerza. W latach 2004–2012, jako choreograf i performer, współpracował z niemiecką artystką polskiego pochodzenia Mariolą Brillowską, z którą zrealizował szereg projektów multimedialnych. Od 2013 r. bierze aktywny udział w alternatywnych i efemerycznych akcjach odbywających się w Berlinie i jego okolicach (m.in. Trash Era, Pornceptual, Liber Null). Od 2016 r. jego zainteresowania artystyczne skupiają się na projektowaniu obiektów z materiałów pochodzących z recyclingu. Realizuje instalacje i formy przestrzenne w technice „tapingu”. (Źródło Wikipedia).

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY