Życie w podróży

Życie w podróży
Grzegorz Kapla, fot. Maciej Zienkiewicz Photography

„U wybrzeży Atlantyku w Wenezueli, Gujanie, Brazylii i Argentynie możesz poczuć w powietrzu jakiś rodzaj napięcia i nie jest naładowane adrenaliną, jak choćby w Johannesburgu. To raczej napięcie erotyczne”. Rozmowa z Grzegorzem Kaplą – podróżnikiem, pisarzem, dziennikarzem.

Przemysław Krajewski: Rozmawiamy o książce „Nad rzekę, której nie ma”. Książce podróżniczej, którą czyta się jak dobrą powieść – męską powieść. Gdyby Hłasko pisał o podróżach, może pisałby właśnie tak.

Grzegorz Kapla: Wszystko dlatego, że choć to reportaż z podróży, to jednak książka ma tę emocjonalną gęstość charakterystyczną dla powieści. Chodzi nie o to, żeby czytelnika pouczać, ale żeby pozwolić mu przeżywać lęk, strach, ulgę, radość, ekscytację… W jakimś sensie język tej opowieści książki jest konsekwencją klimatu, atmosfery Ameryki Łacińskiej, tych ulic, po których dziewczyny snują się w sukienkach krótkich jak w noc poślubną, zaułków, w których naprawdę odczuwasz to jakieś elektryzujące napięcie. Może nie w krajach andyjskich, gdzie kobiety noszą po kilka warstw spódnic, a mężczyźni poncza i grube, brzydkie swetry, gdzie ludzie są może niscy, ale ogorzali, twardzi, przywykli do wiatru. Ale na karaibskim wybrzeżu Atlantyku w Wenezueli, czy Brazylii powietrze naprawdę drży jakimś erotycznym napięciem.

W którym miejscu kończy się turystyka i zaczyna się przygoda? Kiedy stajesz się prawdziwym podróżnikiem?

Przygoda zaczyna się tam, gdzie się kończy rozkład jazdy, gdzie kończy się planowanie i dzieją się rzeczy, których nie przewidywałeś. Kiedy nie wiesz dokąd dotrzesz, gdzie będziesz spał…

Albo czy w ogóle…

Raczej zawsze będziesz gdzieś spał. Wiele razy prosiłem o nocleg. W takich sytuacjach pamiętam, że statystyka jest po mojej stronie.

Trudno myśleć o statystyce, kiedy autobus wypełniony ludźmi zawisa nad przepaścią, albo kiedy ręce przymarzają do liny poręczowej, bo jesteś na lodowcu pięć tysięcy metrów nad poziomem morza w samym polarze, bo ciepłe rzeczy oddajesz jakieś przypadkowej dziewczynie. Powiedz prawdę – jak jest z tymi kobietami? Piszesz tak, jakby miał za chwilę być romans, a potem zapada kurtyna i nie wiemy było coś, czy nie?

Rzeczywiście, oddanie komuś słabszemu od ciebie zimowej kurtki nie jest najlepszym pomysłem, uznajmy, że to był efekt polskiej, ułańskiej kindersztuby, a ja źle oszacowałem własne możliwości i o mały włos zabrakłoby mi szczęścia. A co do kobiet, to powiem tak, że ludzie przywożą z podróży maski, amulety, których znaczenia nie rozumieją, skóry dzikich zwierząt, których nie można wwozić do Europy. Ryzykują. Miłość też wiąże się z ryzykiem, bo nie wiesz, czy i jak długo będzie bolało. Kilka lat spotykałem kogoś na szlaku. Na początku, w Jerozolimie, nie miałem nawet pojęcia, że jest Polką, bo środowisko podróżne jest przecież anglojęzyczne.

To dopiero jest paradoks... Kilka lat temu zabrałem córkę w polskie góry. Kiedy wyszliśmy w nocy ze schroniska i zobaczyła niebo w nocy, zlękła się, bo zrozumiała, jak wielki jest kosmos. Jakim okruchem jesteśmy my sami. W mieście tego nie widać.

Na pustyni dopiero widać niebo! Kiedy pogasną wszystkie sztuczne światła. Rozpaliliśmy je po to, żeby się pozbyć strachu przed dziką przyrodą, ale chyba nabawiliśmy się przez to lęku przed samym życiem.

Spotkanie samotnych podróżników, to jedno. A fascynacja nową kulturą, pięknem, którego nie znałeś – to drugie. W Twojej najnowszej książce były takie sugestie. Czytając twoje „Chiny bez wzajemności” – też miałem wrażenie, że gdzieś tam jest drugie dno.

Nie ma co kryć, że kobiety mnie interesują, ale raczej nie romansuję w podróży. W przeciwieństwie do wielu przybyszów z Europy czy Ameryki, nigdy nie korzystam z usług seksualnych. To kwestia rozsądku, ale też honoru. Naprawdę mnie nie bawi turysta z Europy obejmujący w jakimś barze na plaży czternasto-, czy nawet piętnastolatkę. I wstyd mi, że nie umiem właściwie zareagować. Pięć stuleci temu Europejczycy zapragnęli skolonizować świat i skutki tego są widoczne do dziś. Przymus ekonomiczny, którego skutkiem jest sprzedawanie własnych dzieci za pieniądze, to hańba, o jakiej nie umiem myśleć spokojnie. Niestety nie umiem też zmienić świata. Nawet jeśli dasz komuś takiemu w mordę, to przecież nie zmieni nic a nic. Human trafficking (handel ludźmi) będzie trwał, bo wielu złych ludzi czerpie z tego korzyści, a ofiary nie mają żadnego prawa wyboru, tylko dlatego, że urodziły się w złym miejscu na Ziemi. Nie udaję przed sobą, że tego nie dostrzegam i wcale mnie nie bawi hangover w Bangkoku.

Ile godzin dziennie poświęcasz na pisanie?

Godzin? Staram się pisać dziesięć tysięcy znaków dziennie, co oczywiście nigdy się nie udaje. Z pisaniem jest jak ze sportem. Jeśli jesteś zawodowcem - musisz trenować codziennie, wyznaczać dystanse, zawieszać wysoko poprzeczkę. Jeśli przerwiesz na dłużej, to trzeba będzie się uczyć od nowa.

Wydajesz co najmniej dwie książki rocznie. To dużo?

Od kilkunastu lat zajmuję się pisaniem reportaży i robieniem wywiadów. To moje podstawowe, a czasami jedyne źródło utrzymania. Był taki rok, że opublikowałem (pod różnymi nazwiskami) sześćdziesiąt dwa artykuły. To było dużo, ale musiałem wtedy kupić mieszkanie.

Za pisanie do gazet można było sobie kupić mieszkanie? Dzisiaj to może być tylko anegdotą.

Prawda, ale kiedy zaczynali nasi mistrzowie, wystarczyło napisać dziesięć reportaży rocznie, żeby żyć na dobrym poziomie. Ja zaczynałem w czasach kiedy „Twój Styl” płacił cztery tysiące za tekst ze zdjęciami, a „Polityka” za ten dział „Na własne oczy” – dwa tysiące sześćset. Już te dwa teksty pozwalały złapać finansowy oddech. Media społecznościowe wszystko zmieniły, Internet daje złudzenie, że każdą opowieść można mieć darmo, więc dziennikarze przestali być potrzebni, ale niektórzy, tak jak ja, wzięli się za książki.

Trenujesz regularnie, podróżujesz, jeździsz na festiwale i spotkania literacie, i… piszesz po dwie książki w roku. Oprócz tego publikujesz na Facebooku „Kapla w drodze”. Mnie to wzrusza, że tej jakości zdania i spostrzeżenia są po prostu dostępne. Nie doradzał ci nikt, żeby wprowadzić płatny dostęp dla wybranych?

Spotykamy się podczas Pikniku Literackiego w Gdyni. Na dworze jest jedenaście stopni. Ludzie naprawdę znają inne formy spędzania czasu niż moknięcie w deszczu, nawet ci, którzy lubią książki. Mogliby nie wychodzić z domu i czytać na kanapie, zamiast siedzieć w namiocie, w zimnie i deszczu. Jednak cześć z nich przyszła tutaj dlatego właśnie, że czytają mojego bloga. Mówią mi o tym w czasie spotkania, przyszli, bo to dla nich ważne. Dla autora to przywilej, kiedy ktoś sięga po jego litery i uważa je za w jakiś sposób istotne.

„Kapla w drodze”. To, jak piszesz, kojarzy mi się z takim współczesnym życiopisaniem Stachury.

Kiedy byłem dzieciakiem, za komuny, popularna była książka Stachury w okładce, która imitowała jeans. W jednej z moich kryminalnych książek, właśnie sobie to uświadomiłem, wracam do momentu jego śmierci pod kołami pociągu. To jest ważne dla mojej bohaterki. Więc pewnie i dla mnie jest jakoś poruszające. Oczywiście nie mówię, że każdy z bohaterów, zwłaszcza złych ludzi, to alter ego autora, ale tak… w pewnym sensie traktuję własne życie jako opowieść. Spisując dziennik, zmuszam się do tego, żeby się krytycznie przyglądać własnemu życiu. Nie chodzi o bardzo wydumane sprawy, o jakiś, nie daj Boże, coaching czy pouczanie, tylko o to, żeby w codzienności szukać głębi. Zmusić się do tego, żeby przynajmniej kilka rzeczy zwyczajnych przeżyć naprawdę z sensem. Nie lubię słowa uważność, ale może jest tutaj adekwatne. A potem ze zdziwieniem odkrywam, że ktoś lubi czytać o tym, jaki kolor miała rzeka, kiedy biegłem przez most.

Kolejna Twoja książka będzie…?

Kryminałem osnutym wokół sprawy Pegasusa. To ciekawe narzędzie, pozwala zajrzeć tam, gdzie nie wpuszczamy czasem nawet samych siebie, a z drugiej strony sprawia, że ktoś, kto ma dostęp do tej maszyny staje się panem życia i śmierci innych ludzi.

Dobrze, że piszesz tak szybko, bo w tym przypadku rzeczywistość może wyprzedzić fikcję literacką.

Tak, senacka komisja śledcza jakoś nie zaczęła działać, ale jeśli opozycja wygra wybory to z pewnością będzie grillować paru obecnych ministrów na pegasusowym ruszcie.

Ostatnio czytałem, że byłeś „prawie wszędzie”.

(Śmiech.)

To Czarek Łazarewicz wymyślił ten tytuł spotkania na Festiwalu Media i Sztuka w Darłowie. Bardzo dobrze to wymyślił, bo była pełna sala, a utrzymać taką frekwencję po panu Andrzeju Sewerynie to naprawdę wyczyn. To prawda, odwiedziłem sporo miejsc, ale nie tyle co pan profesor Kołodko, on liczy, na 169 pieczątek w paszporcie i właśnie wybiera się do Czadu. Znam też osobiście człowieka, który zdaje się naprawdę był wszędzie, to Roman Hamerski, podróżnik ze Świnoujścia, który już ma albo wkrótce będzie miał pełną kolekcję stempli ze wszystkich krajów i terytoriów zależnych uznawanych przez ONZ.

Pamiętasz tę piosenkę Elektrycznych Gitar „Byłem w Rio, byłem w bajo, miałem bilet na hawajo”, po czym następowała fraza o daremności eksploracji…

Dla mnie życie jest opowieścią. Podróżuję, bo szukam treści. Uważam, że w jakiś sposób jestem to winien pokoleniu moich rodziców, które nie mogło wyjechać dalej niż do NRD, bo najpierw nie mieli paszportów, potem nie mieli pieniędzy, a w końcu zabrakło im już czasu. Moje pokolenie, najszczęśliwsze od tysiąca lat w naszym małym plemieniu urodziło się w komunie, dostało wolność od pokolenia „Solidarności” i mogło naprawdę wybrać, czy chce robić karierę w korpo, czy budować przedsiębiorczość, czy iść w politykę, czy naprawdę zobaczyć świat. Wcześniejsze pokolenia takiej szansy nie miały. Jak się okazuje – obecne młode pokolenie też już jej nie ma.

To jeszcze jeden kamyczek do Twojego ogródka... Jest taki wiersz Tadeusza Dąbrowskiego, być może uznasz go za obrazoburczy. Podmiot liryczny mówi o tym, że patrząc na nabrzmiałe twarze himalaistów i na twarze bezdomnych – nie znajduje między nimi różnicy.

Ponieważ się wspinałem, wiem, że droga himalajska jest w jakimś sensie sklejona z bezdomnością. Wspinanie, zresztą podróżowanie też, są łatwiejsze od życia „w dolinach”. Decyzje, które podejmujesz w prawdziwym życiu weryfikują się po długim czasie. Bierzesz kredyt i dopiero po 30 latach wiesz, czy to była dobra decyzja, czy zła. Zakochujesz się i po dziesięciu latach wiesz, czy to było dobre, czy jednak nie. Życie w podróży, we wspinaniu jest łatwe – jeśli popełnisz błąd, wiesz o tym niemal natychmiast. Jeśli masz przy tym szczęście, umiejętności i zdolność do samoanalizy to możesz ten błąd od razu naprawić.

W cywilnym życiu to często nie jest możliwe.

Konkurs

Najnowszą książkę Grzegorza Kapli „Nad rzekę, której nie ma” można przeczytać w całości w jeden weekend, mimo iż jest to wspomniane czterysta osiemdziesiąt tysięcy znaków. Akcja jest wartka jak rzeka. Jest to lektura podróżnicza będąca świetną przygodą, którą możemy przeżyć, nie ruszając się z fotela. Jednak dla uważnego czytelnika będzie czymś znacznie więcej. To także podróż w głąb siebie, okazja do refleksji nad własną kondycją i światem, który nas otacza. Daleka od truizmu, banału i gotowych odpowiedzi. Po prostu – warto ją mieć.

Dwie książki wydawnictwa Lira „Nad rzekę, której nie ma” wraz autografem autora Grzegorza Kapli, rozlosujemy pomiędzy czytelników Onetu i Damofery. Szukajcie nas w mediach społecznościowych Damosfery.