Babcia – to najważniejsze słowo świata! Dziadek – to instytucja!

Babcia – to najważniejsze słowo świata! Dziadek – to instytucja!

Babciu! Dziadku! Proszę, opowiedz mi! – pytajmy babcie i dziadków, czy chodzili po drzewach, czy lubili się nudzić, czy grymasili przy jedzeniu. Odkryjmy ich sekrety z dzieciństwa. Rozmawiajmy. Łączmy pokolenia!

Niedługo Dzień Babci i Dzień Dziadka, stąd moje natchnienie, by wspomnieć o mojej babci Jadzi i dziadku Zdzisławie.

Kiedy byłam małą dziewczynką, nie było chyba akademii w przedszkolu z okazji Dnia Babci czy Dnia Dziadka, bo ich nie pamiętam. Pewnie już wtedy (w latach 70-tych XX wieku) to święto było znane, bo jakiś czas temu znalazłam w szufladzie w domu babci moją laurkę dla niej  z tej okazji. Miałam 6 lat. Mnie się jednak zdaje, że święto babci obchodziłam codziennie. Każdy dzień z babcią to było święto. Tak to pamiętam. Uwielbiałam to!

Miałam to szczęście, że moi dziadkowie mieszkali w tym samym mieście co ja. Jako dziecko robiłam wszystko, by spać u nich. Kombinowałam przed rodzicami, szukałam odpowiednich argumentów. A to że babcia mieszka bliżej szkoły, że nie pracuje, więc mnie odprowadzi, że mnie uczesze w warkocza (pamiętam, że ten babci warkocz był tak mocno zaciśnięty, że trzymał się 3 dni!), że zjem śniadanie przed wyjściem, bo babcia kupi świeże bułki i zrobi mi kakao z pianką. Często wygrywałam.

Co było takiego w tym byciu u babci? Wszystko! Obieranie ziemniaków, zmywanie naczyń, mycie podłogi, chodzenie po zakupy czy do fryzjera, jeżdżenie na działkę po truskawki czy śliwki. Wspólne lepienie pierogów na święta, smażenie chrustu w karnawale, pączków na tłusty czwartek, robienie weków na zimę, a nawet skubanie dzikich kaczek, które akurat dziadek przywiózł z polowania. Wszystko było fascynujące. To chyba dlatego, że to wszystko było na serio. Kiedy zmywałam, nie krytykowała, że wodę rozchlapuję na podłodze. Mówiła, że skoro się rozchlapała, to musimy ją wytrzeć. Wycierałyśmy i już, po kłopocie.

Były też pewne sztywne reguły. Dziadek wracał zawsze punktualnie o 15:00 z pracy. Był tak punktualny, że można było ustawiać zegarek według czasu jego powrotu z biura. I to była godzina wydania obiadu. Musiał być dwudaniowy i gorący. Dlatego rano zawsze babcia nastawiała zupę, najczęściej rosół, który dziadek uwielbiał, a o 14:30 wstawiałyśmy ziemniaki, za których obranie zwykle ja byłam odpowiedzialna. Do tego mizeria i kotlety schabowe lub mielone, bo to najszybciej, jak mówiła babcia. Zależało nam, żeby to było „najszybciej”, bo przecież my miałyśmy tyle pomysłów na wspólne spędzenie czasu. Jakich? Zakupy na targowisku, wyjście do fryzjera czy na plotki do sąsiadki, wspomniane pączki czy wspólne robienie makatek z włóczki. To wszystko było bardzo czasochłonne. Długo byłam święcie przekonana, że dziadek najbardziej lubi właśnie kotlety. Dopiero wiele lat po śmierci babci mnie zagaił, że babcia ciągle te kotlety robiła i że on ciągle liczył, że może przygotuje coś bardziej wyszukanego na obiad, bardziej wykwintnego, bo przecież nie pracowała i cały dzień była w domu. Kiedy mu powiedziałam o naszych „zadaniach”, które zabierały całkowicie naszą uwagę, uśmiechnął się tylko pobłażliwie.

Dziadek był bardzo wymagającym człowiekiem, nie był łatwy. Ale ja byłam najstarszą wnuczką i miałam u niego wyjątkowe „chody”. Do dziś mi to młodsze kuzynki wypominają, całe szczęście, że uśmiechają się przy tym. A babcia? Babcia kochała ludzi. Uwielbiała się śmiać, śpiewać, tańczyć. Dla babci nic nie stanowiło problemu. Uwielbiałam, kiedy mi opowiadała o swoim dzieciństwie. Miała pięcioro rodzeństwa, była najstarsza. Domowa sielanka skończyła się, kiedy wybuchła wojna. Babcia miała wtedy 12 lat, musiała się opiekować młodszymi braćmi i siostrami. Ciągle ją pytałam, jak to było naprawdę, czy się bała, skąd brali jedzenie, czy chodziła do szkoły, w co się lubiła bawić, jakie miała obowiązki. Wszystko mnie interesowało.

Z babcią miałyśmy swoje tajemnice, przed mamą czy przed dziadkiem. Wywoływałyśmy też duchy przy okrągłym stole w pokoju. To było coś!

I pamiętam wciąż smak wyjątkowego tortu, który piekła raz w roku. Na moje urodziny.

Kiedy byłam starsza, już sama biegłam do babci, później do dziadka. Babci mogłam opowiedzieć o sprawach „sercowych”, ale przede wszystkim chciałam jej pomóc, np. umyć okna czy zanieść bieliznę do magla, bo była już starsza i schorowana.

Wiele lat po jej śmierci napisałam z Barbarą Caillot publikację „Babciu! Dziadku! Proszę, opowiedz mi!” – to gotowy zestaw pytań, jakie można zadać swoim babciom i dziadkom. Można ich zapytać o ich rodziców, ich dziadków, można zapytać, czy się czegoś bali, wstydzili, czy lubili się nudzić, jak obchodzili urodziny, itd. Można też się dowiedzieć, czy mieli jakieś zwierzątko jako dzieci, jaki jest ich ulubiony kolor i czy bili się z rodzeństwem. Szczerze go polecam.

Co ciekawe, mojej babci nie ma z nami już ponad 25 lat, a ja bez niej jestem w stanie wypełnić ten zeszyt w całości i wiem, że robię to bezbłędnie. Jej ulubiony kolor to był lila. Kochała bez i fiołki. Uwielbiała piosenki Ireny Santor, Demiego Roussosa i zespołu Herreys, który występował na Festiwalu Piosenki w Sopocie. Najczęściej jednak nuciła piosenkę „W zielonym gaju, ptaszki śpiewają, w zielonym gaju, pod jaworem…”. Ta melodia wciąż dźwięczy w moich uszach…

Dziadek przeżył babcię ponad 20 lat, więc byłam szczęściarą, która miała dziadka ponad 45 lat swojego życia. Po śmierci babci znacznie złagodniał. I nawet zaczął sam gotować, choć bardzo lubił, kiedy ja mu coś ugotowałam. Mówił, że lepiej mu smakuje. Wiadomo, to była szkoła babci, która nauczyła się gotować nie od swojej mamy, a od teściowej, czyli dziadka mamy. Zalewajka, grzybowa, racuchy z jabłkami, sałatka jarzynowa, a nawet kotlety (mimo wszystko). Jednak rosół najlepiej gotował on sam. Był mistrzem „rosołu”.

Na zawsze zapamiętam wycieczkę, na jaką nas zabrał z kuzynką, na Kaszuby, gdzie mieszkali jego rodzice po wojnie, by pokazać nam ważne dla niego miejsca. Dobrze się do tej wycieczki przygotował. Poprzedniego dnia upiekł kaczki z nadzieniem, które w prodiżu zabrał ze sobą. Zabrał też dla nas krzesełka i koc, termos z herbatą i butelkę własnej nalewki z wiśni. Ależ to był piknik!

Na 80-te urodziny dostał ode mnie telefon komórkowy i nauczył się pisać SMS-y. To były elaboraty, zaczynające się najczęściej od „Skarbie Mój Kochany”. Któż dziś tak pisze…

Mam wiele wspomnień z domu babci i dziadka. Te relacje z nimi były dla mnie wyjątkowe. Dlatego szczerze Was zachęcam do rozmów z babciami i dziadkami, prababciami i pradziadkami nie tylko od święta! Wyrwijcie się do nich, spędźcie z nimi więcej czasu, pobądźcie razem. Poznajcie ich! Bo czy wiesz, czy Twoja babcia lubiła łapać żaby, czy dziadek wchodził na drzewa, czy jeździli do swoich dziadków na wakacje, jaki jest ich ulubiony dzień tygodnia?

I w drugą stronę, jeśli macie wnuki, zaproście je do siebie na dłużej, ugotujcie coś razem, nauczcie je robić na szydełku albo majsterkować. Zapytajcie o ich ulubiony kolor czy najlepszego kolegę. Zapytajcie, czy się czegoś wstydzą, boją, co lubią robić najbardziej. Może kiedy przypomnicie sobie, jak sami lubiliście wchodzić do każdej kałuży i jak grymasiliście przy owsiance na mleku, będziecie mieli więcej wyrozumiałości dla tych młodych ludzi?

Łączmy pokolenia!

Aleksandra Karkowska

Aleksandra Karkowska– autorka międzypokoleniowych książek "Banany z cukru Pudru", "Na Giewont się patrzy", „Marsz, marsz BATORY". Od 2015 roku prowadzi Oficynę Wydawniczą Oryginały. Działa społecznie na warszawskiej Sadybie. Kocha fotografię i podróże.