Baletnica z piekła rodem. Sprawą tej zbrodni żyła Rosja

Baletnica z piekła rodem. Sprawą tej zbrodni żyła Rosja

Trudno uwierzyć, że ta historia, której nie powstydziłby się wytrawny scenarzysta, wydarzyła się naprawdę. Szalona miłość, namiętność rodem z Kamasutry, krwawa zbrodnia, a w tle balet, łagry i KGB – sprawą baletnicy, która z zazdrości zamordowała młodszego o 26 lat męża, żyła cała radziecka bohema lat 50. ubiegłego wieku.

W lakonicznej notatce, która latem 1954 r. trafiła na biurko ówczesnego pierwszego sekretarza partii komunistycznej Nikity Chruszczowa, można było przeczytać: „W Moskwie, 27 lipca 1954 r., Lidia Tałankina-Kryłowa, urodzona w 1918 r., baletnica, tymczasowo nie zatrudniona, karana, z pobudek wywołanych zazdrością otruła swojego męża, Gieorgija Korżeniewskiego urodzonego w 1926 r. […] Tałankina-Kryłowa poćwiartowała ciało zamordowanego, włożyła zwłoki do walizki i wywiozła taksówką (do lasu – red.). Kierowca uznał zachowanie Tałankinej za podejrzane, poinformował o niej funkcjonariuszy milicji. Tałankina-Kryłowa została zatrzymana w lesie”.

Gdy plotki o brutalnej zbrodni rozpełzły się po mieście, nikt nie potrafił uwierzyć, że drobna i krucha baletnica byłaby zdolna do takiego czynu. Broniły jej takie sławy, jak śpiewaczka Kławdia Szulżenko czy Maja Plisiecka.

Arkadij Waksberg, znany rosyjski prawnik i dziennikarz, który w latach 50. był asystentem znanego moskiewskiego adwokata Ilji Braude, poznał zabójczynię kilka miesięcy później: „… z daleka przypominała nad wiek rozwiniętą nastolatkę w zbyt ciasnym stroju. Długi warkocz przerzucony przez ramię i fartuszek, przypominający ubranie gimnazjalistki, podkreślały jej dziecinny wygląd. Po dokładniejszym przyjrzeniu się okazywało się jednak, że sprawa jest zgoła odmienna: z powodu niefachowo naciągniętej skóry i zaszpachlowanych zmarszczek ładna twarz przekształcała się w złowieszczą maskę, a zgrabna figura – w obciągnięty skórą szkielet. Sympatyczna nastolatka błyskawicznie zamieniała się w Babę Jagę” – wspominał w książce „Łysina Iljicza”, w której opisywał najciekawsze sprawy ze swojej praktyki. Okazało się, że baletnica, która według dokumentów tożsamości urodziła się w 1918 r., odmłodziła się o… 16 lat, ponieważ przyszła na świat w 1902 r., a dzięki ujmującej osobowości i szczęśliwym zbiegom okoliczności udało jej się przekonać jednego z urzędników do podrobienia daty w papierach.

Lidia Tałankina-Kryłowa nie miała głowy do liczb. Gdy pytano ją o wiek, tylko zalotnie się uśmiechała i skromnie spuszczała wzrok. Zapewne miałaby też problem z odpowiedzią na pytanie o liczbę mężów – było ich niemal dwudziestu, a o tych najważniejszych przypominały dwa nazwiska. Lidia Tałankina-Kryłowa znała się za to na sztuce uwodzenia. W oczach znajomych była osobą o niezwykłej charyzmie i seksapilu, dzięki któremu udawało jej się iść przez życie z lekkością. Nic dziwnego – z wykształcenia była baletnicą, i choć nie została primabaleriną – tańczyła w corps de balet – przez całe życie zachowywała się tak, jakby już zajmowała to stanowisko. Od czasów, gdy była dzieckiem, nie zmieniła niczego w swoim wyglądzie. Kreowała się na osobę uduchowioną i tajemniczą, jednak wszystkie swoje perypetie i miłosne podboje skrupulatnie spisywała w pamiętniku, który od lat prowadziła. Waksberg twierdził, że Lidia Tałankina-Kryłowa dzięki swoim znajomościom była jedną z nielicznych kobiet w ZSRR, które miały okazję zapoznać się z Kamasutrą – traktatem o sztuce miłości ze szczegółowymi opisami pozycji i praktycznymi wskazówkami, dzięki którym można rozpalić namiętność w sypialni. Według Waksberga, baletnica okazała się nadzwyczaj pojętną uczennicą, która regularnie ćwiczyła swoje umiejętności.

Swojego ostatniego męża, Gieorgija Korżeniewskiego, poznała w „elektryczce” latem 1948 roku. On, wówczas 22-letni oficer marynarki, jechał właśnie do swojej narzeczonej, córki admirała, z którą za dwa tygodnie miał się ożenić. Ona, kobieta bez wieku, jechała na podmiejski cmentarz na grób swojej córeczki Złaty, która zmarła we wczesnym dzieciństwie. Jak pisał Waksberg, nie wiadomo, w jaki sposób tych dwoje zwróciło na siebie uwagę i co skłoniło młodego oficera do podjęcia tak rewolucyjnej decyzji, wysiedli jednak razem, a godzinę później oczarowany mężczyzna położył na grobie dziecka kartkę z napisem: „Kochana Złateczko! Przysięgam Ci zawsze kochać Twoją cudowną matkę i być jej wiernym aż po grób!”. Kilka tygodni później Lidia i Gieorgij pobrali się i zamieszkali w jej niewielkim moskiewskim mieszkanku.

Upokorzony admirał, niedoszły teść, dopilnował, by Gieorgij został wyrzucony z marynarki, to jednak nie zaprzątało głowy młodzieńca. Jak opisywał Arkadij Waksberg, związek baletnicy i byłego oficera był nadzwyczaj namiętny, o czym Lidia Tałankina-Kryłowa szczegółowo pisała w swoich notatnikach. On przez dłuższy czas nie miał stałego zatrudnienia, ona zarabiała grając w scenach masowych na planach filmowych i tańcząc na porankach dla dzieci. Po kilku latach Gieorgij, by uniknąć kary za uchylanie się od pracy, w końcu zatrudnił się w jednym z instytutów badawczych. To jednak nie spodobało się zazdrosnej żonie. Kobieta zaczęła śledzić męża, narastała w niej obsesyjna zazdrość. Wystarczyło, by Gieorgij po pracy nie wrócił od razu do domu – wyobraźnia podpowiadała Lidii najdziksze scenariusze. Wymagała bezwzględnej wierności, sama jednak prowadziła swobodny tryb życia i potrafiła na długie tygodnie znikać z kochankami. W tym czasie miała zamykać swojego męża w mieszkaniu, by nie mógł nigdzie wyjść.

W końcu mężczyzna, który coraz gorzej znosił miłosne podboje żony, oznajmił, że chce się z nią rozwieść. Złożył nawet pozew do sądu i zażądał podziału majątku. To przelało w kobiecie czarę goryczy.

Wiosną 1954 r. Lidia zaczęła intensywnie korzystać z czytelni biblioteki im. Władimira Lenina – słynnej „Leninki”, mającej status biblioteki narodowej. Tam Tałankina-Kryłowa najczęściej wybierała książki o właściwościach trucizn i leków. Zdarzało jej się zanotować coś na marginesach wypożyczonych pozycji – po kilku miesiącach te zapiski stały się dowodem w sprawie o morderstwo. Baletnica postanowiła bowiem otruć swojego męża. Wszystkie swoje przemyślenia i plany zabójstwa zapisywała w pamiętniku. W noc z 24 na 25 lipca 1954 r. Lidia Tałankina-Kryłowa podała mężowi kieliszek czerwonego wina „na zgodę”. Wino „wzmocniła” morfiną i lekami nasennymi.

Gieorgij konał przez dwa dni. W tym czasie do mieszkania zaglądała sąsiadka, której Lidia skarżyła się na złe samopoczucie męża. Gdy mężczyzna już nie dawał znaku życia, Tałankina-Kryłowa zanotowała w pamiętniku: „Jesteś krzywoprzysięzcą! Oszukałeś moją córeczkę Złatę! Teraz mam prawo cię zabić”.

W książce Arkadija Waksberga znajdziemy szokujący opis tego, co następnie zrobiła (i dokładnie opisała) Lidia. „Przygotowała się również do tego. Najzwyklejszym toporem odcięła (Gieorgijowi – red.) głowę, a na patefonie włączyła zawczasu przygotowaną płytę z nagraniem „Tańca Salome” Richarda Straussa. Kiedyś wykonywała ten taniec na jakimś przeglądzie, gdy starała się o przyjęcie do trupy baletowej. Wtedy została przyjęta. Teraz, niczym talizman, trzymała w ręku nie rekwizyt, a prawdziwą głowę prawdziwej ofiary”.

Po zatrzymaniu przez milicję Tałankina-Kryłowa przekonywała, że chciała zabić również siebie, jednak jej organizm nie zareagował na truciznę. Badania wykluczyły jednak, by zażywała te same środki, które podała mężowi.

Podczas procesu zachowywała się jak podlotek – w chwili zamieszania na sali rozpraw potrafiła podejść do mężczyzn, którzy jej się spodobali, i patrząc znacząco w oczy podawać im rękę do pocałunku. Adwokat Ilja Braude przekonywał sąd, że jego klientka jest niepoczytalna i wymaga leczenia psychiatrycznego. Przy okazji na jaw wyszły dawne fakty z jej przedwojennego życia – została skazana na osiem lat łagrów za ujawnienie tajemnicy państwowej. Miała powiedzieć komuś podczas przyjęcia po występie w ambasadzie japońskiej, że współpracuje z KGB. Jak zauważał Waksberg, w latach 30. w ZSRR taki wyrok zazwyczaj oznaczał karę śmierci – Lidii jednak udało się przekonać sędziów, że informacje, które przekazała, tak naprawdę miały znikomą wartość. Fartem udało jej się przeżyć, trafiła jednak na zesłanie do łagru. Co ciekawe, jej ówczesny mąż, Wasilij Kryłow, nie został skazany wraz z nią, jak to się zazwyczaj działo z członkami rodzin „wrogów ludu”, a spokojnie pracował i pozostawał członkiem partii. Zmarł w 1941 r. na zapalenie płuc.

W 1955 roku ogłoszono wyrok w sprawie zabójstwa Gieorgija Korżeniewskiego. O skazaniu baletnicy na karę więzienia zamiast zakładu psychiatrycznego zadecydowały jej zapiski w pamiętniku – klarowne, świadczące o dokładnym zaplanowaniu zbrodni. Lidia Tałankina-Kryłowa usłyszała wyrok 10 lat więzienia.

Jakież było zdziwienie sędzi, gdy rok później do drzwi jej gabinetu zajrzała Tałankina-Kryłowa. Przekonywała sędzię, że wyszła na mocy amnestii i specjalnie wróciła do Moskwy, by poprosić o zwrot bardzo ważnych dla niej pamiątek po zmarłym ukochanym mężu – jej pamiętników, w których szczegółowo latami opisywała ich pożycie, a także słoika ze spirytusem, w którym postanowiła zakonserwować… członek zamordowanego przez siebie Gieorgija. Sędzia udała, że idzie do magazynu po dowody – wezwała jednak milicjantów, by ci odwieźli skazaną do łagru – Lidii, wbrew jej zapewnieniom, nie objęła amnestia i nikt nie uchylił jej wyroku.

Po latach Waksberg wspominał, że przypadkiem poznał też tajemnicę „amnestii” – baletnicy udało się rozkochać w sobie zarówno naczelnika łagru, jak i lekarza (według niego, znaczącą rolę w tym zadaniu miała odegrać znajomość Kamasutry). Dwaj mężczyźni mieli zrobić wszystko, co w ich mocy, by kobieta wyszła na wolność, jednak chorobliwa namiętność, która nie przeminęła wraz ze śmiercią Gieorgija, zaprowadziła Lidię z powrotem do łagru, gdzie odsiedziała karę w całości, mimo licznych apelacji. Później ślad o niej zaginął, jednak historia tancerki, rozkochującej w sobie dziesiątki mężczyzn, a jednocześnie mordującej ukochanego, do dziś brzmi jak scenariusz thrillera.