Bóg jeden wie

Bóg jeden wie
Fot. Pixabay

Komisarz Renata Zamojska wcale nie czuła się uduchowiona. Zimne klasztorne mury obwieszone starymi obrazami w złotych ramach bardziej ją przygnębiały niż fascynowały. Do tego te bijące dzwony i mnisi śpiewający gdzieś w tle swoje psalmy. A po podwórzu kręcił się pies bernardyn. Brakowało mu tylko beczułki z rumem pod szyją. Nie, to nie były jej klimaty. A teraz jeszcze ten absurd z klauzurą. Jak to nie wolno jej tam wejść?

*Prezentujemy opowiadanie Mariusza Koperskiego, pisarza, autora m.in. powieści "Amator zbrodni. Zakopiańska powieść kryminalna" oraz "Giełda milionerów". Pozostałe opowiadania: Wielka złość, Tylko kilka słów, Żadna zbrodnia, Nie lubię żółtego, Nigdy ci nie wybaczę, To ty bracie, Coś specjalnego, Z okna pociągu, Jestem cudotwórcą, Pokuta, Jesteś pan bohaterem, Układy.

– Jestem policjantką – powtórzyła do zakonnika, który zastąpił jej drogę. – Prowadzę śledztwo, a tam zdarzyło się zabójstwo.

– Tego pani nie wie – odpowiedział mnich. – Może to był wypadek.

– I nie dowiem się, nikt się nie dowie, jeśli mnie tam nie wpuścicie – warknęła wściekła. – Mam przyjść z mundurowymi?

– To nie będzie konieczne – mnich skłonił przed nią pokornie głowę. – Nie chcemy utrudniać pani pracy, ale prosimy też o poszanowanie zasad, które tu panują. Wystarczy, że policja przyśle tu jakiegoś mężczyznę. Wpuścimy go tam i zbada miejsce… wypadku.

– Co się właściwie stało? – spytała Zamojska rzeczowym tonem. – Umarł jeden z mnichów, tak? Stary czy młody, schorowany czy zdrowy i wysportowany? Niech pan powie o nim cokolwiek.

– Nie jestem żaden pan, tylko pater, ojciec. A ten zmarły to z kolei brat, czyli frater. Trzydzieści cztery lata miał. A od dwunastu był tu u nas w klasztorze. Dobry chłopak był z niego, chociaż…

– Co, chociaż?

– Nic. Nic.

– A może jakiś pana… to znaczy ojca przełożony, jakiś opat labo przeor, mógłby dać mi pozwolenie?

– Niech pani nie nalega. Ja jestem tu przeorem i mówię: nie.

Wtedy drzwi na korytarzu otworzyły się i pojawił się w nich szef techników.

Zbliżył się do nich z pytającym spojrzeniem.

– Co się dzieje, pani komisarz?

Policjantka rozłożyła bezradnie ręce.

– Niech sobie pan wyobrazi, że nie chcą mnie wpuścić na miejsce zbrodni, bo jestem kobietą.

Mnich uniósł palec wskazujący i zaznaczył:

– Nie wie pani, czy to miejsce zbrodni.

– Klauzura? – domyślił się szef techników.

Potem pochylił się w stronę Zamojskiej i powiedział jej coś na ucho.

Pokiwała głową.

***

Siedziała w zabytkowym fotelu na korytarzu, kilka metrów od drzwi, za którymi zaczynała się ta przeklęta klauzura.

W ręku trzymała komórkę, a w jej uchu tkwiła bezprzewodowa słuchawka.

Na ekranie pojawiła się postać zmarłego. Najpierw twarz, szczupła, pociągła, z kilkudniowym zarostem. Potem kamera ruszyła, wzniosła się na wyjątkowo duże jabłko Adama, a potem przepłynęła wzdłuż ułożonego na łóżku ciała.

– Na pierwszy rzut oka nie ma śladów przemocy i nie widać przyczyny śmierci – usłyszała w słuchawce głos szefa techników. – Ale jak się dokładniej przyjrzeć, o tu, ponad skronią, we włosach, widzi pani?

Zamojska zbliżyła komórkę do twarzy.

– Tu widać ranę. Ktoś ją obmył z krwi, ale tu jest. Sekcja zwłok powinna to potwierdzić.

– Więc jednak zabójstwo – powiedziała z triumfem komisarz. – Niech mi pan teraz pokaże cały jego pokój, centymetr po centymetrze. Tylko powoli.

***

Przeor stał przed Zamojską z tacą w rękach.

– Uparta pani – powiedział, uśmiechając się łagodnie.

– Cierpliwość. Taka cnota. Ojciec rozumie… – odpowiedziała, podnosząc wzrok znad komórki.

– Proszę, przyniosłem pani kawę i kanapki. Mamy surowe zasady, ale to nie znaczy, że nie jesteśmy gościnni.

– Dziękuję – odpowiedziała, również się uśmiechając. – Mogę o coś spytać?

– Ależ proszę.

– Co ojciec chciał powiedzieć o zmarłym? Coś niekoniecznie pozytywnego… Zaczął ojciec, ale przerwał.

– Wie pani, o zmarłych…

– Tak, tak, ja wiem, o zmarłych nie powinno się mówić źle, ale tym razem proszę zrobić wyjątek. Ktoś go zabił, a ja nie wyjdę stąd, dopóki nie dowiem się wszystkich okoliczności tej śmierci.

Zakonnik wpatrywał się w Zamojską.

– Pani nie jest złym człowiekiem…

Zamojska parsknęła śmiechem.

– Wybaczy ojciec. To może nieskromne, ale... też tak w sumie myślę. No więc? Czym takim brat…

– … Józef… – dokończył mnich.

– … brat Józef podpadł ojcu przeorowi?

– Nie chodzi o żaden wielki grzech – powiedział zakonnik. – Po prostu brat Józef to straszny bałaganiarz. Byłem kilka razy w jego celi. Nie wiem, jak w ogóle tak można żyć, funkcjonować.

– Ciekawe. A był tam ojciec teraz, po śmierci brata Józefa? Był ojciec w jego celi?

Pokręcił głową.

– Opat tam był i potem od razu wezwaliśmy policję.

– To niech ksiądz zobaczy.

Włączyła na komórce odtwarzanie filmu.

– Więc jednak złamała pani klauzurę – powiedział ostrym tonem mnich, oglądając nagranie z celi ofiary.

– Ale tylko duchowo, nie cieleśnie – odparła z przekąsem. – Niech ksiądz lepiej patrzy. I powie, czy to jest pokój bałaganiarza?

***

Szef techników siedział naprzeciw Zamojskiej na drugim zabytkowym fotelu na korytarzu w klasztorze.

– Mogę się poczęstować? – wskazał ręką na kanapki. – Umieram z głodu.

Policjantka skinęła głową.

Mężczyzna wziął do ręki kanapkę, ale zanim ugryzł powiedział:

– Nic, kompletnie nic, pani komisarz. Wszystko wyczyszczone. Ani jednego odcisku palca, ani jednego włosa. Zero kurzu. Obawiam się, że śladów DNA też nie znajdziemy, bo użyto środków dezynfekujących. Ktoś tam posprzątał jak profesjonalista.

– No to mamy zagadkę – powiedziała Zamojska. – Przeor twierdzi, że mnisi sami sprzątają swoje cele i nikt z zewnątrz nie ma wstępu do tej części klasztoru.

– Więc kto? – spytał.

Spojrzała w górę.

– Bóg jeden wie.

***

– Nie jestem twoją służącą.

Brat Józef roześmiał się.

– A ja twoim mężem – odpowiedział z pogardą w głosie. – Sam zaoferowałeś się, żeby u mnie sprzątać. Nic ci nie obiecywałem, bracie Leonie.

– Ale… Wtedy… Tamtej nocy...

– To był tylko raz. Chwila słabości. Byłem ci wdzięczny, wypiłem za dużo wina…

– I to wszystko? Nie była nic więcej? Nie wierzę. Czułem wyraźnie, że coś nas łączy. Coś szczególnego...

– Nie. Przysięgam jak na spowiedzi – zaśmiał się znowu. – Nic do ciebie nie czuję. I przestań bawić się tą szklaną kulą, bo stłuczesz. Wiesz, że to rodzinna pamiątka. Mówię, żebyś odłożył ją na miejsce! Natychmiast! Słyszysz? Boże, co ty robisz? Co ty?!