Bogactwo i bieda

Bogactwo i bieda

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego ludzie tak rzadko mówią głośno o pieniądzach? Tak, oczywiście narzekają, że ich nie mają, albo mówią, że wszystko jest piekielnie drogie. Mówią o braku podwyżek w pracy, mówią o rachunkach, kredytach, ale nie mówią tak po prostu o pieniądzach. Oczywiście mówią, ile chcieliby zarabiać, a ile zarabiają – już nie. Co takiego jest w pieniądzach, że z jednej strony są tak bardzo pożądane, a z drugiej strony zamieniają nasze życie w jakieś szaleństwo i stają się tematem tabu. Ja nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego pieniądze mają taki, a nie inny status, dopóki nie oszalałam na ich punkcie. Doprowadziło mnie to, jak się możecie domyślić, do zguby. Zapraszam do przeczytania mojej historii.

Miałam 22 lata i bardzo chciałam mieć swoją firmę. Oczywiście nikt nie wierzył, że będę w stanie ją mieć. Byłam mało błyskotliwą kobietą, nie pochodziłam też z rodziny, w której biznes byłby czymś naturalnym. Dlatego tak wiele osób nie chciało wierzyć, że moja firma, która była wtedy marzeniem, stanie się czymś realnym. Ja znając siebie i swój upór, wiedziałam, że to tylko kwestia czasu. Nie pochodziłam z domu, w którym wszystko było, raczej nic nie było. Rodzice pracowali od rana do wieczora, a i tak z dużą trudnością wystarczyło od pierwszego do ostatniego. Byłam jedynaczką, ale moi rodzice wychowywali jeszcze dwójkę adoptowanych dzieci mojej ciotki, która zmarła wcześnie. Za wszelką cenę próbowali im zastąpić rodzinę, ale jak możecie się domyślać, dochody przekraczały możliwości. Byli ode mnie dużo młodsi, więc kiedy miałam 22 lat, bardziej oni się liczyli niż ja. Uznałam, że ja mam rodziców, oni nie, więc w jakiś sposób im się to należy.

Byłam trochę zbuntowana, ale z drugiej strony bardzo chciałam im wynagrodzić ten ból i cierpienie, a moim rodzicom wynagrodzić to, że poświęcili się dla innych. Firmę założyłam w garażu moich rodziców. To była szwalnia, szyłam ubrania dla znajomych, przyjaciół, rodziny. Przynosili materiały, a ja potrafiłam je skroić tak, że tworzyłam coś pięknego. Z czasem moja szwalnia stała się bardzo popularna, przychodzili różni ludzie, niektórzy z własnymi materiałami, a niektórzy wybierali moje. Po jakimś czasie dorobiłam się małego magazynu materiałów. Zaczęłam zarabiać i miałam tyle pracy, że postanowiłam zatrudnić inną szwaczkę. Po roku musiałam zatrudnić kolejne osoby i zaczęłam bardzo dobrze zarabiać. Jak się domyślacie, z pieniędzmi jest tak, że kiedy nie ma się nic, a nagle ma się trochę więcej, to trochę urasta do rangi bycia milionerem.

Pracowałam coraz więcej, ale też coraz więcej wymagałam od moich pracowników. Z każdym miesiącem klientów przybywało, więc postanowiłam, że zaczniemy szyć ubrania, które będziemy potem sprzedawać. Zajęłam do tego kolejne pomieszczenia w domu moich rodziców i tak mój biznes zaczął rosnąć. Po 4 latach miałam już własny lokal, własną hurtownię materiałów i kilkanaście osób, które szyły. Ja, no cóż, zarabiałam i w końcu żyłam, z czasem chciałam mieć pieniędzy coraz więcej i więcej, i więcej. Nie patrzyłam na ludzi, na ich oczekiwania czy potrzeby. Tylko wyciskałam z moich pracowników, ile się dało. Sama kupując sobie samochód, mieszkanie. Piłam drogie alkohole i dobrze się bawiłam. To był taki czas, kiedy byłam młoda, wszyscy w końcu zrozumieli, że byłam bystra i na dodatek bogata.

Oczywiście dbałam o moją rodzinę. Nie chciałam, żeby czuli się opuszczeni czy zapomniani. Dostawali swoje pieniądze za wynajem, dostawali swoje pieniądze za brak mnie w ich życiu i w mojej naiwności myślałam, że to wystarczy. Świetnie się bawiłam, wydawałam pieniądze na nowe gadżety, wiecie świetne telefony, drogie torebki. Z czasem zapomniałam, że człowiek to nie maszyna, a moi pracownicy powoli zaczynali mieć mnie dość. Dziś z perspektywy czasu i tak uważam, że dość długo wytrzymali. Paliłam drogie papierosy, popijając drogim alkoholem, siedząc na dachu jednego z wieżowców w Nowym Jorku i uważałam, że to jest życie.

Kolejne 2 lata przyniosły jeszcze większy rozwój mojej firmy. Miałam własną kolekcję, sprzedaż szybko nabierałam tempa. Moje ubrania były sprzedawane do różnych butików. Często, kiedy jechałam samochodem, widziałam młode dziewczyny w bluzach z moim nadrukiem. Jaka ja byłam wtedy szczęśliwa, ale to był inny rodzaj szczęścia, połączony z okrucieństwem. Wszędzie widziałam pieniądze. Kiedy ktoś z moich pracowników chciał pójść do lekarza lub pojechać na urlop z rodziną, byłam mocno roszczeniowa. Przecież kilka dni bez tego pracownika, oznaczało mniej towaru. Moi pracownicy zaczynali przynosić L4, zwyczajnie się zwalniać. Byłam wściekła, szukałam coraz tańszej siły roboczej, chociaż sama od dawna nie miałam w rękach maszyny do szycia. Wymagałam od innych, zaczęłam być pyskata, bezuczuciowa, zimna, owładnięta pieniędzmi. Miałam gdzieś innych, rodzinę, znajomych nawet nie miałam z kim wydawać tych pieniędzy, bo przecież one wszystkie były moje. I oczywiście nikt nie zasługiwał na to, żeby korzystać z mojej pracy. Może poza moją rodziną, ale ich bardziej próbowałam uciszyć pieniędzmi niż zrobić dla nich coś więcej.

Po kilku nieudanych miesiącach sprzedaż spadła, materiały zaczynały być coraz droższe, więc ceny musiały być bardziej wygórowane, co spowodowało, że mniej zarabiałam. Byłam wściekła, nie wiedziałam, co mam robić. Pytałam ludzi, jak mogę sobie pomóc, ale nie bardzo widziałam, żeby ktoś chciał mi pomóc. W sumie, dziś wiem dlaczego. Kiedy oni potrzebowali pomocy, ja nie miałam czasu. Świetnie się bawiąc, panicznie bałam się, że przestanę zarabiać, że moje życie wróci do punktu sprzed tych kilkunastu lat, do punktu, w którym nie będę mieć pieniędzy. Przez moment nie pomyślałam, że pracuje u mnie tyle osób, które również będą miały problemy, związane z tym, że stracą pracę. Chodziło mi tylko o mnie. Byłam bezczelna i zakłamana. W końcu uznałam, że muszę zacząć zwalniać ludzi. To jest dobry sposób na oszczędności, zwolniłam grono ludzi, którzy byli ze mną od samego początku. Zostawiłam młodych, bo wydawało mi się, że są najbardziej wydajni. Niestety zaczęli się buntować, pracowali wolno, a ja dostawałam szału. Zadłużałam się coraz bardziej, próbując ratować moją firmę. Oczywiście nie mogłam się do tego przyznać, więc dalej bawiłam się w swoim życiu. Zatrudniałam doradców finansowych, którzy wytrzymywali maksymalnie miesiąc, bo miałam ogromne wymagania i tak zostałam sama z tym wszystkim. Firma upadła, nie miałam oszczędności, bo wszystko wydawałam na bieżąco.

Świetnie się bawiłam i nagle ktoś zabrał zabawki z mojego świata. Jaka byłam wściekła! I dalej upatrywałam błędów w innych. To oni zawinili, nie ja. Ja miałam świetny pomysł i dużo pracowałam na to, co miałam. Zapomniałam tylko, że pieniądze, żeby były, trzeba o nie dbać, a nie tylko się nimi chwalić. Żyłam jak królowa, skończyłam jak żebraczka. Na dodatek z depresją, a wszyscy wokół traktowali mnie tak jak ja ich przez te wszystkie lata, kiedy byłam na szczycie. Dziś wiem, że zasłużyłam, dziś wiem, gdzie popełniłam błąd. Żałuję, ale niektórych rzeczy nie da się naprawić, ot tak. Buduję siebie, zamiast nowy biznes. Wiem jedno, pieniądze potrafią omamić, szczególnie jeśli jest się mało bystrym.

Paulina Oleśkiewicz — kobieta nieszablonowa, szukająca swojej drogi i samej siebie. Zakładała firmy i je traciła, otarła się o wojsko, pracowała na budowie, cały czas największą przyjemność sprawiało jej słuchanie ludzi. I tak dotarła do miejsca, w którym jest teraz — realizuje się w life coachingu, ale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Z powodzeniem pisze i nadal szuka. Przedstawione historie są historiami ludzi, z którymi w swojej pracy i życiu się spotkała.