Brat

Brat
Fot. Pixabay

Byłam przerażona, patrzyłam na łóżko, na którym leżało ciało owinięte jakimś białym workiem na suwak. Mężczyzna podchodząc do niego albo robił to tak wolno, albo mój obraz łapał każdą klatkę po klatce, jak w aparacie. Robił to sekunda po sekundzie, a ja myślałam, że to się nie dzieje. Nie mogłam zrozumieć dlaczego mnie to spotyka, obrócił się, spojrzał na mnie, skinął głową, ja nie rozumiałam po co, więc zrobiłam to, co on, a wtedy wyciągnął rękę i zaczął powoli rozsuwać suwak. Rozsunął go do połowy i znów spojrzał na mnie, a ja czułam się jakbym poprzedniej nocy brała jakieś dobre narkotyki, nie czułam nic, miałam taką cholerną pustkę w sobie. Rozsunął worek i odsunął się, a ja nie wiedziałam co zrobić, podeszłam, spojrzałam i pamiętam te 4 sekundy ciszy, najdłuższej ciszy mojego życia…

Byliśmy nierozłącznymi bliźniakami, ale nie fizycznie, tylko mentalnie. Każdego dnia musieliśmy wykonać do siebie miliony telefonów, nawet jak już byliśmy dorośli i zbliżaliśmy się do pięknych, 30-tych urodzin. Dalej byliśmy jak jedno mentalne ciało w dwóch fizycznych. Kiedy mnie coś bolało, dzwonił i pytał, czy wszystko OK, tak jakby czuł, że coś nie gra. Podobnie było ze mną, pamiętam, kiedy przyszedł do mnie i powiedział, że wyjeżdża pierwszy raz. Miał 20 parę lat. Nie byłam zachwycona tym pomysłem, bo niby mieszkaliśmy w dwóch różnych miastach, mieliśmy swoje życie, ale i tak każdego weekendu robiliśmy coś razem, albo dzwoniliśmy do siebie z kamerką. Opowiadaliśmy cały tydzień, po prostu był, a ja wiedziałam, że kiedy będzie mi źle, mogę wsiąść w samochód i po 40 minutach być z nim. Dawało mi to siłę. Powiedział mi, że wyjeżdża, bo chce odłożyć na dom. Chciałam, żeby wiedział, że go w tym wspieram, ale wewnętrznie czułam, że to nie był dobry pomysł.

Mijały tygodnie, pracował w systemie pięć tygodni w pracy jeden w domu. Pięć tygodni, to nie było wbrew pozorom bardzo długo, ale dla mnie była to wieczność. Chociaż po roku przyzwyczaiłam się. Czas biegł dość szybko, a w ten tydzień, kiedy był w Polsce… I tak spędzaliśmy ze sobą prawie każdy dzień, chociaż na 2 minuty, chociaż na szybką kawę, chociaż na szybkie „cześć”. Trzydzieste urodziny wyprawialiśmy razem. Było bardzo dużo znajomych. Pamiętam, że kiedy składał mi życzenia, powiedział, że na pewno zawsze będziemy blisko siebie i, że nigdy nie będzie dla mnie kimś obcym, bo my jesteśmy jak jedna kula, która toczy się przez życie, nie może pęknąć, bo nie mogłaby się toczyć. Rozpłakałam się, wydawało mi się to takie, z jednej strony naturalne, z drugiej strony takie niesamowite. Czasem słuchałam, jak moje koleżanki mówią o relacjach z rodzeństwem. Wydawało mi się, że takie rzeczy, o jakich one mówią się nie zdarzają. My kłócimy się, owszem. Zdarzają się sprzeczki, ale generalnie nie mamy cichych dni, bo ja bym nie dała rady, on też nie. Nie różniło nas zbyt wiele, może ja byłam bardziej uparta, on bardziej stanowczy, ale poza tym byliśmy identyczni, mój bliźniak.

Po trzydziestych urodzinach, jeszcze tydzień byliśmy razem, w sensie był w Polsce, więc spędzaliśmy dużo czasu razem. Powiedział, że nie chce mu się jechać, że już pracuje tam 6 lat i jest zmęczony ciągłymi wyjazdami. Jest zmęczony pakowaniem walizki i w sumie nie może już na tę walizkę patrzeć. Na dodatek na urodziny dostał od rodziców nową. Tak jakby myśleli, że będzie wyjeżdżał jeszcze przez kilka kolejnych lat. Czułam, że jest mu ciężko, bo mnie było ciężej niż zwykle. Bardzo potrzebowałam, żeby był wtedy ze mną, ale wiedziałam, że nie mogę mu okazywać, jak mi źle, bo jemu nie będzie wcale łatwiej, a i tak wyjechać musi. Po pierwsze, bo kontrakt, a po drugie, bo brakowało jeszcze paru rzeczy w domu. Cały czas mu powtarzałam, że ciągle będzie czegoś brakować, ale on i tak uważał, że chce ten dom zrobić, tak jak sobie wymarzył i jak sobie wymarzył, bez kredytu.

W dzień wyjazdu rano, przyjechał do mnie, przytulił mnie mocno i powiedział, że widzimy się za 5 tygodni. Nie wiem czemu, ale nie potrafiłam się od niego odkleić. Płakałam, bolała mnie dusza i bolały mnie oczy od łez. On też przytulał mnie, płakał, tak jakbyśmy się żegnali i mieli już nigdy więcej nie być razem. Dla mnie abstrakcja, bo ja nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Kiedy wsiadał do samochodu, obrócił się w moją stronę, pomachał mi i przy obrocie zatrzymał się tak, jakby się wahał, ale w konsekwencji wsiadł w auto i odjechał.

Pierwsze dwa tygodnie, tak jak bym się bardzo bała, że go nie ma, dzwoniłam po kilka razy dziennie, pisałam, a jak nie odpisywał dłużej niż 10 minut, to pisałam kolejne smsy i byłam przerażona, ale w końcu nadszedł dzień kiedy miał wracać. Dzień wcześniej rozmawialiśmy na kamerce, mówił, że jest bardzo zmęczony i jest mu bardzo ciężko. Bolą go plecy i źle się czuje. Mówiłam, by zaczekał  z powrotem, mówił, że nie chce, że nie straci urlopu na leżeniu w łóżku w innym państwie. Gdy wyjechał, jeszcze przez chwilę rozmawialiśmy na słuchawkach, kazałam mu uważać i pisać na każdej stacji, na której się zatrzyma. Ja oglądałam jakiś film tego wieczora, czułam jakby całe moje ciało drgało, jakbym zaraz miała coś złego usłyszeć. W końcu zasnęłam.

Rano obudził mnie telefon, spojrzałam na  niego. To obcy numer, nie odebrałam, zobaczyłam, że nie ma smsów od brata. Zadzwoniłam do niego, nie odebrał. Zadzwoniłam na ten numer, który dzwonił kilka chwil wcześniej, usłyszałam, co się stało, że zasnął za kierownicą, że go nie ma. Usiadłam na kanapie, nie wierzyłam, rozłączyłam się i próbowałam dodzwonić się na jego telefon, wysyłałam sms za smsem, wykonywałam połączenie za połączeniem. Uznałam, że ktoś się pomylił, że to nie może być prawda. Na dodatek mój brat, gdzieś  był sam, bo wypadek był jeszcze przed granicą polską, jego ciało było samo. Odebranie go stamtąd to długa historia. Gehenna przez którą musieliśmy przejść, a moment, kiedy widziałam jego twarz w tym worku, to moment, który nigdy w życiu nie zniknie z mojej głowy. Patrzyłam na jego buzię i tak bardzo chciałam go przytulić, tak bardzo chciałam, żeby mi powiedział, że jesteśmy jedną kulą, ale on milczał, leżał tam siny i blady, i taki spokojny.

Minął miesiąc od pogrzebu, a ja dalej liczę, że przyjedzie, dzwonię na jego telefon, piszę smsy. Jakbym liczyła, że to wszystko się nie wydarzyło. Jakbym bardzo chciała cofnąć czas i powiedzieć wtedy: nie wsiadaj. Dla niektórych życie to 80 lat, dla niektórych 30, nie wiemy, czy będziemy mieli wystraczająco dużo czasu na wszystko, nie wiemy jak długo to potrwa. Kochajmy siebie, bądźmy obok siebie i dla siebie.  Pewnego dnia może się okazać, że będziemy bardzo chcieli cofnąć czas, a tego się nie da zrobić.

Paulina Oleśkiewicz — kobieta nieszablonowa, szukająca swojej drogi i samej siebie. Zakładała firmy i je traciła, otarła się o wojsko, pracowała na budowie, cały czas największą przyjemność sprawiało jej słuchanie ludzi. I tak dotarła do miejsca, w którym jest teraz — realizuje się w life coachingu, ale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Z powodzeniem pisze i nadal szuka. Przedstawione historie są historiami ludzi, z którymi w swojej pracy i życiu się spotkała.