"Dzień dobry, to jest napad". Skok na pociąg relacji Moskwa-Warszawa

"Dzień dobry, to jest napad". Skok na pociąg relacji Moskwa-Warszawa

To była akcja w iście filmowym stylu. Gangsterzy w garniturach i lakierkach grzecznie, acz stanowczo, zażądali haraczu od pasażerów międzynarodowego pociągu „Polonez”, po czym zaciągnęli hamulec awaryjny i rozpierzchli się w lesie. Planowali, że napadów będzie więcej. Mieli zarobić krocie, a wpadli kilka godzin po dokonaniu pierwszego skoku.

Po upadku komunizmu w państwach byłego „bloku wschodniego” nastał burzliwy okres transformacji, w którym trzeba było zmierzyć się z nową, kapitalistyczną rzeczywistością. Jednym z najbardziej dochodowych i najefektywniejszych pomysłów na biznes był handel – kto żyw ustawiał się na bazarach i targowiskach, sprzedając mydło i powidło, najlepiej sprowadzone z zagranicy. Nic więc dziwnego, że i w Polsce zaczęli się pojawiać sprzedawcy z ościennych państw. Słynny Stadion Dziesięciolecia, największy bazar w Europie, był miejscem, w którym rodziły się fortuny, ale też prowadzono szemrane interesy i kwitła mafia. To właśnie „na Stadion” ciągnęły z Rosji i Ukrainy tysiące drobnych sprzedawców zwanych na Wschodzie „czełnoki” (czółna – red.), których nazwano tak ze względu na nieustanne podróże pomiędzy jednym a drugim krajem.

Sytuacja ekonomiczna w państwach dawnego ZSRR była w latach 90. dramatyczna – bez łapówek, „kryszy” („dachu”, czyli ochrony przymusowo świadczonej przez bandytów) i kontaktów z półświatkiem nie sposób było prowadzić biznesu, dlatego też na handel do Polski jeździli zarówno dawni pracownicy zlikwidowanych fabryk, jak i przymierający głodem profesorowie uniwersytetów, którym uczelnie po kilka miesięcy nie były w stanie wypłacić pensji. Handel na polskich targowiskach był dla wielu z nich szansą na przetrwanie. Łóżka polowe, z których początkowo sprzedawali baterie, aparaty fotograficzne, zegarki itd. wkrótce zamieniły się w „szczęki”. Pociągi przybywające na Dworzec Wschodni w Warszawie były po brzegi wyładowane charakterystycznymi kraciastymi torbami, nie mówiąc już o pakowanej we wszystkie możliwe i niemożliwe wnęki „kontrabandzie” – papierosach, alkoholu i nielegalnych używkach, a także złocie, broni itd. Właśnie taki pociąg relacji Moskwa-Warszawa – słynny „Polonez” – postanowił okraść mieszkaniec Kazania Siergiej Bondar, wcześniej karany już za kradzieże i rozboje.

Bondar skrzyknął kilku kompanów, wcześniej również trudniących się kradzieżami – Andrieja Brodychina, Jurija Płaksina, Stanisława Macuka i Siergieja Szyriajewa – i przedstawił im swój pomysł organizowania napadów na pociągi dalekobieżne, którymi podróżowali handlarze. Można było mieć pewność, że pasażerowie takich pociągów będą mieć przy sobie walutę, większe sumy pieniędzy i cenne przedmioty. Co ciekawe, bandyci postanowili nie zabierać pasażerom wszystkich pieniędzy, które mieli przy sobie – uznali, że „sprawiedliwie” będzie, jeśli pobiorą od wszystkich część posiadanych środków, a handlarze, przyzwyczajeni do płacenia części przychodu od zarobionej przez siebie kwoty, nie będą protestować i łatwiej pogodzą się z „poborami”. Skok na pociąg relacji Moskwa-Warszawa miał być pierwszym z serii napadów planowanych przez bandytów. Zaplanowali, że dokonają go 13 września 1995 r.

Postanowili dokonać kradzieży w „eleganckim” stylu – kupili garnitury, w których przypominali amerykańskich gangsterów, oraz lakierki. Ponadto na czarnym rynku kupili pistolety TT i uniwersalne klucze kolejowe, dzięki którym mogli swobodnie poruszać się pomiędzy wagonami. Jednocześnie, by nie ujawniać swoich danych, nie kupowali biletów na pociąg.

Jak podawała gazeta „Kommiersant”, niektórzy z pasażerów na widok wystrojonych mężczyzn bez bagażu, stojących na peronie na Dworcu Białoruskim w Moskwie, od razu zorientowali się, że w pociągu dojdzie na napadu. „A oto i rekiet przybył” – mieli komentować handlarze.

Gdy bandyci wsiedli do pociągu, od razu skierowali się do wagonu restauracyjnego. Tam zamówili obfite śniadanie i alkohol, co zdziwiło obsługę – „Polonez” wyruszył w drogę o 9 rano. Po ok. trzech godzinach bandyci ruszyli na łowy.

Dwaj z „rekietierów” poszli do wagonu, którym jechał kierownik pociągu. W jego przedziale trwało właśnie spotkanie z kilkoma konduktorami. – Dzień dobry, to jest napad, wita państwa moskiewski rekiet kolejowy – grzecznie przedstawili się bandyci, po czym wyciągnęli broń i zapowiedzieli, by konduktorzy nie przeszkadzali im „pracować”. Nikt z obsługi nie stawiał oporu.

Tymczasem pozostali napastnicy już zabrali się za pobieranie opłat od pasażerów. Pukali do drzwi przedziałów i żądali „po sto baksów” od każdego. Jeśli ktoś protestował, pokazywali, że są uzbrojeni – wtedy pasażerowie szybko oddawali pieniądze. Niektórzy pokazywali, że nie mają tak dużej na owe czasy kwoty – wtedy oddawali tyle waluty, ile mieli. Gdy pasażerowie pytali, czy nikt już nie będzie ich niepokoić na dalszych etapach podróży, bandyci odpowiadali: powiedzcie, że w pociągu pracowała już „grupa numer 17”.

Cały napad trwał ok. 45 minut, w tym czasie bandytom udało się okraść 286 pasażerów, a ich łupem padło 9,8 tys. dol. Liczyli na co najmniej trzy razy tyle, ale spieszyli się i nie mieli czasu na negocjacje.

Tuż przed miastem Wiaźma w obwodzie smoleńskim, w którym miał zatrzymać się pociąg, jeden z nich zaciągnął hamulec i wszyscy wyskoczyli na nasyp kolejowy. Rozpierzchli się w kilku kierunkach. Gdy tylko pociąg stanął, kierownik pociągu zaalarmował maszynistów, a ci poinformowali o napadzie milicję. Do lotu poderwano kilka helikopterów, na poszukiwania wyruszyło kilkanaście grup śledczych.

Poszukiwania sprawców napadu rozpoczęły się kwadrans po tym, jak bandyci uciekli z „Poloneza”. Planowali wskoczyć do kilku elektryczek – pociągów podmiejskich – i spotkać się wieczorem w domu Siergieja Bondara. Wyglądali jednak tak charakterystycznie – na co dzień na podmiejskich stacjach kolejowych rzadko widywało się mężczyzn w garniturach – że od razu zwrócili na siebie uwagę kolejarzy, którzy już wiedzieli o napadzie na pociąg. Dyżurny stacji zawiadomił milicję, która szybko zatrzymała wszystkich podejrzanych. Wszyscy bandyci przyznali się do napadu, poza jednym z nich, Stanisławem Macukiem – najmłodszym sprawcą, który utrzymywał, że był zwyczajnym pasażerem i jechał do Mińska, by odwiedzić brata.

Proces trwał kilka lat. Pasażerowie pociągu, okradzeni przez bandytów, narzekali, że z powodu stu „baksów” muszą zmieniać swoje plany i tracić czas na składanie zeznań, nie chcieli też stawiać się w sądzie – wielu z nich było przymusowo dowożonych na rozprawy.

27 maja 1998 r. Siergiej Bondar i jego kompani zostali skazani na wyroki od 8 do 9,5 roku kolonii karnej. Wyszli na wolność po odsiedzeniu całego wyroku. Podobne napady na pociągi dalekobieżne jadące do Polski już się nie zdarzały.