Egzamin z człowieczeństwa

Egzamin z człowieczeństwa

Od dziecka słyszałam wiele na temat tego, ile to ja muszę się nauczyć. I ile muszę w życiu przejść, żeby zdobyć doświadczenie. Ja z każdym rokiem uczyłam się pilnie i doświadczałam, ile się dało. Przecież wpajano mi, jak daleko mogę zajść, dzięki tym dwóm możliwościom. Bardzo się starałam, z różnymi skutkami tych starań i udało mi się zajść daleko. I nawet przez minutę nie przyszło mi do głowy, że muszę odrobić największą lekcję z tych wszystkich lekcji wymyślonych przez z życie i nauczycieli w szkole. Muszę nauczyć się być bogatą i nauczyć się jak postępować z ludźmi, jak już wszyscy zauważą, ile mogą zyskać na przyjaźni ze mną.

Dla wielu z was taka lekcja wydaje się być niepotrzebna. Przecież mając pieniądze, jesteś w stanie ustawić życie w taki sposób, że nie masz wielu problemów. No cóż, mylne jest wasze spojrzenie na tę sprawę. Trudno mieć pieniądze i liczyć tylko i wyłącznie na to, że ludzie będą dostrzegać twój intelekt lub że będą dostrzegać twoje dobre serce. Niestety, trzeba nauczyć się oddzielać ziarno od plew i być sobą w tym wszystkim. Ja myślałam, że wystarczy być sobą. Myślałam, że nie muszę nic poza tym robić, przecież ludzie nie są tacy zimny i wyrachowani, w końcu jak dajesz komuś siebie, to nikt cię nie wykorzysta. Myliłam się. Odbyłam ważną lekcję w moim życiu, oblałam kilka egzaminów, ale nauczyłam się, że nie wiem, czy ten ostatni egzamin z człowieczeństwa jestem w stanie zdać, ale na pewno będę wiedzieć, co zmieniło mnie w potwora. Z czasem nie masz uczuć, masz tylko potrzebną do życia kalkulację. Czy ona ci się opłaci? Nie, ona nie ma się zawsze opłacać, ona ma chronić, bo tylko w taki sposób ocalisz resztę siebie.

Jednak warto zacząć od początku. Jakoś zarabianie pieniędzy zawsze wychodziło mi dość dobrze, śmiałam się, że szybciej zarobię 100 tys. w miesiąc niż będę w stanie ogarnąć moje życie osobiste. Z każdym rokiem suma obrotu miesięcznego nieubłaganie szybowała w górę, a katastrofa życia osobistego pogłębiała się równie mocno. Nie wiem, dlaczego tak się działo. Ja naprawdę się starałam to wszystko poukładać. Mało tego, ja za każdym razem oddawałam siebie, po czym zbierałam swoje rozerwane serce z podłogi i kleiłam moją potłuczoną dumę. I tak mijały lata, mój szef często mi powtarzał, że jestem tak dobrym strategiem… Jednak tylko w pracy – w życiu osobistym dawałam się wykiwać jak dziecko. Ja nie chciałam być zimnym kalkulatorem, który przelicza miłość i przyjaźń. Ja chyba wierzyłam, w wielką miłość i przyjaźń do grobowej deski. Cóż… Życie biegnie, a my się zmieniamy. Tak jak zmieniamy swoje poglądy. Jednak czasem potrzebujemy czegoś do podjęcia drastycznych kroków szybciej niż byśmy chcieli. Ja też dostałam coś od losu, ludzi i ich zimną kalkulację. Zaczęło się od znajomych. Z każdym miesiącem zaczęłam mieć ich coraz więcej i coraz częściej pisali, pytali, co słychać a po każdym moim smsie, że jest dobrze, padał kolejny, pożycz, pomóż, załatw. To takie moje ppz. Ja na początku nie widziałam w tym nic złego, pożyczałam, pomagałam, załatwiałam. Kolejny byli przyjaciele, wycieczki, zakupy, kawy, obiady, jakoś zawsze zapraszali, mieli ochotę, nigdy nie odmawiali, ale też nigdy nie zaproponowali, że zapłacą, nie zapytali czy mnie w ogóle stać, dla nich oczywiste było, że tak, było mnie stać. Czułam się jak naznaczona pieniędzmi i zaczynałam zastanawiać się, czy czasem nie jest tak, że za to, ile potrafię, zaczynam płacić wysoką stawkę. Jednak w swej naiwności dalej uważałam, że jest ok. Powinnam mieć znajomych i przyjaciół, a skoro oni nie mają pieniędzy, ja mogę im pomagać. Tak naprawdę zaczęłam podejrzewać, że coś jest nie tak, dopiero kiedy zauważyłam, że o ile ze mną czas spędzali w sposób, nazwijmy to, ekskluzywny, na plaży na Bali, o tyle kiedy organizowali grilla, już o mnie zapominali. Ja nawet raz zapytałam, dlaczego tak jest, to usłyszałam, że przecież ja nie lubię. Ja? Nie lubię? A skąd oni mieli takie informacje?! Zapominali o mnie przy każdym większym, ciekawszym zajęciu, a tłumaczenie było jedno… Nie było cię. Nie było, bo pracowałam, ale nikt nie mówił, że mam być. Jednak, kiedy ja chciałam chwilę odpocząć, nie zapominałam o nich i zabierałam ze sobą. Zaczęłam się uodparniać na ppz. Uodparniać oznacza mówić „nie”. I wtedy nagle ludzie zrozumieli, że ja nie mam odporności z metalu. Nawet metal poddaje się upływowi czasu i rdzewieje. Moje nie, odczytywano, jak jakąś dziwną zmianę, lub jeszcze ciekawiej, że moje „nie” to efekt nadmiaru pieniędzy, że podobno to mnie moje własne pieniądze zmieniły. Pieniądze zmieniają ludzi, tak zgodzę się z tym, moje pieniądze zmieniły moich znajomych i co gorsza ludzi, których nazywałam przyjaciółmi. Mijał czas, dość nieubłaganie i docierało do mnie bardzo powoli, ale też dosadnie, że zostaje sama. Im więcej mam szacunku do siebie, tym mniej ludzie we mnie widzieli człowieka. Przecież ja też potrzebuję rozmowy, nie popisywania się. Wiecie, co było najciekawsze w tym wszystkim? Że oni ciągle mówili o pieniądzach, ile to nie mają, nie robią i na jakie wakacje sami nie jeżdżą. Kłamali patrząc mi w oczy, bo uważali, że mnie można kupić tylko kasą. Mnie? Mnie nie można kupić. Ja nie zauważyłam, kiedy to ja kupiłam ich. Nie chciałam tego. Zapłaciłam cenę sukcesu, jednak to nie było koniec płacenia. Najgorsze, że nawet mężczyźni, których poznawałam, z jakiegoś dziwnego i dla mnie niewyjaśnionego powodu robili wszystko, żeby mi zaimponować pieniędzmi, jeden kłamał do ostatniego momentu, że je ma, zanim nie wyszło, że nie ma nic, bo wydawało mu się, że moja wartość to mój portfel, więc jego wartość to jego portfel. Jak ludzie nisko się cenią, jak płytko i jak niezrozumiale. Dziś wiem, jak smakuje porażka w otoczeniu sukcesu, jak często trzeba filtrować ludzi, bo oni filtrują mnie i ciągle poddają ocenie, na ile komu się opłaci stanie po mojej stronie.

Nie wiem dlaczego tak się dzieje i co skłania ludzi do takiego myślenia. Nie liczy się to jakim jeździsz autem i ile masz na koncie. Liczy się to jakim jesteś człowiekiem, jak bardzo kochasz, lubisz i jak szanujesz. Nie kupuje się przyjaźni, zaufania i wsparcia. Ja nigdy nie sprzedałam swoich uczuć, ciężko każdego dnia zasuwałam, bo kochałam swoją pracę, pieniądze to skutek tych działań. Jednak sukces i ten właśnie skutek okupiony został ogromnymi stratami, których nikt nigdy nie przeanalizował, bo nikomu nie przyszło to do głowy, że straty jakieś się pojawiły. Usłyszałam kiedyś ważne zdanie od kogoś mądrzejszego ode mnie: nie jesteś złym człowiekiem, to ludzie to zło w tobie obudzą. Obudzili… I dopiero wówczas nauczyłam się, że bycie bogatym to sztuka, której nie wszyscy są w stanie się nauczyć.

Paulina Oleśkiewicz — kobieta nieszablonowa, szukająca swojej drogi i samej siebie. Zakładała firmy i je traciła, otarła się o wojsko, pracowała na budowie, cały czas największą przyjemność sprawiało jej słuchanie ludzi. I tak dotarła do miejsca, w którym jest teraz — realizuje się w life coachingu, ale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Z powodzeniem pisze i nadal szuka. Przedstawione historie są historiami ludzi, z którymi w swojej pracy i życiu się spotkała.