Greenpoint – mała Polska czy wielkie USA?

Greenpoint – mała Polska czy wielkie USA?
Fot. Aleksandra Karkowska

Kiedy wysiadamy z metra G na Greenpoint Avenue, trudno się zorientować, gdzie jesteśmy. Czy to jeszcze USA, czy już Polska. W tej dzielnicy nadal wiele spraw można załatwić używając jedynie polskiego języka. Tu można kupić polską kiełbasę, kapustę kiszoną, zjeść gołąbki, żurek czy pierogi.

Greenpoint to niewielka, mieszkalna dzielnica Brooklynu, znana jako jedno z największych skupisk Polonii w Stanach Zjednoczonych. Biegnie wzdłuż Manhattan Avenue pomiędzy Nassau Avenue do Puławski Bridge, od zachodu otoczona wodami East River.

Dziś zmiany w przestrzeni wokół oraz rosnące ceny nieruchomości spowodowały, że większość Polaków przeniosła się w inne rejony. Jednak Greenpoint nadal pozostał bardzo polski, mocno naznaczony polskimi wpływami. I nadal bardzo wiele spraw załatwimy używając języka polskiego.

Pierwotnie obszar tej dzielnicy był zamieszkiwany przez Indian z plemienia Keshkachauge, były tu lasy, łąki, urodzajne pola. Było tu zielono. Stąd nazwa. W XIX wieku przybyli tu rolnicy skuszeni żyzną ziemią, ale także powstały pierwsze fabryki i magazyny portowe. Rozwijał się tu przemysł drukarski, ceramiczny, szklarski, rafineryjny, stoczniowy.  Greentpoint stał się dzielnicą robotniczą. Zdecydowanie tańszy od Manhattanu, przyciągał wielu emigrantów, w tym także tych z Polski.

Dzielnica przemysłowa z małymi domkami – kamieniczkami, w których znajduje się po kilka mieszkań. Zwykle domy wąskie od strony ulicy i dlatego większość z mieszkań ma pokoje przechodnie, tak zwane tramwaje. Tu, na Greenpoint, mówi się o nich sabłeje, od angielskiego subway (wagon).

„Mieliśmy spać na podłodze, bo w tych sabłejach już był komplet. Dwie, trzy osoby w pokoju, tylko w dwóch pokojach okno. Jeszcze nie wiedziałam, że to norma.”

To tu właśnie, kiedy wysiądziemy z metra G, na przystanku Greenpoint Avenue, znajdziemy się raptem w innym świecie. I bardzo trudno sobie poukładać w głowie, czy to jeszcze Ameryka, czy już Polska…

To była taka polska przystań. Dla wielu Polaków emigrujących do USA to pierwsze miejsce, gdzie się zatrzymywali. Niektórzy z nich przyjeżdżali na chwilę, żeby zarobić na samochód, na dom i wrócić do kraju. Część z nich została na dłużej. Niektórzy zostali w tej „tymczasowej” sytuacji na Greenpoincie, bo przecież „zaraz wracają do kraju” a niektórzy zadomowili się na dobre w Ameryce, wyprowadzili się z Małej Polski do innych dzielnic,  miast czy stanów. Zostali Amerykanami i do Polski jeżdżą na wakacje, ale już nie myślą o powrocie na stałe. Z kilkoma z tych osób rozmawiałyśmy z Barbarą Caillot przy pracy nad książką „Marsz marsz BATORY”, kiedy zbierałyśmy wspomnienia osób, które przypłynęły na emigrację na pokładzie legendarnego transatlantyku. Wspominali trudne czasy na początku, pracę na kilka etatów, dzielenie mieszkań, oszczędzanie.

Były okresy, kiedy było tu więcej Polaków. To na przykład lata 50. i 60. XX wieku czy czas stanu wojennego.

„Po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce Greenpoint podnosi się z upadku. A przynajmniej zaludnia. Według oficjalnych danych mieszka tu pięćdziesiąt tysięcy osób polskiego pochodzenia. Według mniej oficjalnych – co najmniej siedemdziesiąt. Nowi imigranci ożywiają kościoły i zapełniają bary. Na ulicach znów słychać język polski.”

„O Greenpoincie w „Nowym Dzienniku” mówiło się z dwóch powodów. Była to sypialnia, punkt startowy emigranta. Nie była to prestiżowa dzielnica. Polacy mieszkali na kupie w małych mieszkaniach, często wynajmując tylko miejsce do spania. Ale Greenpoint był miejscem raczej bezpiecznym, a nawet przyjaznym: z polskimi delikatesami, jadłodajniami, agencjami. Drugim powodem była obecność najważniejszych polonijnych instytucji: Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej, czyli polskiego banku, i związanego nią Centrum Polsko-Słowiańskiego, które organizowało stołówkę i zajęcia dzienne dla seniorów, opiekę nad chorymi seniorami i przedszkole.”

Idąc Manhattan Avenue, główną ulicą polskiej dzielnicy, mijasz polską księgarnię, polskie restauracje, polskie biura podróży, polskich prawników, salony fryzjerskie i kosmetyczne, polskie sklepy spożywcze, masarnie i piekarnie. W polskiej księgarni kupisz polskie książki i pamiątki. Jeśli jakiegoś tytułu nie ma w ofercie, możesz zamówić. W polskim sklepie spożywczym nie szukaj amerykańskiego serka typu cream cheese, tu kupisz każdy rodzaj sera, jogurtu, dżemu, masła z Polski. W ofercie znajdziesz pełną gamę słodyczy, makaronów, przetworów czy kosmetyków produkowanych w ojczystym kraju. W restauracjach zjesz placki ziemniaczane, pierogi, gołąbki, schabowego z mizerią i ziemniakami, rosół, barszcz, pomidorową. A w kiosku kupisz polską gazetę.

„Kiedy Howe przechadza się Manhattan Avenue, stwierdza, że znajduje się w sercu tego, co nazwałby Polską, tylko małą. „Sklepy ze sznurkami kiełbas, piekarnie z polskim chlebem i babkami, supermarkety z piklami, dżemami i kiszoną kapustą. Kino Chopin, które od czasu do czasu wyświetla polskie filmy. Za rogiem Polonaise Terrase urządza tradycyjne polskie wesela. Restauracja Continental oferuje domową kuchnię polską, wódkę, likier miodowy i muzykę do tańca.” (M.Howe „Polish Newcomers Revive Dying Greenpoint Customs”, New York Times, 22 czerwca 1984).

„Greenpoint wyglądał jak polska, głęboka prowincja. O tej prowincjonalności opowiedziałam moim amerykańskim znajomym. Oni mi odpowiedzieli, że tak właśnie wygląda prawdziwa Ameryka. Prowincja.”

Od momentu kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, Ameryka stała się dużo mniej atrakcyjna, w związku z tym mniej osób przyjeżdża na emigrację, tak jak to było choćby w latach 80. XX wieku. Wtedy Greenpoint tętnił życiem. Coraz częściej na Greenpoint wprowadzają się osoby innych narodowości, otwierane są restauracje tajskie, meksykańskie, japońskie. Wiele „biznesów” polskich zostało zamkniętych, wielu Polaków się wyprowadziło czy wyjechało, jednak nadal to wyjątkowe miejsce na mapie USA.

„Lubię mieszkać w tej dzielnicy, ale wolałem lata dziewięćdziesiąte, kiedy ludzie znali się nawzajem. Dzień dobry, dzień dobry, szedłeś Manhattan Avenue i znałeś wszystkich. Dziś nie znasz prawie nikogo, bo to już Amerykanie, którzy żyją w swoim świecie.”

„W ciągu 5 lat  Greenpoint przestał być biały. Polacy wciąż odtwarzali życie ze swoich polskich miejscowości, żyli jak w bańce, ale to zaczęło się kończyć.”

„Nie wyprowadzam się z Greenpointu, bo to jedno z  tych miejsc, gdzie poznaje cię pani w piekarni, a przesiadujące na ławkach w parku matki dzieci ze szkoły córki przywołują cię na papierosa. Nie wyobrażam sobie życia na Manhattanie, gdzie wychodzisz z mieszkania na ulicę, po której przelewają się tłumy turystów.”

Greenpoint jednak nadal ma w sobie „to coś”. Ta dzielnica ma specyficzny klimat, ale bardzo nam bliski. Bo z jednej strony mówimy, że to polska prowincja, a z drugiej – Polacy, którzy mieszkają już poza tą dzielnicą, przyjeżdżają tu po ogórki kiszone do świątecznej sałatki.

Ja byłam tu kilkukrotnie, za każdym razem zadziwia mnie fakt, że sama nie wiem, gdzie jestem, w Polsce, czy jednak w USA.

Wszystkie fragmenty użyte w teksie pochodzą z książki „Greenpoint. Kroniki Małej Polski” autorstwa Ewy Winnickiej (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2021).

Aleksandra Karkowska – autorka międzypokoleniowych książek "Banany z cukru Pudru", "Na Giewont się patrzy", „Marsz, marsz BATORY", „FOTO z misiem”. Od 2015 roku prowadzi Oficynę Wydawniczą Oryginały. Działa społecznie na warszawskiej Sadybie. Kocha fotografie i podróże.