Ja naprawdę lubiłam tę „gliniankę”. Alena Myrda, pierwsza w historii podkarpackiej policji szefowa „dochodzeniówki”, opowiada o pracy śledczej

Ja naprawdę lubiłam tę „gliniankę”. Alena Myrda, pierwsza w historii podkarpackiej policji szefowa „dochodzeniówki”, opowiada o pracy śledczej
Fot. Kamil Angowski

Obecnie Alena Myrda jest młodszym inspektorem policji w stanie spoczynku. Wcześniej była pierwszą kobietą w rzeszowskim "pezecie", jedną z trzech funkcjonariuszek w Centralnym Biurze Śledczym i pierwszą naczelniczką Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie. Pracę zaczęła pod koniec lat 80. Policyjnym śledczym była prawie 30 lat. Ostatnio na jeden dzień stała się "żywą książką". W ramach rzeszowskiej odsłony wydarzenia pt. "Żywa Biblioteka", promującego tolerancję i równouprawnienie, Alenę można było "wypożyczyć" i posłuchać jak audiobooka.

Ze szkolnej klasy, gdzie odbywało się wydarzenie, wyłania się uśmiechnięta blondynka w średnim wieku. Ubrana w czerwoną bluzkę, na paznokciach ma krzykliwy manicure, na ustach – czerwoną szminkę. Nie wygląda na emerytowaną śledczą.

Alena Myrda: Czy to nie zastanawiające, że dziś do rozmowy „wypożyczały” mnie tylko kobiety….

Katarzyna Hadała: To chyba nie zburzę tej statystyki. Skąd Ty się wzięłaś w tej policji? Bo przeszłaś chyba wszystkie poziomy wtajemniczenia w tę pracę.

To był raczej logiczny wybór. Wydawało mi się, że studia prawnicze były oczywistym argumentem, aby zawodowo zajmować się zwalczaniem przestępczości.  Pracę rozpoczęłam latem 1988 roku w Komendzie Miejskiej Policji w Rzeszowie jako szeregowy referent. Wtedy to jeszcze była Milicja. Potem trafiłam do tzw. K-17 czyli  Wydziału do Walki z Aferowymi Nadużyciami Gospodarczymi przy Komendzie Głównej Policji. Następnie przeszłam do Wydziału ds. Walki z Przestępczością Zorganizowaną, który w 2000 roku przekształcono w Centralne Biuro Śledcze. Finalnie zostałam naczelnikiem Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie.

Szeroko pojęta obsługa zdarzeń kryminalnych, przyjmowanie zawiadomień o przestępstwach, przesłuchiwanie świadków to tylko kilka obowiązków funkcjonariusza „dochodzeniówki”. Praca śledczego wymaga fachowej wiedzy, ale też dużej odporności psychicznej. Dlaczego wybrałaś akurat tę pracę?

Ponieważ ja naprawdę lubiłam tę „gliniankę”. Masz zgłoszenie: znaleziono ciało kobiety w rzece, w stanie rozkładu. Nie masz nic więcej, żadnych dodatkowych informacji. Żeby je zdobyć musisz mieć zespół ludzi i dużo cierpliwości, gdyż to bardzo żmudna i czasochłonna praca. Ale z czasem pojawiają się puzzle, które dzięki podejmowanym działaniom zaczynają układać się w pewną całość. Pamiętam śledztwa, w których, aby dotrzeć do sprawcy czynu, przesłuchiwaliśmy ponad tysiąc osób. Efektem końcowym była to dla mnie niesamowita satysfakcja. W sumie odkąd pamiętam jakoś tak mnie do tego ciągnęło. Byłam ciekawa strony praktycznej tego, o czym słyszałam i uczyłam się na studiach. Miałam wykształcenie prawnicze i to było atutem przy prowadzeniu spraw dochodzeniowo-śledczych. Mogłam w rzeczywistości poznać zastosowanie kodeksu postępowania karnego, a jednocześnie pomagać ludziom. Do dziś pamiętam jak odzyskaliśmy telewizor rubin pewnej staruszce, która chcąc się odwdzięczyć dała nam słoiczek samodzielnie zrobionego dżemu i ciasto.

To środowisko hermetyczne, ogólnie, a dla kobiet jeszcze bardziej… Bo kto to widział kobietę – „gliniarza”. Czy pamiętasz swoje początki w Wydziale Dochodzeniowo-Śledczym?

O tak! Budziłam ciekawość! Byłam kobietą i wówczas jedyną funkcjonariuszką w pionie śledczym. W służbie kryminalnej w tamtych czasach pracowałam tylko ja i policjantka z „obyczajówki”, więc policjanci po prostu przychodzili mnie zobaczyć. A we mnie więcej strachu budził dzielnicowy, ponieważ chodził w mundurze niż komendant miejski, którego często widywałam po cywilu. Przeżyłam zaskoczenie, gdy na drodze poszukiwania „fantów”, czyli rzeczy ukradzionych z przestępstwa, trafiłam do meliny. Musieliśmy zrobić wnikliwe przeszukanie tego miejsca, a ja nagle dowiedziałam się, że w bloku, w którym żyją normalni ludzie, rodziny z dziećmi, drzwi obok jest lokal, w którym panuje wszechobecny smród, są pchły i wszy, a córkę „sprzedaje się” za butelkę wódki. Jakby nie patrzeć zajmowaliśmy się sprawami ludzkimi, na które nie ma schematów rozwiązania czy algorytmów. Potem prowadziłam i dochodzenie, w którym motywem zabójstwa była pusta butelka po wodzie mineralnej, ale i takie, w których rozchodziło się o miliony złotych.

Historycznie, pierwsze polskie policjantki w latach 30. zajmowały się przestępstwami, z którymi policja w męskim wydaniu nie radziła sobie: zwalczały sutenerstwo, nierząd i przemoc wobec kobiet, rozwiązywały problemy młodzieży. Dziś chyba nikt o tym nie pamięta, a przecież tyle mówi się o przełamywaniu stereotypów.

Zostałam wychowana w rodzinie, gdzie równouprawnienie było czymś zupełnie oczywistym. Do mnie jako nastolatki nawet nie dochodziły informacje, że kobiety mogą być gdzieś inaczej traktowane. Ja do tej „dochodzeniówki” poszłam bez uprzedzeń. Dopiero później dowiadywałam się, że wśród niektórych moich kolegów faktycznie pokutowało myślenie dyskryminujące kobiety jako pracowników. Zaczynając pracę w miejskiej komendzie byłam jedynym z trzech  funkcjonariuszy, który miał wykształcenie wyższe. „I w dodatku jeszcze baba” – mówili koledzy. Im „ta baba” nie bardzo pasowała, ale to właśnie ta sama „baba”, obejmując funkcję kierowniczą w rzeszowskiej Komendzie Wojewódzkiej Policji, miała pod sobą cały pion dochodzeniowo-śledczy oraz techników kryminalistyki. To byli w większości mężczyźni.

„Baba nimi rządziła”. Może traktowali to jak blamaż?

Możliwe, ale ja starałam się pokazać, że rządzę ponieważ mam wiedzę i jestem fachowcem. Wciąż się dokształcałam. Żeby wykonywać swój zawód rzetelnie za własne pieniądze, w ramach urlopu zrobiłam kurs księgowości. Uznałam, że to na pewno przyda mi się w zwalczaniu przestępczości gospodarczej. Ponadto na bieżąco czytałam kodeks i orzecznictwo. Nie uczyłam się na pamięć artykułów. Tę umiejętność – rozumienia kodeksu prawa – wyniosłam jeszcze ze studiów, gdzie sędziwi profesorowie uczyli mnie interpretacji języka prawniczego. To sprawiało, że gdy była zmiana przepisu – potrafiłam ją zrozumieć. Potem koledzy – ci od „tej baby” – sami przychodzili z prośbą o poradę w rozwiązaniu niektórych spraw. Z czasem przekonali się, że jestem ich szefem, profesjonalistką i kumplem. W sumie to nigdy nie traktowali mnie jak stereotypową „babę do garów”. Albo skutecznie potrafiłam się przed tym obronić…

„Ale ma pani piękne oczy!”

Tak, to był powszechny komplement od kolegów z policji. Odpowiadałam pytająco: „A czy swojemu koledze powiedziałbyś, że ma piękne oczy?” W tym momencie temat się zamykał, a reguły były jasne. Byłam taką kobietą w męskich spodniach, bo nie sposób zaprzeczyć, że kiedy moje koleżanki – urzędniczki rozmawiały o kulinariach lub o trendach w modzie, ja skupiałam się na studiowaniu specyfikacji opon samochodowych albo na mechanizmie lotu samolotów, ponieważ akurat tego dotyczyły moje dochodzenia.

Często mówi się, że kobiety pracujące w męskich profesjach muszą bardziej się wykazać, więcej udowadniać, aby przekonać do swoich zawodowych kompetencji.

A mężczyzn z tych profesji trzeba edukować. Dlatego wyjaśniałam kolegom, że to w nas, kobietach, jest siła, bo idziemy do pracy, a po służbie najczęściej mamy „drugi etat”: gotujemy, sprzątamy, zajmujemy się dzieckiem i staramy się oddzielić pracę od czasu prywatnego. Moi koledzy nieraz opowiadali jak to zmęczeni pracą, bez wyrzutów sumienia mogli pozwolić sobie na odpoczynek w domu. Ja bardzo dużo zawdzięczam mojemu mężowi. Przez lata czas mojej pracy dyktowali przestępcy. Jeśli wystąpiło jakieś zdarzenie, na przykład w środku nocy jak najszybciej trzeba było jechać na miejsce przestępstwa, aby zebrać dowody. Czas odgrywa tutaj bardzo ważną rolę, ponieważ w zależności od rodzaju sprawy materiał dowodowy może szybko ulec degradacji. W związku z tym mój mąż niejednokrotnie odbierał ode mnie telefon, że musi zaprowadzić dziecko przedszkola, odebrać ze szkoły lub ugotować obiad, bo mamie wypadły działania operacyjne. Dla mnie to był duży komfort – wiedzieć, że jestem zwolniona z tego myślenia o sprawach codziennych i że w takich sytuacjach jest ktoś, na kim mogę polegać.

Nigdy mu to nie przeszkadzało, że to Ty robiłaś karierę?

W sumie to uzupełnialiśmy się nawzajem. On również na pewnym etapie swojego życia robił karierę, m.in. w polityce i samorządzie. Oczywiście zdarzały się napięcia w związku z konfliktem interesów, ale w ogólnym rozrachunku dogadywaliśmy się na drodze porozumienia.

Jesteś feministką?

Jestem za równouprawnieniem, możliwością dostępu kobiet do zawodów uważanych za męskie. To czy ktoś się sprawdzi w danej dziedzinie to życie zweryfikuje, ale nie wolno na starcie kobiet ograniczać i „podcinać im skrzydeł”. Czasem fajnie jest być kobietą w mundurze – gdy idziesz po pracy przez miasto i mimo, że nie pracujesz w drogówce widzisz, że samochody jadące obok tak prewencyjnie zwalniają. Dla mnie mundur był codziennością, ale chwilę mi zajęło, aby przyzwyczaić się do tego, że koledzy widząc białe gwiazdki nad dwoma belkami umieszczonymi poziomo na granatowym pagonie, salutują mi. To po prostu miły gest i przejaw profesjonalizmu w zawodzie.

Trzonem twojej pracy była praca w terenie?

W większości tak, ale gdy pracowałam na przykład w Wydziale do Walki z Przestępczością Zorganizowaną zajmowałam się sprawami dotyczącymi prania brudnych pieniędzy, akcyzą na paliwa, wyłudzaniem kredytów czy  przestępstwami internetowymi. Faktem jest, że więcej tutaj było pracy biurowej, ale wiązało się to też ze zbieraniem materiałów źródłowych: zabezpieczaniem faktur jako dowodów, przesłuchiwaniem ludzi. To bardzo absorbowało umysł ponieważ, żeby zrozumieć mechanizm działania przestępców gospodarczych trzeba było znać się m.in. na tzw. kreatywnej księgowości, kontach księgowych, itp.

Czy były sprawy, które przeżywałaś i zapadły Ci w pamięć?

Będąc w szóstym miesiącu ciąży dostałam wezwanie do zabójstwa niemowlaka. Nie byłam na to gotowa. Zadzwoniłam do kolegi, który pojechał tam za mnie. Bardzo doceniałam te relacje interpersonalne. Inny przykład: był koniec roku szkolnego. Dziecko przyniosło do domu niezbyt zadowalające rodziców świadectwo. Z tego powodu popełniło samobójstwo, skacząc z dziesiątego piętra bloku. Tutaj też poprosiłam kolegę, aby mnie zastąpił. Ale brałam za to udział w oględzinach po popełnieniu zabójstwa z użyciem piły tarczowej, gdzie głowa denata została odcięta. W okolicach Dębicy troje młodych ludzi, z zimną krwią zamordowało trzy osoby – w tym jedną za pomocą piły elektrycznej. Poszło o przysłowiową flaszkę. Sprawcy zdarzenia opowiadali nam szczegółowo przebieg zbrodni. Jeden dokładnie opisał, gdzie ukrył piłę, którą odciął głowę swojemu koledze. Potem, podczas postępowania, na komendę zadzwonił ktoś z ich rodziny. Poszukiwał tej piły ponieważ – jak twierdził – chciał ściąć drzewo. Nie rozumiał, że jest to kluczowy dowód w sprawie o okrutne morderstwo. Bezpośrednia styczność z takimi sprawami powoduje, że człowieka już niewiele jest w stanie zdziwić. Tu nie ma „złotego środka” – nie da się ocenić, która płeć jest w stanie psychicznie wytrzymać więcej.

To kwestia znieczulenia się na pewne rzeczy?

Nie. W pracy śledczego jest miejsce na racjonalną empatię. Inaczej potraktujemy zabójcę, który dokonał tego czynu w imię uzyskania korzyści majątkowej, a inaczej takiego, który dokonał tego nieumyślnie, ze skutkiem śmiertelnym. W swojej pracy miałam taką sprawę: pewien chłopak wychowywał się w rodzinie, w której ojciec był alkoholikiem. Po spożyciu stawał się „damskim bokserem”i bił żonę. Pewnego razu syn będąc już prawie pełnoletni, widząc, co się dzieje, interweniował. Podczas awantury gwałtownie odepchnął ojca, a ten niefortunnie upadł wprost na kaloryfer. Zgon nastąpił na miejscu. W takich sprawach trzeba analizować przestępstwo z różnych stron, pod wieloma kątami. Chociaż ciężar gatunkowy jest ten sam, to jednak motywy i okoliczności całkiem inne. To właśnie ustala postępowanie przygotowawcze i tu trzeba być bardzo uważnym.

W 2006 roku komendant wojewódzki podkarpackiej policji reaktywował Wydział Dochodzeniowo-Śledczy w tutejszej Komendzie Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie. Zostałaś jego naczelniczką. Ale wcześniej zajmowałaś się też zwalczaniem przestępczości zorganizowanej pracując m.in w CBŚ.  Przecierałaś szlaki.

Tak. Byłam pierwszą kobietą w rzeszowskim „pezecie”, czyli Wydziale Przestępczości Zorganizowanej, jedną z trzech funkcjonariuszek w tutejszym Centralnym Biurze Śledczym i pierwszą naczelniczką Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego na Podkarpaciu. Początkowo nasz wydział liczył tylko 10 osób. To były czasy po zlikwidowaniu mafii pruszkowskiej. W latach 90. pracowałam w Wydziale do Walki z Przestępczością Zorganizowaną w Komendzie Głównej Policji w Rzeszowie, gdzie zajmowałam się m.in. zwalczaniem tego gangu. To były „grube” sprawy, dotyczące m.in. handlu żywym towarem, przemytu narkotyków i haraczy – w Rzeszowie „zdejmowaliśmy” ludzi powiązanych z Pruszkowem, którzy tutaj wyłudzali pieniądze. Dzięki naszej pracy za kratki trafił jeden z pruszkowskich mafiosów. Co ciekawe, to właśnie w tych trudnych czasach rozpoczął się exodus kobiet do policji. W 2000 roku ten wydział przekształcono w Centralne Biuro Śledcze Policji w Rzeszowie – elitarną jednostkę, w której pracowałam aż 11 lat. Gdy zaczynałam, to kobieta jako pracownik policji kojarzyła się raczej z osobą na stanowisku cywilnym. Na pewno nie ze śledczym. W tym obszarze kobiet nie było. Kiedy kończyłam swoją karierę, w 2016 roku moją funkcję – naczelnika również objęła policjantka, a panie stanowiły 30% kadry wojewódzkiej „dochodzeniówki”.

To widoczny postęp. Ale wtedy już brano pod uwagę, że kobieta po którą pod blok przyjeżdża policyjny radiowóz może być funkcjonariuszem policji?

Nawiązujesz do początków mojej pracy w policji dochodzeniowej, gdy byłam jeszcze bardzo młoda i nie było mnie stać na własne auto. Stąd, gdy wystąpiło jakieś nagłe zdarzenie i trzeba było szybko udać się na miejsce przestępstwa, to przyjeżdżał po mnie radiowóz. Ponieważ mieszkałam w bloku, na osiedlu kolejowym, wśród – ironicznie mówiąc – pensjonariuszy zakładów karnych i życzliwie obserwujących sąsiadek to właśnie przez ich ciekawość moja mama nieraz musiała wyjaśniać, dlaczego po mnie wciąż ta policja przyjeżdża i czy przypadkiem nie dołączyłam do owych „pensjonariuszy”. Sąsiedzi myśleli, że weszłam na jakąś drogę  przestępczą. A skoro już o tym moim osiedlu mowa, to zabawnie wyglądała moja pierwsza wizyta w areszcie śledczym. Stałam w pobliżu grupy więźniów, którzy wychodzili na spacerniak. Niespodziewanie, przechodząc obok zaczęli entuzjastycznie się ze mną witać. Towarzyszący mi kolega spojrzał na mnie pytająco. Odparłam, że przecież pochodzę z „tego” osiedla kolejowego. Aresztowani oczywiście nie mieli pojęcia, że jestem policjantką z „dochodzeniówki”. Zapewne szybko się dowiedzieli, bo podczas kolejnych wizyt w areszcie już się ze mną nie witali.

W 2007 roku zostałaś nagrodzona przez komendanta głównego za likwidację siatki pedofilskiej. Zwalczaniem pedofili zajmują się chyba częściej mężczyźni…

Tak, to prawda. Wynika to też pewnie ze stereotypowego przekonania o wątłej psychice kobiety, matki… Lecz jeżeli myślisz o tym w takich kategoriach, że ktoś wykorzystuje małoletniego w sposób okrutny i wiesz, że jeśli na styku „dziecko – dorosły” coś idzie źle to zawsze jest to wina dorosłego – to chcesz temu przeciwdziałać.  Moja praca miała na celu chronić nie tylko to dziecko, ale też kolejne, które mogłyby wpaść w sidła tego przestępcy. Wtedy w głowie tkwi taka uporczywa myśl, że nawet jeśli jesteś tylko w trybikiem w maszynie wymiaru sprawiedliwości – to chcesz dopaść tego pedofila.

Zajmując się takimi sprawami, nawet najsilniejsze charaktery nie zostawiają pracy w pracy.

Starałam, ale nie zawsze to wychodziło. Przenosiłam złe emocje do domu, a moi najbliżsi stawali się ich ofiarami. Niestety prawda jest taka, że nawet najlepszy śledczy zawsze jest o krok za przestępcą. To przecież przestępca powoduje zdarzenia, nad którymi my pracujemy i tylko on najlepiej zna swój sposób działania. Kojarzysz oscylator? To operacja finansowa wykorzystująca opóźnienie w rozliczeniach między bankami. Jest nielegalny. Został wymyślony przez przestępców, a policja dopiero po fakcie dowiedziała się, że powstał na potrzeby wyłudzeń pieniędzy. Tak samo przestępstwa internetowe i tzw. czarne strony Internetu. My musimy do tego dojść i znaleźć niepodważalne dowody, a to bywa wyczerpujące.

Dziś jesteś wykładowczynią na uczelni wyższej. Czego uczysz studentów?

Prowadzę zajęcia na temat oględzin miejsca zdarzenia. Studenci dowiadują się m.in. w jaki sposób zabezpieczyć ślady i jakie wnioski z tego wysnuć. Wykładam też „dokumentację kryminalistyczną”, gdzie korzystam ze swojego praktycznego doświadczenia zawodowego. Symulujemy przykładowo porwanie dla okupu i opowiadam studentom o sprawach, z którymi miałam styczność, a które zostały zakończone prawomocnym wyrokiem sądu.

Nie są zdziwieni, gdy na takie zajęcia przychodzi kobieta?

Że kobieta prowadzi takie zajęcia to nie dziwą się. Są natomiast, gdy mówię o tym, jakie funkcje w policji jako kobieta pełniłam.

Jak podaje rządowy serwis dane.gov.pl w 2021 roku w województwie podkarpackim w służbie kryminalnej pracowało prawie 230 funkcjonariuszek. Najwięcej, bo aż ponad 700 pracuje w stolicy, ponad 500 w garnizonie dolnośląskim, wielkopolskim i małopolskim. W sumie w krajowej policji pracowało ponad 16 000 funkcjonariuszek, w tym ponad 6 000 kobiet w służbie kryminalnej. W prewencji jest ich około 9 000.