Dałam sobą manipulować. Jak głupia gęś wchodziłam w zarośla

Dałam sobą manipulować. Jak głupia gęś wchodziłam w zarośla
Fot. Pixabay

Każdy umie powiedzieć coś istotnego, jeśli mu na czymś zależy. Każdy czasem albo jest zmanipulowany, albo poddaje się manipulacji. Niestety niektórzy mają do tego większe predyspozycje, jak się sami domyślacie mną świetnie wszyscy zawsze manipulowali, a ja, jak głupia gęś, wchodziłam w zarośla i zastanawiałam się, dlaczego znowu jestem po pas w wodzie, ale już tłumaczę Wam o co chodzi, opowiem Wam moją historię.

Od dziecka czułam, że każdy może wejść mi na głowę, bo wystarczyło się rozpłakać, bo wystarczyło powiedzieć, jaka jestem fantastyczna, albo zwyczajnie na mnie nakrzyczeć, a ja już poddawałam się, ogólnie mówiąc, manipulacji. Robili tak moi rodzice, moi dziadkowie, tak naprawdę to chyba początek tej całej historii, był właśnie wtedy. Moi rodzice i moi dziadkowie mieli na pieńku. Dziadkowie dużo wymagali od mojego ojca i nie potrafili zrozumieć, dlaczego ożenił się z taką kobietą jak moja matka, z taką, czyli biedną i bez wykształcenia. Rodzice bardzo się kochali, jednak kiedy się urodziłam, dziadkowie nie mogli odpuścić sobie kontaktów z dzieckiem. Nie bardzo chcieli mieć kontakt z rodzicami, dlatego mimo że mieszkaliśmy w tej samej miejscowości, często byłam podrzucana pod bramę jednych albo drugich. Wychodzili po mnie dziadkowie i taka sama procedura odbywała się przy oddaniu dziecka rodzicom. W domu słyszałam, jacy są dziadkowie: zaborczy, okrutni, niedobrzy. U dziadków słyszałam jacy są rodzice: naiwni, lekkomyślni, głupi. Kochałam ich wszystkich, ale nie byłam w stanie zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Z jednej strony buntowali mnie jedni, a z drugiej strony drudzy.

Bardzo szybko nauczyli się, że można manipulować małym dzieckiem. Pamiętam te wszystkie święta, te wszystkie urodziny, podwójne imprezy, podwójne wigilie, podwójne życie. Tak bardzo chciałam, żebyśmy usiedli w wigilię przy jednym stole, przecież tyle słyszałam w szkole, jak rodzina się jednoczy. Moja rodzina była okropna, tak jak te święta. Nienawidzę świąt do dziś.

Lata mijały, poznawałam różne osoby, przyjaciół, koleżanki i w końcu facetów. Wszyscy mną manipulowali, bo przecież ja nawet nie wiedziałam, kiedy to się działo. Koleżanka nagadywała na drugą. Często miałam wrażenie, że wystarczyło, że się rozpłakała, a ja już jej pomagałam, przecież w domu też tak było. Kiedy matka płakała, ja zawsze byłam po jej stronie, kiedy babcia płakała – byłam po jej. Jak można zrobić krzywdę małemu dziecku? Do dziś nie mają pojęcia, co zrobili.

Moment, kiedy dorosłam, to chwila gdy zrozumiałam, że w życiu liczy się coś więcej niż tylko bezinteresowne, ciągłe, manipulatorskie pomaganie. Napotykałam mężczyzn, którzy grali na moich uczuciach, bo ja mam złą rodzinę, bo moja matka jest zła, bo nie mam pieniędzy, bo może byś mi pomogła. Ciągle ktoś coś chciał, a ja słuchałam i łykałam. Przecież nie mogłabym mu nie pomóc, jest taki biedny, jest taki pozostawiony sam sobie, a ja jestem bohaterką, tą która będzie jednoczyć. Byłam głupia, naiwna, okrutna dla samej siebie.

Kolejni faceci to kolejne porażki mówili, że kochają, że chcą się mną opiekować. Prawda jest taka, że wykorzystywali, każdy po kolei, tylko na swój sposób. Jeden emocjonalnie, drugi finansowo, byłam bardzo nieszczęśliwa w każdym z tych związków i zupełnie nie rozumiałam, dlaczego tak się dzieje. Próbowałam powstrzymywać siebie przed kolejnymi porażkami życiowymi, stałam się zimna, bezuczuciowa. Kiedy słyszałam pytanie, czy tęsknię, miałam wrażenie, że pytają mnie o budowę głowicy jądrowej. Byłam zimna w środku, nie chciałam tęsknić, nie chciałam kochać, bo to raniło, a ja nie chciałam już więcej cierpieć. Nie chciałam, żeby ktoś mną manipulował, a uczucia to najlepsze pole do manipulacji, przecież jak się kocha to się nie myśli, nie racjonalizuje, nie bierze jeńców i nie ocenia strat, po prostu się jest i taką bezbronną, dobrą i naiwną można fantastycznie zmanipulować.

Głupie teksty, kiedy chciałam być w tym dla siebie, w tym związku, słyszałam: czuję się odtrącony, dlaczego ze mną nie chcesz być, dlaczego mnie nie kochasz, aż cisnęło mi się na usta, że chyba coś ci się pomyliło, bo to ty nie rozumiesz, że ja też tu jestem. Jednak dobra manipulacja w jego wykonaniu i było po jego. Przeżyłam tak wiele lat ciągle dla innych, ciągle z tyłu głowy słyszałam: przecież kto jak nie ty, przecież dajesz radę, jesteś inna niż wszystkie i brnęłam w to. Nie zaprzecza się takim słowom, cierpiałam i padałam na kolana, a oni mówili, że jestem silna. On mówił, że jestem silna, a ja go nienawidziłam każdego dnia bardziej, każdego dnia udawałam, że ma rację, a patrząc na niego – chciałam go udusić za to, że jest taki ślepy, taki zapatrzony, taki egoistyczny, w ogóle nie lepszy niż pozostali i taki sam jak moi rodzice i dziadkowie.

Stałam w tym błocie przez dekady, czuję się bezwartościowa pusta i czuję, że bagno, w którym stoję, pochłania mnie i brakuje mi powietrza i dalej słyszę, że przecież jest zajebiście i daję sobie świetnie radę. Nawet jak mówiłam, że jest mi źle słyszałam, że zmieniasz się na lepsze, widać w tobie uczucia, ale przecież jesteś silną kobietą, taką fantastyczną. Ja byłam taka słaba, tak się czułam bezsilnie. Nie umiałam podnieść głowy do góry i wykrzyczeć tego w twarz, chociaż miałam wrażenie, że krzyczę całą sobą, że chcę pomocy, że chcę wsparcia, że nie chcę twojego głupiego gadania. Umarłam w tym związku, nie widziałam sensu życia, byłam w życiu bez życia.

Kiedy pierwszy raz jechałam samochodem i dodając gazu, czułam ulgę, zrozumiałam, że dzieje się ze mną coś złego, że tak naprawdę nie chcę umrzeć, a mam wrażenie, że to jedyny sposób. Minęłam zakręt zwalniając, bałam się bólu i chyba nie chciałam ich skrzywdzić, ich nie siebie. Miałam kilka jeszcze takich wizji, kiedy łykam tabletki, kiedy upijam się do nieprzytomności. Bałam się, że się obudzę, a oni dalej mi powiedzą, że jestem silna i przecież to na pewno była pomyłka. Mam wrażenie, że całe moje życie to pomyłka. Pewnego dnia, na pewnym zakręcie, w pewnym aucie, po prostu rozbiłam się. Skoro to piszę – to przeżyłam i zrozumiałam i to słusznie, że to była gra niewarta świeczki, że ja chcę żyć.

Tylko inaczej, tylko ci ludzie uczą się na błędach, którzy rozumieją, gdzie te błędy popełniają. Ja popełniłam milion razy ten sam błąd, pozwoliłam, by inni żyli za mnie. Mówiąc mi te wszystkie głupoty stworzyli kogoś, kim nigdy nie chciałam być. Zimnym, karzącym ciągle siebie człowiekiem, zdolnym przenieść góry dla innych, jednak nieumiejącym podnieść kamienia dla siebie. Tak bardzo raniłam siebie, że nawet nie zauważyłam, jak słowa: dajesz radę – mnie zabijają. Dziś wiem, że moje życie jest moje, na dodatek jest bardzo cenne, ale niosąc bagaż doświadczeń, uczę się powoli jak żyć, jak żyć, żeby żyć, a nie żeby w życiu umierać.

Paulina Oleśkiewicz — kobieta nieszablonowa, szukająca swojej drogi i samej siebie. Zakładała firmy i je traciła, otarła się o wojsko, pracowała na budowie, cały czas największą przyjemność sprawiało jej słuchanie ludzi. I tak dotarła do miejsca, w którym jest teraz — realizuje się w life coachingu, ale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Z powodzeniem pisze i nadal szuka. Przedstawione historie są historiami ludzi, z którymi w swojej pracy i życiu się spotkała.