Jestem szalona

Jestem szalona
Topielec, pixabay.pl

Komisarz Renata Zamojska nie znosiła wody. W jedynych koszmarach sennych, jakie jej się przytrafiały, zawsze tonęła. Głębia wciągała ją swa tajemniczą, mroczną siłą, a światło słoneczne nad głową blakło, aż całkiem znikało. Oczywistym więc było, że nie przepadała także za topielcami. A tu się taki właśnie trafił.

Okolica była absolutnie wyjątkowa. Kompletna głusza, lasy, mokradła, a pośród nich wielkie jezioro. Po niebie krążyły w stadach ptaki, a przyroda niezagłuszona miejskim gwarem dawała o sobie znać odgłosami, których policjantka nie była w stanie zidentyfikować.

Jej gumowce były chyba o dwa numery na nią duże, a gąbczaste podłoże, po którym się poruszała, zasysało co rusz jeden z butów, więc musiała się bardzo starać, żeby za którymś razem nie zostać w samej skarpetce.

- Ale miejsce – powiedziała trochę z podziwem, a trochę z przerażeniem do szefa techników, który wyszedł jej naprzeciw.

- No tak – potwierdziła mężczyzna, uśmiechając się. – Trochę koniec świata.

- I co my tu mamy? - spytała Zamojska. - Jakaś zagadka?

- Sama pani zaraz zobaczy – odparł szef techników.

Na miejscu było jeszcze kilka osób: dwóch mundurowych, dwóch techników w swoich charakterystycznych niebieskich kombinezonach, a w niewielkim oddaleniu od nich stał ubrany na zielono mężczyzna z przewieszoną przez plecy myśliwską strzelbą, trzymając na smyczy dużego brązowego psa.

- To on znalazł zwłoki – powiedział szef techników, wskazując na myśliwego.

Ten musiał usłyszeć to zdanie, bo odezwał się od razu do komisarz Zamojskiej:

- Nie ja tylko Retro, mój wyżeł. Zestrzeliłem tu kaczkę, spadła w  szuwary i wysłałem po nią psa. Nie wrócił, tylko zaczął szczekać, no, to od razu wiedziałem, że znalazł coś niezwykłego. Ale tego się nie spodziewałem...

Zamojska kiwnęła głową, dziękując za relację i zwróciła się w kierunku, gdzie na kępie traw zauważyła czarny worek skrywający zwłoki.

- Pływał przy samym brzegu na tej płyciźnie – zaczął mówić szef techników, kiedy komisarz pochyliła się nad workiem i rozsunęła suwak.

- O kurczę, ale numer – powiedziała, kiedy zobaczyła ciało. Jeszcze raz rozejrzała się po okolicy, jakby chciała się upewnić, że na pewno jest tu, gdzie jest. - Skąd on tu się wziął w tym garniturze? Wygląda jakby urwał się z jakiejś imprezy. Długo tu leży?

- Nie, co najwyżej kilka godzin – odpowiedział szef techników. - Nie miał przy sobie żadnych dokumentów. Komórki też nie. Na nogach lakierki. Nie miałby szans tu w nich dotrzeć…

Zamojska pomyślała o swojej walce o uratowanie gumowców i uśmiechnęła się do siebie.

- Czy tu w okolicy coś jest? Jakaś restauracja, hotel, miejsce, w którym można by zorganizować imprezę  - spytała na tyle głośno, żeby usłyszał to także myśliwy.

On zresztą pytanie wziął od razu do siebie.

- Ale skąd, pani komisarz – zaczął, poprawiając swój myśliwski kapelusz. - W promieniu kilkunastu kilometrów nic takiego nie ma. To rezerwat, obszar Natura 2000, tu na tym jeziorze nawet motorówką pływać nie wolno. Tu tylko my myśliwi, no i wędkarze bywają. Teren ogromny, czasami cały dzień tu jesteśmy z Retro i żywego ducha nie spotkamy.

Pies wpatrzony w swego przemawiającego pana szczeknął, jakby chciał potwierdzić jego słowa.

- No to skąd się tu wziął? - spytała komisarz Zamojska. - Może ktoś go tu przywiózł i wrzucił do jeziora? Wiemy już właściwie jak umarł? Utonął tu, czy stało się to gdzieś wcześniej?

Szef techników wzruszył ramionami.

- Z ostatecznymi wnioskami musimy zaczekać na sekcję – powiedział. - Wstępne oględziny wykazały podejrzane ślady na szyi. Jakby ktoś zacisnął mu tam pętlę. Ale nie jestem pewien, czy to było powodem śmierci.

- Więc może jest tak, jak mówiłam? Ktoś go udusił, a potem dostarczył tu zwłoki. Może wiedział, że to totalne odludzie. Gdyby nie ten pies, ofiara mogłaby się odnaleźć za kilka miesięcy albo w ogóle.

Zwróciła się do mundurowych policjantów:

- Idźcie w obu kierunkach wzdłuż brzegu. Może są tu jeszcze jakieś ślady? Jakoś go tu przecież przywieziono. Rozglądajcie się uważnie za wszystkim, co podejrzane i dawajcie znać.

Komisarz Renata Zamojska stanęła na brzegu jeziora i spojrzała na ciemną taflę wody.

- Głęboko tu? - pytanie znowu skierowane było wyraźnie do myśliwego.

- Oj tak, pani komisarz. W niektórych miejscach podobno do 15 metrów.

Zamojskiej znowu przypomniał się jeden z jej koszmarów i po plecach przeszedł jej dreszcz.

- Co pani o tym sądzi? – szef techników stanął obok niej i też wpatrywał się w wodę.

- Myślę, że to będzie cholernie długie śledztwo – odpowiedziała policjantka.

Wtedy wrócił z rekonesansu jeden z policjantów. Wyraźnie się spieszył, był zasapany i trochę trwało, zanim odzyskał oddech.

Wskazał ręką na prawo.

- Tam, tam… - zaczął. - Na drzewie. Nad samym jeziorem wisi… spadochron. Zaplątany w gałęzie.

***

Na przeciw komisarz Renaty Zamojskiej siedziała kobieta w bieli.

Gruby makijaż rozmazał jej się dramatycznie pod działaniem łez obficie spływających po policzkach.

Suknia ślubna była w kilku miejscach zabrudzona i poszarpana. Kobieta trzymała przed sobą zaciśnięte pięści i głośno łkała.

Policjantka podała jej opakowanie papierowych chusteczek.

- Pani mąż spadł na drzewo - powiedziała. - Spadochron zaplątał się w gałęzie. Sądzimy, że stało się to tak nieszczęśliwie, że jakaś linka owinęła mu się wokół szyi. Udało mu się jakoś oswobodzić, ale spadł z kilku metrów do wody. Trudno powiedzieć, dlaczego się nie wyratował. Może był nieprzytomny kiedy spadał albo coś jeszcze stało się w wodzie… Prąd w jeziorze zniósł go wzdłuż brzegu, sto metrów dalej. Tam znaleziono ciało pani męża.

Kobieta wybuchła głośnym płaczem.

- Ale właśnie, że nie – krzyczała łkając. - Nie! Nie mąż! Jeszcze nie mąż, rozumie pani? Ślub miał być dopiero na dole, po wylądowaniu. Na takiej dużej polanie. Wybraliśmy to miejsce, bo jest widoczne z dużej wysokości i łatwo tam wylądować. Skoczyliśmy w niewielkich odstępach, najpierw on, potem ja. Na początku go widziałam, a potem gdzieś mi zniknął. Zobaczyłam dopiero jego spadochron, jak się otworzył. Był daleko, zupełnie nie tam, gdzie powinien. Musiało go znieść albo popełnił błąd. Boże! Mówiłam mu, że to głupi pomysł, ale on się uparł… I nie mąż, rozumie pani? Nie zdążyliśmy… Boże, dlaczego się na to zgodziłam.

Zamojska nie wiedziała co powiedzieć.

- Przykro mi – odezwała się wreszcie. - Trochę panią rozumiem. Mój były mąż też miał szalone pomysły. Trudno się żyje z takimi wariatami.

Kobieta przestała nagle płakać. Patrzyła na policjantkę, jakby próbowała zrozumieć, co ta teraz do nie powiedziała.

- Ale to nie było tak – powiedziała już spokojnie. - Staś to nie był żaden wariat, proszę pani. Wręcz przeciwnie, to raczej safanduła, bardzo łagodny człowiek. Ale właśnie dlatego wymyślił, że ślub taki właśnie będzie. Wyjątkowy, zwariowany. Sam wszystko przygotował, zapłacił. W tajemnicy przede mną zrobił kurs i kilka razy skoczył. To miała być dla mnie niespodzianka. Ja skaczę od piętnastu lat. To moja pasja. A on… On to zrobił z miłości. Bo wie pani, to ja jestem szalona.