Każdy z nas miewa ten moment z końcem roku, w którym chce schudnąć

Każdy z nas miewa ten moment z końcem roku... 79c841e48bef1d9f68290d33

Każdy z nas miewa ten moment z końcem roku, w którym chce schudnąć, zmienić pracę, znaleźć partnera, zmienić swoje życie. Tylko pytanie… ile tych końców roku musimy przeżyć, żeby coś zmienić?

Ile razy musimy sobie coś obiecywać, mieć wizję tego, co chcemy zrobić, ale nie umiemy się do tego sami przekonać? Każdego roku na miesiąc przed świętami, mówiłam sobie: to będą inne święta. Mówiłam sobie, że zmienię siebie i powtarzałam to od przynajmniej 20 lat, jednak za każdym razem 3 stycznia zaczynam swoją opowieść od początku, z niezmienionym scenariuszem. Większość z nas nie zastanawia się nigdy, ile ma przed sobą tych 3 stycznia albo, co gorsza, nie zastanawia się, czy zawsze będziemy mieć możliwość wyboru, czy chcemy podjąć wyzwanie, czy nie... zawsze znajdziemy sobie godne usprawiedliwianie, dlaczego.

Pakowałam ostatnie walizki, wyglądałam przez okno, a śnieg zasypywał ulice. Wiał wiatr, jak to zawsze o tej porze w Danii. Było naprawdę zimno, co akurat nie zgadzało się z tym, co dzieje się każdego roku. Moja Dania to dwie pory roku, zimna wiosna i ciepła wiosna, nie ma nic poza tym. Jednak tym razem było inaczej, przyszła zima i przyszedł wraz z nią nastrój refleksyjny. Dopakowałam ostatnią, najmniejszą z walizek i zrobiłam sobie kawę. Jednak dalej patrząc w okno, uzmysłowiłam sobie, że nigdy nie wychodziłam na spacer w taką pogodę, nie było chęci i nie było czasu. Założyłam kurtkę, czapkę i zamknęłam drzwi. Już na klatce schodowej czułam, że to nie jest najlepszy pomysł. Spojrzałam na zegarek, pomimo wczesnej pory, było już ciemno, światło latarni i padający śnieg zaczarowały tę noc. Przechadzając się ulicami, nie spotkałam nikogo, każdy zaskoczony pogodą wygrzewał się w domu. Idąc, marzłam coraz bardziej, ale widoki oświetlonego miasta rekompensowały chłód. Nagle zadzwonił telefon, odebrałam go odruchowo, powiedziałam kilka zdań po polsku i szybkim ruchem schowałam dłoń w kieszeni. W tym samym momencie usłyszałam głos zza pleców. Pani z Polski? – obróciłam się ze zdziwieniem. Spojrzałam na kobietę ubraną bardzo ciepło i starannie i odpowiedziałam: Tak, z Polski, miło mi. Nawet Pani nie wie, jak mi miło usłyszeć ten język, na dodatek po 45 latach dalej go zrozumieć. Posmutniała i otarła łzy kawałkiem materiału, który miała w kieszeni. Widzi Pani, ja nie chciałam ani przestraszyć, ani przeszkadzać, ale ten moment w roku boli najbardziej. Kiedy się tęskni, kiedy całe życie żyło się w przekonaniu, że się wróci, ale na początku nie było  powodu, potem sensu i na końcu siły. Kobieta mówiła wolno i ciężko łapała powietrze. Ja stałam i patrzyłam na nią, łzy cisnęły mi się do oczu. I jedyne co potrafiłam z siebie wykrzesać to: Może ma Pani ochotę na herbatę ze mną? Kochane dziecko, niestety spieszę się, muszę wracać do domu, ale jeśli masz ochotę możesz mnie odprowadzić, będzie mi bardzo miło. Będzie to muzyka dla moich uszu posłuchać polskiego. Skinieniem głowy oznajmiłam, że nie mam nic przeciwko. 45 lat to bardzo długo, musi Pani czuć się jak w domu – zapytałam i spojrzałam na starszą panią. Moje dziecko, dom jest tam, gdzie serce, gdzie jest spokojne, a głowa może wyłączyć myślenie. To miejsce gdzie patrzysz przez okno, wzdychasz i myślisz: jak mi jest dobrze. Od tylu lat nie westchnęłam ani razu. Jestem już stara, schorowana i wiem jedno, już nigdy nie będę miała szansy westchnąć. Ten kraj to nie dom, to miejsce, które pomogło mi przeżyć i przetrwać, kiedy w moim kochanym kraju było źle. Dziś wiem, nie mam domu, dom został tam, gdzie ostatni raz tuliła mnie mamusia przed wyjazdem. Dom został tam, gdzie tatuś dawał mi chleb z masłem, dom został w moim sercu i mojej pamięci. Mój mąż nie żyje, nie mieliśmy dzieci, jestem tutaj sama. Przed każdymi świętami siedzieliśmy razem i obiecywaliśmy sobie, że to ostatnie święta w Danii, to ostatni rok pracy na „wygnaniu”. Odłożymy i wrócimy... Każdy rok był tym ostatnim i każde samotne święta były tymi ostatnimi. Kobieta mówiła, ja słuchałam i wycierałam łzy, nie przerywałam, serce chciało mi pęknąć na miliony kawałków i pękało powoli, każde jej słowo, każdy zachwiany oddech, każda jej łza były jak wielki młot, który rozbija moja serce. Spojrzałam na nią i zadałam pytanie, które może było nie ma miejscu, może było pozbawione taktu, ale ja musiałam wiedzieć. Dlaczego państwo nie wrócili? Kobieta zatrzymała się spojrzała na mnie i dodała: bo nigdy nie było dobrego momentu. Obie wiemy, że jeśli coś jest trudne, to często w naszej głowie przechodzi z etapu trudne do etapu… „niemożliwe”. I u nas też tak było, baliśmy się tego, co nas czeka. Lata mijały, moja mamusia i tatuś zmarli, siostra wyjechała na drugi koniec Polski, z każdym rokiem powrót stawał się mniej dla naszej głowy możliwy. Ja się bałam, mój małżonek chyba nawet nie chciał. Kiedy zmarł, uświadomiłam sobie coś jeszcze gorszego, że ja nie mam już czasu na planowanie zmian, a co dopiero samą zmianę. Dziś widzisz 200 metrów to ogromna próba, a co dopiero 1500 km. Dziś nie ma do czego wracać. Spojrzałam na tę kobietę, potem na miasto, biały puch zasypał już nasze ślady. Miałam wrażenie, że robiło się coraz zimniej. To co by pani zrobiła? Spojrzałam na nią... Co by pani zrobiła, gdyby miała pani jeszcze jedną szansę, wróciłaby pani czy została? Kobieta spojrzała na mnie, uśmiechnęła się, pokiwała głową i powiedziała: nie dam Ci moje dziecko gotowej odpowiedzi, widzę w twoich oczach, że czekasz na nią. Moje decyzje, to moja walizka, twoje decyzje, twoja walizka. Problem jest taki, że moja już jest spakowana i zamknięta, do niej nic już nie włożę. Ty pakujesz swoją każdego dnia, każdy dzień daje Ci nowe możliwości. Musisz pamiętać jednak, że nie ma walizek na świecie, które nie mają dna. Twoja kiedyś też będzie pełna i teraz pytanie do ciebie: jak chcesz mieć ją zapakowaną? Kobieta westchnęła spojrzała na niebo i powiedziała: mieszkam za zakrętem, dziękuję ci, za ten spacer. Dziękuję za coś więcej, za twój czas. Czas to największy skarb każdego człowieka, a tak łatwo o tym zapominamy, marnując go na niewłaściwe miejsca, niewłaściwych ludzi i niewłaściwe podejście. Dziękuję Ci kochane dziecko. Dziękuję – odpowiedziałam. Było mi zimno, a w klatce palił mnie ogień, oczy i nos piekły mnie od ciągłego wycierania chusteczką. Odwróciłam się i poszłam w stronę mojego mieszkania. Telefon dzwonił, samochody mijały mnie, nawet kilka osób przechodziło, spieszyło się bardzo, rozmawiali ze sobą lub w milczeniu mnie mijali. Ja jednak miałam w głowie jedną myśl: tracimy czas na niewłaściwe miejsca, ludzi, podejście. Jak ja dużo czasu straciłam na to wszystko, co niewłaściwe. Odkładając wszystko na kolejny dzień, miesiąc, rok. Jak wiele miało się zmienić z nowym kolejnym rokiem, a nie działo się nic. Wbiegłam po schodach do mieszkania, ściągnęłam kurtkę i buty. Wypiłam ciepłą herbatę i patrząc na walizki, cieszyłam się, że w końcu jadę do miejsca, w którym będę mogło westchnąć i pomyśleć jak mi dobrze.

Święta i Nowy Rok to moment, kiedy masz milion planów, marzeń nadziei. To czas refleksji, ale nie jest to czas ciągłych planów, które nie zostaną zrealizowane. To nie jest tak, że jak sobie coś wymyślisz, to czas świąteczny zrobi to za Ciebie. Nie plany, a realizacja jest najważniejsza. Miejmy świadomość, że nigdy nie będzie lepszy moment, nie czekajmy. Pewnego dnia życie zweryfikuje nas i nasze życie. Może okazać się wtedy, że nie będzie już ani czasu ani możliwości, nasza walizka będzie już pełna i złośliwy los zasunie w niej zamek, a nam przyjdzie tylko się z tym zmierzyć i w końcowej fazie zaakceptować. Akceptacja, czyli uznanie tego, jak jest, może być dla nas najtrudniejsza. Przyzwyczailiśmy się do tego przez całe nasze życie, że mamy wybór: albo coś zrobimy, albo nie zrobimy. Nie odkładaj tego, co chcesz zrobić, pewnego dnia nie będziesz mieć już wyboru.

Paulina Oleśkiewicz