Królowie życia

Królowie życia

Trzech kumpli z jednej łajby. Gienek, Marian i Andrzej. Dwóch na wózkach, jeden o kulach. Śmieją się, że we trzech mają jedną nogę. Może i są niepełnosprawni, ale doprawdy chęć życia funkcjonuje u nich bez zarzutu.

Ekipa

Eugeniusz: Ten kolega, Andrzejek, to jest najważniejsza osoba, bo to jest nasz kapitan – sternik, no, a kapitan na jachcie to jest najważniejsza osoba. To co on powie, to jest rzecz święta. Natomiast my jesteśmy załogantami. Marian, tzw. „szotowy”, a ja jestem od czarnej roboty, do wszystkiego, wszystko co mi każą, robię.

Andrzej: Nigdy tak nie jest, żeby ktoś na łódce nie mógł olinowania przygotować. Jest taka międzynarodowa punktacja. Nie może załoga na łódce przekroczyć czternastu punktów. Bo jakby na przykład byli z protezami, to by byli całkiem sprawni, nie? A później na przykład trzech na wózkach... To ani balastu, ani nic, więc to było niesprawiedliwe. Dlatego na zawodach regatowych wymyślili punktację. Dla sprawiedliwości, można powiedzieć. Żeby po prostu wszystkie czynności na jachcie potrafiła załoga wykonać i nie miała przekroczonych tych czternastu punktów. Tak więc na przykład my razem we trójkę mamy punktów dwanaście, licząc nasz stopień niepełnosprawności.

Początek

Marian: Jak to się zaczęło? To wszystko przez niego, przez Andrzeja. My się wcześniej już znaliśmy. W takim stowarzyszeniu ludzi niepełnosprawnych wszyscy byliśmy członkami. Tam się poznaliśmy. Kolega już miał uprawnienia sternika, no i po prostu nie miał załogi tutaj, w pobliżu.

Eugeniusz: Bo on miał załogę, ale jeden z Krakowa, drugi z Zakopanego, no i trudno im się było zebrać. No i tak nas namówił na to, żebyśmy pływali razem. Teraz jesteśmy wszyscy z Jastrzębia. Razem wyjeżdżamy na zawody, gdziekolwiek one są. Jedne są w Rybniku, najczęściej jednak w Giżycku. A do Giżycka jest około 600 km, to sama podróż jest dosyć droga. Wszyscy mamy samochody, ale wyjeżdżamy jednym. Pakujemy wszystko. Te dwa wózki... bo kolega też na wózku, on jest obustronny amputant, tu kolega po wypadku na kopalni od pasa w dół niesprawny, a ja, jak widać, też amputant. Także zawsze sobie żartujemy, że we trójkę mamy jedną sprawną nogę.

Marian: No i tak już od 1999 roku pływamy razem, a to są wszystkie nasze trofea na tych półkach...

Andrzej: Ja w ogóle zacząłem pływać jako osoba niepełnosprawna. Jako pełnosprawny zrobiłem tyko patent i koniec. Urodziłem się w górach, w Istebnej... gdzie ja tam o łódce myślałem? W szkole górniczej dopiero, tutaj, na Śląsku, zrobiłem patent. Dzięki mojemu profesorowi, który mnie namówił w ogóle na to. Mówił: „Ja cię, Góralu, nauczę pływać”. No i tak zrobiłem patent. A później długo, długo nic... dwadzieścia lat nic, później wypadek... I dowiedziałem się, że niepełnosprawni też żeglują.

Mistrzowie

Marian: Widzi Pani, tu na tym filmie... To Grecja, Świątynia Posejdona. Na wózkach tam wjechaliśmy... Uczestniczyliśmy dwukrotnie w Mistrzostwach Świata Żeglarzy Niepełnosprawnych. Byliśmy Mistrzami Polski przez dwa lata, w tym roku jesteśmy vice mistrzami. No i tak w czołówce jesteśmy, od czterech lat. No, policzmy... Tamten puchar, ten globus taki, może go Pani zdjąć... To jest puchar z pełnosprawnymi, Gdynia Sailing Days na morzu, w największej klasie jaka może być... Razem tych pucharów będzie około czterdziestu...

Eugeniusz: Często bywa tak, że dają tylko jeden puchar na załogę, ale zdarza się że dawali trzy. Jak są trzy puchary, to mamy po jednym dla każdego z nas. Natomiast jak jest tylko jeden, to on zawsze zostaje u sternika. Jest takie niepisane prawo i my po prostu przestrzegamy tego prawa. Głównie pływamy w regatach... nie wszyscy pływają regatowo. Pływają na rejsy. Tydzień czy dwa po Mazurach, czy gdziekolwiek, nawet wiem, że za granicę czasami wypływają. Rejs to jest takie byczenie się... od tawerny do tawerny, łowienie ryb... A na regatach jest obowiązek. Musisz tyle i tyle płynąć, jak najszybciej. Na rejsie płynę gdzie mi się podoba, nigdzie mi się nie spieszy. Czytam gazetę: „O, w Węgorzewie są szanty”, no to płynę do Węgorzewa... Więc pod tym względem nazywam to byczeniem, bo to są rekreacyjne po prostu rejsy. A rejs rekreacyjny później źle wpływa na regaty. Człowiek się rozleniwia. Przestawiają się nawyki. Jak dwa tygodnie się pływa luźno, to później nie pilnuje się tak dokładnie żagli... a żagiel musi być idealnie wybrany. A tak, to on sobie tam luźno lata jak na rejsie.

Pływać każdy może...

Andrzej: Zabawne jest pasowanie na żeglarza. To jest taka ceremonia: kursant musi się oprzeć o łódkę i szef mu pagajem przywala...

Marian: Dostaje patent i jest chrzczenie. I musi trzymać patent w zębach i nie może wypuścić! Jak wypuści, to jeszcze raz będzie! A jednemu jak przyłożył ten szef, to pagaj pękł!

Eugeniusz: W zeszłym roku była taka sytuacja, że niepełnosprawni kursanci, którzy patent dopiero robili, człowieka uratowali... Wyciągnęli z wody żywego jeszcze, ale niewiele brakowało, a utopiłby się. Akurat mieli kurs. Podpłynęli, a tu łódka płynie sama. A człowiek w wodzie już praktycznie kurczowo się trzymał, nie miał siły wejść do góry. A zimno wtedy było jak pieron. Dostali oni wtedy nawet jakąś nagrodę od WOPR-u.

Andrzej: O, albo na przykład raz z niewidomym pływałem. Ja z nim pływałem i nie wiedziałem, że on jest niewidomy, wyobraża pani sobie?? To było na Festiwalu Sportów Wodnych w Giżycku. Tam trzysta, czterysta osób, młodzieży niepełnosprawnej, zwożą. No i później ci, którzy mają patenty, czyli mają uprawnienia do sterowania jachtem, biorą na swój pokład dwóch, trzech, czterech, w zależności od tego, ile może być osób na jachcie i po prostu pływają z nimi, pokazują, opowiadają.

Eugeniusz: Takich całkiem zielonych i świeżych. Takich kandydatów powiedzmy na żeglarzy.

Andrzej: Tak jak taki jeden Krzysiu. Powiedział, że w Internecie wyczytał, że będzie festiwal. A rodzice piętnaście lat go w domu trzymali. To jak powiedział, że idzie na wodę, to tak się trzęśli ze strachu, co to będzie... A jak przyjechali tam do Giżycka, to nie mogli się nachwalić, jak niepełnosprawny może weekend spędzić. A tak to zawsze pod kluczem... Wszystkie dzieci, takie do dwunastu lat... Ani jednego dziecka tam takiego nie ma! Rodzice ich trzymają zamkniętych w domu, a jest ich masa! A są zastrzeżone dane osobowe i nie dowiesz się, gdzie taki człowiek jest, żeby mu doradzić... W Jastrzębiu też jest mnóstwo ludzi niepełnosprawnych, ale nie ma dojścia do kogoś takiego, kto by chciał pływać. Nie wiemy, gdzie oni mieszkają...

Eugeniusz: Ten Festiwal Sportów Wodnych odbywa się zaraz po Mistrzostwach Polski Żeglarzy Niepełnosprawnych. Zawody zaczynają się w poniedziałek, trwają do czwartku, a piątek sobota i niedziela, jak się skończą mistrzostwa, to zaraz jest Festiwal Sportów Wodnych.

Marian: Celowo i świadomie tak to ustawiają, żeby nie jeździć dwa razy, tylko jak już jesteśmy tam, to trzeba wykorzystać sterników, bo my na przykład w załodze wszyscy mamy patenty, potem jak się rozdzielimy na trzy jachty, to sporo osób możemy zabrać ze sobą na łódkę...

Eugeniusz: Żeglarzy niepełnosprawnych nie poznaje się na wodzie, bo tam tej niepełnosprawności nie widać. Dopiero kiedy dopływamy do portu, to zawsze znajdzie się dobra dusza, która cumę odbierze... I na brzegu widać. Na wodzie naprawdę nie widać niepełnosprawności. Tam po prostu nie można być niepełnosprawnym. Mówię pod kątem żeglarskim. Bo czy ktoś jest sprawny fizycznie, czy nie, to nie ma znaczenia. Trzeba być sprawnym na wodzie i robotę na łódce wykonać. A że akurat czasami lepszym jest niepełnosprawny... To już trudno, no, niestety tak jest, to jest żeglarstwo! Chociaż i nam zdarzyło się, że niektórzy z nas byli już cali mokrzy... Raz to nawet przed samą metą na zawodach wypadłem... Ale było śmiechu... No, bo oni mnie wciągać musieli, bo by nas zdyskwalifikowali... Bo przecież łódka musi minąć metę z kompletną załogą!

Marian: Ale raz paru kursantów zrezygnowało... Taka burza była w Rajgrodzie... To potem powiedzieli, że już na łódkę nie wsiądą... No, ale wtedy wiało naprawdę porządnie.

Eugeniusz: Czasami to jest dosłownie walka o przetrwanie... płynęliśmy kiedyś we trójkę, to był taki rekreacyjny rejs, na Niegocinie w Giżycku i płynęła za nami druga łódka. I tam jest taka wyspa kormoranów, przesiadują po prostu często kormorany na tym jeziorze. I zauważyliśmy, że tam zza tej wyspy niebo robi się takie inne i widać ścianę deszczu. Sternik nie zaspał, mówi, "zrzucać żagle, odpalać katarynę, czyli silnik i na silniku płyniemy do tej wyspy, szybko!" Z tamtej strony idzie ulewa, to my ustawiamy się akurat z drugiej strony... trzeba było rzucić kotwicę z jednej strony, żeby trzymało od rufy i oczywiście przycumować się do drzewa, gdzieś do tej wyspy. Teraz tak... koledzy nie wyskoczą, no to ja, na tej jednej nodze wyskoczyłem. Jakoś przywiązałem tę linę, mocno starałem się do tego drzewa przymocować, no i ledwo zdążyłem do tej łajby wskoczyć, a tu już wieje i leje! Ale to lało tak, jakby wiadrami kto z nieba lał. Proszę sobie wyobrazić, że w tym momencie jak to do nas przyszło, wiatr odwrócił się co najmniej o 180 stopni, czyli zmienił kierunek. My byliśmy skryci dosłownie za tą wyspą, żeby wyspa przytrzymała ten wiatr, tymczasem okazało się, że dmucha na nas i ciśnie tę łódkę na wyspę, na bok. Gdybyśmy nie byli bardzo mocno przywiązani i zacumowani i trzymani przez tę kotwicę, po prostu łódka uległaby uszkodzeniu. Ale ponieważ to wszystko trzymało, więc jakoś tam przetrwaliśmy. Ale kolega, który za nami płynął, nie zdążył. Rzuciło łódką na kamienie i miecz cały był skrzywiony, nie do jazdy. Musieli po niego przyjechać, zholować go, bo po prostu uszkodził ten miecz.

Wyjść ze skorupy

Eugeniusz: Jakby pani była gdzieś z nami, powiedzmy, na regatach na przykład, czy na rejsie i jesteśmy, obojętne, czy w Giżycku, czy gdzieś indziej i jest tam dyskoteka, zobaczyłaby pani tych dwóch, jak oni tańczą na tych wózkach... Niejednokrotnie sensację wzbudzają. Ludzie przychodzą i patrzą. A oni po prostu to lubią. Potrafią i lubią. I też można powiedzieć, że trudno by im było, a oni potrafią się bawić. Nawet z siebie się pośmiać. Andrzej przez kilka lat tańczył tylko na protezach z żoną, to musiała go trzymać, żeby się nie wywalił. Dopiero kiedyś na jakiejś zabawie zobaczył, że na wózku to tak lekko idzie, od tego czasu już tylko na wózku tańczy. Nie będzie się męczył na tych protezach.

Marian: Chociaż nie, jak byliśmy w Sztynorcie... tańcowałem najpierw na wózku, bo to była taka fajna zabawa na zakończenie zawodów. Ale na podeście były dziury i dużo ludzi, więc na wózku nie dało rady. No to poszedłem, ubrałem protezy, wróciłem i wywijałem, że hej! Tak zaglądali, „No, niemożliwe, jak to tak, dopiero na wózku, teraz na protezach”.

Eugeniusz: Sami niepełnosprawni mają ogromne opory, żeby otworzyć się, żeby wyjść ze skorupy, jak ten ślimak na zewnątrz. Ja to potrafię ocenić, bo znam to z własnego doświadczenia, wiem jak to było. Też uległem wypadkowi na kopalni i później, jak człowiek miał wyjść na ulicę i pokazać się o kulach, bez tej nogi jednej, to mu się wydawało, że wszyscy będą świdrować go oczyma, że będą tylko i wyłącznie na mnie patrzeć, chociaż jeszcze dzisiaj zdarza się, że idę, a jakieś dziecko woła: „O, pan bez nogi!” Ale dzisiaj już jestem uodporniony na to. A wiele osób niepełnosprawnych zamyka się, nie mogą się przełamać. Jeżeli mają rodziców, którzy nie potrafią albo nie chcą pomóc, to powinni skorzystać z pomocy psychologa! Ale z tego też nie korzystają i nieświadomie robią krzywdę własnemu dziecku. A przecież trzeba... można by tak powiedzieć... płynąć przez życie, na pełnych żaglach... nawet pomimo niepełnosprawności.