Memento mori

Memento mori

Komisarz Renata Zamojska stała w ciemnościach i wsłuchiwała się w niesamowitą ciszę, która ją otaczała, przywierała do niej jak pajęcza sieć i przez skórę przenikała do wnętrza. Tylko cmentarny mrok tak działa, jest taki przejmujący i bezwzględny, pomyślała. Tworzą z ciszą nierozłączną parę wspólników, gotową włamać się do każdej duszy.

*Prezentujemy opowiadanie Mariusza Koperskiego, pisarza, autora m.in. powieści "Amator zbrodni. Zakopiańska powieść kryminalna" oraz "Giełda milionerów". Pozostałe opowiadania: Wielka złość, Tylko kilka słów, Żadna zbrodnia, Nie lubię żółtego, Nigdy ci nie wybaczę, To ty bracie, Coś specjalnego, Z okna pociągu, Jestem cudotwórcą, Pokuta, Jesteś pan bohaterem, Układy.

Księżyc tej nocy nie dostał od chmur żadnej szansy na oświetlenie swym trupim blaskiem choćby konturów grobów składających się małomiasteczkową nekropolię. Bardziej się domyślała tych kształtów niż je naprawdę widziała. W ostateczności mogła poszatkować ciemność światłem latarki trzymanej w kieszeni, ale chodziło przecież o to, by jak najdłużej to możliwe nie zdradzać swojej obecności.

Postaci zbliżającej się do niej alejką od prawej strony też właściwie nie zobaczyła dokładnie, to było raczej tak, jakby ciemność w tym miejscu zafalowała, jakby coś nagle zaburzyło jej dotychczasową strukturę.

– Dziękuję, że pan przyszedł – powiedziała prawie szeptem. – Nie musiał pan przecież.

– Ależ nie ma sprawy, pani komisarz – odpowiedział także ściszonym głosem szef techników. – Uwielbiam cmentarze.

– Żartuje pan, prawda?

– Bynajmniej. Lubię je naprawdę, ale tylko te stare, z figurami aniołów i krzyżami wyglądającymi jak skamieliny drzew. Z wielkimi rodzinnymi grobowcami i neogotyckimi kaplicami. Te nowsze z grobami z lastryko i chińskiego marmuru już mnie tak nie biorą.

Zamojska zaśmiała się krótko, a potem, jakby sama przestraszona dźwiękiem, który wydała, zakryła sobie usta dłonią.

– Ja nie lubię cmentarzy w ogóle – powiedziała.

Naprawdę była mu wdzięczna, że przyszedł. To była jej teoria, że morderca i gwałciciel, który grasował po okolicy od kilku miesięcy, ukrywał się na którymś z cmentarzy w jednym ze starych grobowców.

– Sprawdzaj to sobie, jak chcesz, ale ja ci ludzi do tego nie dam, bo nie mam – oświadczył jej komendant.

Więc, chcąc nie chcąc, zabrała się za to sama.

– Myśli pan, że to ma sens?– spytała szefa techników, stawiając kołnierz płaszcza. – Dowodów na to nie ma żadnych, ale…

– Ale są te zeznania świadków, że na cmentarzach coś się dzieje. Wie pani, jak to jest z tymi, którzy chodzą na cmentarz codziennie. Zauważają każdy drobiazg, każdą anomalię. Coś jest więc na rzeczy. Na pewno.

Uśmiechnęła się do niego, choć w tych ciemnościach chyba tego nie zobaczył.

Zapadła cisza. Rozglądali się wokół, próbując przyzwyczaić oczy do mroku.

– A słyszała pani, że cesarz austriacki Józef II – odezwał się nagle szef techników – wprowadził w swoim czasie przepis o montowaniu dzwonków przy grobach? Dzwonek był połączony linką z trumną. i...

– Naprawdę? – spytała szczerze zdziwiona. – I czemu to miało służyć?

– Podobno cesarz chciał uchodzić za racjonalnego i oświeconego. Ktoś mu wmówił, że zdarza się przebudzenie zmarłego po śmierci i jego, niejako, powtórna śmierć z braku powietrza. Więc kazał opracować urządzenie, przy pomocy którego taki wybudzony zmarły da znać „tym na górze”, że żyje i trzeba go ratować.

– Wynalazek się raczej nie przyjął, co? – spytała z ironią w głosie Zamojska.

– Najwyraźniej nie zdarzyło się, żeby ktoś zadzwonił. Inaczej mielibyśmy je teraz przy każdym grobie.

– Z tych wszystkich cmentarnych historii te są chyba najbardziej przejmujące – zauważyła policjantka. – Każdy może to sobie wyobrazić: budzi się w trumnie, nie wie, co się dzieje, gdzie jest, a kiedy w końcu to zrozumie, wpada w panikę i umiera przerażony walcząc o życie… Przepis na koszmar.

Zamojskiej rzeczywiście przeszedł po plecach dreszcz. To chyba zły pomysł rozmawiać w środku nocy na cmentarzu o takich rzeczach, pomyślała.

I akurat w tym momencie szef techników odezwał się scenicznym szeptem:

– Słyszała pani? Ten odgłos? O, teraz, znowu.

Pomyślała w pierwszej chwili, że sobie z niej żartuje, że chce ją nastraszyć. Ale nie, gdy się wsłuchała, także coś usłyszała. Coś jakby głuche dudnienie, a potem szuranie. Gdzieś przed nimi w tej przeklętej ciemności.

– Widzi pan coś? – spytała. – Skąd to dobiega?

Nie odpowiedział, ale ruszył alejką na lewo, a ona poszła za nim.

Zatrzymał się tak nagle, że o mało na niego nie wpadła.

– To gdzieś tutaj – wyszeptał, odwracając się do niej.

Stali w bezruchu i nasłuchiwali.

Odgłos szurania stawał się coraz bardziej wyraźny.

Komisarz Zamojska wyciągnęła z kabury broń. Szef techników trzymał w pogotowiu latarkę. Tak uzbrojeni skradali się w stronę, skąd dochodziło szuranie.

– Tu jest świeży grób – zauważył mężczyzna.

Zaraz umrę na zawał, pomyślała Zamojska, czując rzeczywiście, że serce dudni jak szalone.

Dała mu znak skinieniem głowy i włączył latarkę.

Oboje w tej samej sekundzie krzyknęli i odskoczyli przestraszeni.

Biały snop światła przecinał ciemność i wyławiał z mroku ludzką postać wygrzebującą się mozolnie ze świeżego grobu. Twarz, ręce, całe ciało było uwalane mokrą ziemią, a białka szeroko otwartych oczu wpatrywały się w nich upiornie.

– Momento mori – wycharczał upiór i roześmiał się przerażająco.

***

– Co za bzdury! Jaki znowu challenge? – krzyczała Zamojska.

Młody mężczyzna siedzący naprzeciw niej miał nadal twarz brudną od ziemi, ale okryty był błyszczącą folią termiczną.

Uśmiechnął się głupkowato.

– To takie wyzwanie – powiedział szef techników, stojący obok policjantki. – Zakład, polegający na wykonywaniu możliwie najbardziej absurdalnych zadań wyznaczanych przez innych w sieci…

Mężczyzna na krześle potaknął.

– Ten był szczególny – zaczął tłumaczyć. – Krążył już od dłuższego czasu po okolicy. Ale tylko kilku osobom się udało go przejść. Trzeba było się wygrzebać z trumny. Oczywiście w świeżym grobie, żeby ziemia była w miarę miękka, inaczej…

– To szaleństwo, czyste szaleństwo – powiedziała Zamojska, pochylając się nad stołem. – Mógł pan umrzeć. A jak pan tam właściwie się dostał, do tej trumny?

– To część zadania – odpowiedział młody człowiek. – Zakradłem się do zakładu pogrzebowego i wcisnąłem do trumny.

– I wystarczyło panu powietrza?

– Miałem małą butlę z tlenem. Wiadomo, ze nie dałbym rady przez tyle godzin wytrzymać na dole.

– I co dalej? – dopytywała Zamojska.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Kumple mieli czekać na górze i to sfilmować. To jak wygrzebuję się. Miałem powiedzieć do kamery to hasło po łacinie o śmierci. Musieli was zauważyć i się zmyli. Jak się wygrzebałem, to w pierwszej chwili myślałem, że to oni... Kurczę, cała robota na marne…

– Nie do wiary – powiedział szef techników, kręcąc głową. – Nie do wiary.

Nagle coś przyszło Zamojskiej do głowy. Jeszcze bliżej pochyliła się nad mężczyzną.

– Co to właściwie znaczy, że tylko kilku osobom się udało? Czy tam na dole ktoś… został?

Chłopak uśmiechnął się szeroko.

– Memento mori – powiedział. – Czy jak to tam było...