Najmłodszy seryjny morderca w historii ZSRR. Jego ofiarami były dzieci [18+]

Najmłodszy seryjny morderca w historii ZSRR. Jego ofiarami były dzieci [18+]

Gdy latem 1938 r. w Swierdłowsku (dziś Jekaterynburg) zaczęły ginąć dzieci, milicja szukała dorosłego, silnego mężczyzny. Nikomu ze śledczych nie mogło przyjść do głowy, że sprawcą okrutnych mordów i gwałtów na kilkuletnich chłopcach i dziewczynkach może być drobny 16-latek o jasnych włosach i pucołowatej twarzy. Prawdopodobnie uszedłby sprawiedliwości, gdyby nie fakt, że wpadł na gorącym uczynku, gdy w lesie pod miastem dusił uprowadzonego chwilę wcześniej czterolatka.

Władimir Winniczewski urodził się 8 czerwca 1923 r. w Swierdłowsku, jego rodzice zajmowali jeden pokój w komunalnym mieszkaniu w dawnym baraku, przerobionym na dom. Wołodia, jak mówiono na niego w rodzinie, był chorowitym, zamkniętym w sobie, nieśmiałym chłopcem. Jąkał się po tym, jak wpadł do głębokiego dołu, miał problemy z nauką, choć na początku edukacji był prymusem. Koledzy z klasy nigdy nie przegapili okazji, by się nad nim poznęcać i ponaśmiewać, dlatego rodzice dwukrotnie przenosili go do innej szkoły. Martwili się, że Wołodia nie ma przyjaciół ani nawet znajomych, dlatego, choć sami nie byli bogaci, zaspokajali wszelkie jego zachcianki. Chłopak co tydzień dostawał też kieszonkowe, które skrzętnie odkładał do skarbonki zrobionej ze słoika. W ciągu kilku lat uzbierał ponad 600 rubli – w tamtych czasach dwie porządne robotnicze wypłaty. Matce opowiadał, że marzy o dalekich podróżach i sławie wielkiego podróżnika – w tamtych czasach bohaterami dzieciaków byli tzw. Czeluskińcy – uczestnicy wyprawy polarnej na parowcu SS Czeluskin, który został zmiażdżony przez lody Arktyki, i lotnicy ratujący członków tej ekspedycji. "Był nieustraszony w tym swoim dążeniu do przygód, niczego się nie bał" – zeznawała później matka podczas rozprawy sądowej. Kilka razy nawet uciekał z domu, planował osiąść na Kaukazie i żyć według surowych reguł "ludzi gór", został jednak zatrzymany przez pracowników kolei i zwrócony rodzicom. Wtedy poprosił rodziców, by przenieśli go do innej szkoły, narzekał na ciągłe bóle głowy i słabą pamięć. Z powodu złych ocen i zachowania musiał powtarzać piątą klasę. W nowej szkole też sobie nie radził, na dodatek nowi "koledzy" znęcali się nad nim jeszcze okrutniej niż rówieśnicy z dawnej szkoły, dlatego Wołodia ponownie uciekł z domu. Tym razem udało mu się dotrzeć do miasta Niżny Tagił, położonego kilkadziesiąt kilometrów od Swierdłowska, w którym został zatrzymany przez tzw. drużynników (ochotnicza milicja). Zapłakana matka, która przyjechała po syna ze Swierdłowska kazała mu obiecać, że w następną podróż wyruszy dopiero po skończeniu nauki. Nikt nie podejrzewał nawet, że nie dane mu będzie tego dożyć…

Pierwsza ofiara

W nowej szkole, do której po ostatniej ucieczce przenieśli go rodzice, Wołodia w końcu znalazł przyjaciela – młodszego o dwa lata Ernsta Nieizwiestnego. Chłopcy chodzili razem do kina i na wystawy prac miejscowych malarzy, ponieważ Ernst bardzo lubił malować i rzeźbić. Został zresztą uznanym artystą. Jego prace, zakupione na zlecenie Jana Pawła II, znajdują się w muzeum w Watykanie. Ernst kilka razy próbował porozmawiać z nowym kolegą o dziewczynach i o tym, jak zdobyć przychylność płci przeciwnej, Wołodia jednak nie miał ochoty dyskutować na tematy damsko-męskie i szybko zbył przyjaciela mówiąc, że dziewczyny go "brzydzą". Możliwe, że miał uraz po tym, jak matka znalazła w jego biurku listy miłosne, które pisał do koleżanki z klasy, gdy miał 12 lat. Nie wiadomo, co było w listach, jednak matka i tak zrobiła mu awanturę i ukarała za zbyt wczesne interesowanie się "dorosłymi sprawami". Natomiast Ernst Nieizwiestny wspominał po latach, że jego przyjaciel na przerwach stawał w kącie i unikał rozmowy z innymi dziećmi, a z czasem coraz częściej i na coraz dłużej znikał w szkolnej łazience, czasami nawet opuszczając lekcje.

Dziś już prawdopodobnie nie dowiemy się, co sprawiło, że Władimir zaczął odczuwać niezdrowy pociąg do kilkuletnich dzieci. Wiadomo, że często bawił się z dziećmi sąsiadów, spędzał dużo czasu w piaskownicy lepiąc z maluchami domki z piasku i bawiąc się patykami. Sąsiadki doceniały pomoc niespodziewanego opiekuna i często prosiły go, by przypilnował dzieci, gdy one gotowały obiad albo szły do sklepu. Wiadomo też, że nie skrzywdził żadnego z dzieci, które mieszkały w tym samym domu, co on. Nie znęcał się też nad zwierzętami. Możliwe, że już wtedy potrafił zapanować nad mroczną stroną swojej osobowości.

Pierwszą ofiarą Winniczewskiego padła trzyletnia Gerta Gribanowa. Tego upalnego dnia w lipcu 1938 r. jej siostra dostała gorączki po wyrwaniu zęba i dziadek, który się nimi opiekował, nie zauważył, że Gerta zniknęła z podwórka przed domem.

Gerta znała Władimira Winniczewskiego z widzenia – mieszkał zaledwie kilka domów dalej i codziennie przechodził obok jej domu w drodze do szkoły. Dlatego ufnie wzięła go za rękę i poszła z nim, gdy powiedział, że pokaże jej piękne motyle, które latają w ogrodzie za domem. Tam Winniczewski udusił dziewczynkę, po czym zadał jej kilka ciosów w głowę z taką siłą, że w czaszce dziecka utkwił kawałek ostrza.

Dziadek dopiero po godzinie zorientował się, że młodsza wnuczka zniknęła. Zaczął jej szukać – najpierw na własną rękę, później z sąsiadami. Gdy rodzice dziewczynek wrócili z teatru, od razu zgłosili sprawę na milicję. Ciało dziecka, przykryte gałęziami, znalazł 12-letni złodziejaszek, który szukał w ogrodzie czegoś do jedzenia. To właśnie on i jego koledzy zostali najpierw oskarżeni o morderstwo. Podejrzewano nawet rodziców i dziadka, później po kolei posądzano sąsiadów. Co ciekawe, gdy znaleziono ciało jego pierwszej ofiary, Winniczewski stał w tłumie gapiów i obserwował, jak zwłoki Gerty wkładano do karetki.

Legenda

15-letni Władimir szykował tymczasem plan porwania i zamordowania kolejnego dziecka. Wymyślił też "legendę", która miała usprawiedliwiać jego chodzenie po mieście w poszukiwaniu dzieci – udawał, że wraz z innymi pionierami (członkami młodzieżowej organizacji komunistycznej) zbiera makulaturę i metal, które zamierza oddać do skupu. W sierpniu 1938 r. zauważył na podwórzu jednego z domów czteroletnią Ninę Pleszczejewą, która czekała na rodziców. Poprosił ją, by zaprowadziła go do toalety, a dziewczynka chętnie z nim poszła. Winniczewski zaczął ją dusić, a gdy Nina straciła przytomność, zgwałcił ją. Był przekonany, że dziecko nie żyje, dlatego ukrył ją w skrzyni na siano w pobliskiej stajni. Nina jednak przeżyła i zaczęła głośno wołać mamę. Jej matka, która już od kilkudziesięciu minut rozpaczliwie szukała córki, usłyszała krzyk i szybko wyciągnęła dziecko ze skrzyni. Lekarz, do którego od razu ją zaniosła, nie zwrócił uwagi na żaden ze śladów gwałtu i duszenia i stwierdził, że Nina prawdopodobnie została pogryziona przez krowę. Dlatego też sprawa Niny Pleszczejewej nie została początkowo zakwalifikowana jako kolejny przypadek napastowania dziecka.

W lutym 1939 r. Władimir Winniczewski zauważył dwóch chłopców, siedzących na sankach. Dwuletni Boria i jego pięcioletni brat czekali na rodziców, którzy mieli wybrać się z nimi na górkę. Winniczewski złapał młodszego chłopca i rzucił się do ucieczki, trzymając go pod pachą. Dziecko było jednak zbyt ciężkie i Władimir wrzucił go do zaspy i przysypał śniegiem licząc, że dziecko szybko się udusi. Boria nie zginął tylko dzięki temu, że zaczął głośno jęczeć i został szybko odnaleziony.

Tym razem również nie wszczęto w tej sprawie śledztwa – milicja uznała, że był to niegroźny wybryk małolatów, ostatecznie Borii nic się nie stało. Uskrzydlony bezkarnością Winniczewski zaatakował ponownie po dwóch miesiącach – w maju 1939 r. zauważył na ulicy czteroletnią Raję Rachmatullinę, która czekała na mamę. Miały pójść na pierwsze tej wiosny lody. 15-latek złapał dziewczynkę w pasie i zaciągnął do pobliskiego wychodka, a tam zadał jej kilkadziesiąt ciosów nożem w twarz i brzuch, po czym uciekł. Dziecko przeżyło, jednak nie potrafiło opisać napastnika. Miesiąc później ofiarą Winniczewskiego padła dwuletnia Ala Gubina – napastnik uprowadził ją wprost z domu rodziców, którzy urządzili w ogrodzie zakrapianą imprezę i nie zauważyli zniknięcia dziecka. Zakrwawioną dziewczynkę znaleźli przechodnie, którzy zauważyli ją siedzącą pod drzewem i pierwotnie uznali za lalkę w czerwonej sukience. Ala, mimo kilkudziesięciu głębokich ran, w porę trafiła na stół operacyjny i również przeżyła.

Poszukiwania

Winniczewski postanowił tymczasem zmienić modus operandi. Zorientował się, że w mieście jest zbyt duże niebezpieczeństwo wpadki, ktoś może w każdej chwili go zauważyć. Postanowił więc jeździć do okolicznych miejscowości i zwabiać dzieci do lasu. Jego kolejną ofiarą była niemal czteroletnia Rita Chanżyna ze wsi Krasnaja Zwiezda. Tym razem dziecko nie miało szans na przeżycie… Zaprowadził ją do lasu i tam udusił, a ciało przykrył gałęziami i kamieniami.

W mieście i okolicy zapanował strach. Matki rezygnowały z pracy, by mieć swoje pociechy na oku. Przekazywane z ust do ust opisy tego, co "maniak" robił swoim ofiarom, spędzały wszystkim sen z powiek. Latem 1939 r. ofiarami Uralskiego Monstrum, jak nazwali go mieszkańcy Swierdłowska, padło co najmniej dwanaścioro dzieci. Milicja, na podstawie zeznań świadków, szukała niskiego mężczyzny w wieku od 25 do 30 lat, o dziecięcych rysach twarzy, karanego za przestępstwa seksualne – nikt nie podejrzewał, że sprawcą może być nastolatek.

Ostatnie porwanie

24 października 1939 r. Władimir porwał kolejne dziecko. Trzyletni Sława Wołkow wyszedł przed dom ze swoją starszą siostrą Ritą – czekali na rodziców, którzy mieli zabrać dzieci na spacer. Po chwili podszedł do nich Winniczewski, który powiedział Ricie, że matka woła ją na chwilę do domu. Dziewczynka zostawiła brata i pobiegła do mieszkania – w tym czasie uprowadzone dziecko jechało już tramwajem z porywaczem. Wysiedli na przystanku w pobliżu lasu, w którym kilka miesięcy wcześniej została zamordowana Rita Chanżyna.

Miejscowi milicjanci od kilku miesięcy patrolowali ulice w poszukiwaniu seryjnego zabójcy dzieci, w akcję zaangażowani byli też studenci szkół milicyjnych. Chłopaka z małym chłopcem na ręku, zmierzającego w stronę lasu, zauważył kursant Iwan Popow, który wraz z dwoma kolegami dyżurował na przystanku. Popow zdziwił się, że idą w stronę przeciwną do zabudowań. Postanowił ich obserwować. Złapał Władimira Winniczewskiego w chwili, gdy ten zaczął dusić małego Sławę. Chłopak od razu trafił na przesłuchanie, a podczas przeszukania znaleziono przy nim papierki po cukierkach czekoladowych, którymi zwabiał dzieci, by z nim poszły. Trzylatkowi nic się nie stało.

Rodzice Winniczewskiego byli zszokowani zatrzymaniem Władimira. Matka nie wierzyła, że mógł dopuścić się zbrodni, do chwili, gdy znalazła wśród jego rzeczy plany porwania dzieci i trasy przemieszczania się, a także zaszyfrowane listy ofiar. Wtedy wraz z mężem napisała list do lokalnej gazety, w której wyrzekła się dziecka. Ojciec Władimira domagał się kary śmierci dla "monstrum, które nie powinno kalać społeczeństwa swoim istnieniem". Nigdy więcej nie skontaktowali się z synem.

Władimir w ciągu kilkunastu miesięcy zaatakował 18 dzieci, z czego ośmioro zamordował. Początkowo został oskarżony o zabójstwo i gwałt ze szczególnym okrucieństwem, za co groziło mu – z racji młodego wieku i niekaralności – do 10 lat więzienia. Został jednak oskarżony z artykułu o bandytyzm, co karane było rozstrzelaniem. Podczas procesu, który rozpoczął się 15 stycznia 1940 r.u, Winniczewski przyznał się do winy, opowiedział nawet o kilku porwaniach, które nie zostały zgłoszone na milicję. Nie wyraził jednak skruchy, zeznawał, że podobało mu się duszenie i znęcanie się nad dziećmi. Po kilkunastu dniach procesu został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano w listopadzie 1940 r. Został pochowany w zbiorowym grobie pod Swierdłowskiem.

Władimir Winniczewski stał się najmłodszym skazanym seryjnym zabójcą w historii Związku Radzieckiego. Przez wiele lat o jego zbrodniach opowiadano tylko kursantom szkół milicyjnych w ZSRR. Dopiero po rozpadzie ZSRR sprawa zabójstw dzieci w Swierdłowsku została opisana w prasie.