Nie taka straszna baśń

Nie taka straszna baśń
Fot. Paweł Borowik

Mówi o sobie bajarka, opowiadaczka baśni, co nieuchronnie przywodzi na myśl okutaną w wełniane chusty szeptuchę. Zdziwiłby się bardzo jednak ten, kto szukałaby jej w leśnych ostępach. Dziś najłatwiej trafić na bajarkę w domu kultury lub na festiwalu, w muzeum albo w kawiarni – i oczywiście – w internetowej sieci.

O tym, jak żyje się w krainie baśni, opowiada Edyta Ślączka-Poskrobko, bajarka, poetka, autorka instalacji poetyckich, monodramów i książek dla dzieci, absolwentka pedagogiki wczesnoszkolnej.

Anna Hoffmann: Czego dyplomowana pedagog szuka w baśniach?

Edyta Ślączka-Poskrobko: Myślę, że sposobu nauczenia dzieci jak żyć. Baśnie to taki zeszyt ćwiczeń – pokazują pewne zachowania, sytuacje i różne możliwości ich rozwiązania. Mówi się, że z każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji, są przynajmniej trzy wyjścia, dlatego też bardzo często legendy i opowieści do siebie podobne, mają różne zakończenia. Natomiast w  większości baśni powtarza się jedno – bohater próbuje dokonać jakiegoś czynu; próbuje, próbuje i nie udaje mu się, dopóki czegoś w swoim zachowaniu nie zmieni. Wówczas próbuje po raz kolejny i wygrywa. Czasem ta zmiana jest wynikiem zamierzonego działania, a czasem przypadkowa, jak w „Kopciuszku”, który nieoczekiwanie zgubił pantofelek.

To uczy dzieci, że zawsze warto próbować, nawet jeśli na początku coś nie wychodzi. Warto starać się, iść odważnie, być otwartym na  porażki i szukać możliwości rozwiązania.

Czy wszystkie baśnie są dobre dla dzieci? Czy są takie, których nie powinno się opowiadać lub czytać dzieciom? Na przykład kochających makabrę braci Grimm?

Większość baśni jest dobra dla dzieci – pomijając bardzo nieliczne, głównie afrykańskie, które są opowieściami o seksie. Teraz często zdarza się, że rodzice nie chcą opowiadać bajki np. „O Czerwonym Kapturku”, bo jest straszna, podobnie jak większość baśni ludowych opracowanych przez braci Grimm. Myślę, że to błąd.

Oczywiście, musimy dopasować opowieść do wieku dziecka; maluchowi przedstawić uładzoną wersję po to, by w późniejszym czasie opowiedzieć całość historii. Także te fragmenty okrutne, straszne, dotyczące śmierci. Czy możliwe jest aby dziecko nigdy w życiu się nie bało? Jeśli nie nauczy się w ramionach rodzica opanowywać strachu, to w dorosłym życiu dostanie światem w twarz. Nie będzie potrafiło radzić sobie z problemami, będzie odpuszczać, chować się.

Nie czytajmy strasznych opowieści do snu. Czytajmy je lub opowiadajmy przytulając dziecko, pocieszając je, kiedy się boi, zapewnijmy o szczęśliwym zakończeniu. Jeśli dzieci będą słuchały samych miłych i wygładzonych opowieści, nie będą miały możliwości treningu. Życie to nie jest cukierek, po drodze trafiamy także na kamyki i ciernie. Jeśli jednak dzieci nauczą się, że z przeciwnościami można sobie radzić, to mimo przeszkód będą patrzeć bardziej optymistycznie i będą szły przez życie szczęśliwsze. Dlatego opowiadanie starych, strasznych baśni traktuję jak swoją misję, bo dzięki nim można bardzo wiele się nauczyć.

Pamiętasz swoją pierwszą baśń – tę usłyszaną, i tę opowiedzianą?

Moja ciotka, rusycystka, miała książkę z bajkami wschodniosłowiańskimi, w których bohaterami były zwierzęta. Pamiętam Liskę Chytruskę i jej przygody. Do dziś bardzo lubię baśnie słowiańskie i czerpię z nich inspiracje.

Pamiętam także bardzo dobrze jedną z pierwszych baśni, którą czytałam swoim dzieciom i która wpędziła mnie w poczucie, że jestem złą matką (śmiech). „Ntombi i morze” to historia o matce, która codziennie, idąc do pracy, kładła swoje małe dziecko w koszyczku na falach, a morze opiekowało się maleństwem. Pewnego dnia, podczas burzy, morze przeniosło koszyczek do innej chaty, daleko od rodzinnego domu. Inna kobieta zaopiekowała się dzieckiem. Na szczęście po jakimś czasie, cudownym trafem wróciło ono do swojej matki. Mój syn chciał słuchać tej opowieści bardzo często, domagał się jej, a ja zastanawiałam się, czy syn boi się odrzucenia. Czy dlatego właśnie czeka na koniec opowieści, aż dziecko wróci do matki? Pewnie można to i tak interpretować, ale inna możliwość jest taka, że syn mógł widzieć to, że kiedyś będzie miał się usamodzielnić, wyjść spod opieki rodzica, by później znów do niego wrócić. Dzieciom potrzebny jest czas na negowanie wartości, a my, rodzice, powinniśmy pozwolić im wyjść spod klosza.

Masz w swoim repertuarze baśnie nie tylko dla dzieci, ale także dla dorosłych. Kto jest lepszym słuchaczem? Komu wolisz opowiadać?

Nie ma to dla mnie znaczenia… Kiedyś ludzie siedzieli przy ogniskach, w izbach przy darciu pierza albo przędzeniu wełny, i wówczas dorośli opowiadali baśnie, także te straszne i te frywolne, a dzieci przysłuchiwały się z kącika. Mam nadzieję, że dziś opowiadając dorosłym buduję ich świadomość, dzięki czemu oni potem będą opowiadali i czytali swoim pociechom.

Jeśli chodzi o odbiór opowieści, to dzieci nie wybaczają, nie może być żadnych nudnych momentów. Trzeba się też naskakać; razem tańczymy i śpiewamy. Dorosłych trzeba troszkę wyciągać do wspólnej zabawy, dyskusji, choć widzę, że to się zmienia. Mam wrażenie, że po pandemii staliśmy się bardziej otwarci, bardziej chętni do wspólnej zabawy. A baśnie nie tylko bawią, ale też niosą naukę.

Jaką naukę z baśni mogą wyciągnąć dorośli? I co legendy mają wspólnego z coachingiem?

W życiu i w biznesie posługujemy się schematami; jak mówi Miłosz Brzeziński – mamy mapy przekonań, które rzadko weryfikujemy. One z reguły się sprawdzają, więc podążanie za nimi to nic złego, bo skracają proces myślowy, ale baśń uczula, że trzeba uważać i mieć świadomość różnych możliwości rozwiązania.  Czasem trzeba poza schemat wyjść, czasem trzeba odpuścić, dać mózgowi odpocząć; „sen przynosi radę”, jak mówi ludowe porzekadło. Ale baśń także ostrzega: nie zwlekaj! Działaj, a jeśli nie wiesz jak, pójdź po radę.

Czyli nie znajdziemy w baśniach gotowych rozwiązań?

Nie, z baśni nie płynie jedyna dobra rada. Opowieść poszerza nasze doświadczenia, mówi, żeby szukać, być otwartym na zmiany, próby i porażki. Im więcej baśni znamy, tym bardziej możemy powiększać naszą mapę przekonań, dzięki czemu łatwiej nam będzie znaleźć rozwiązanie. Nie ma więc w baśni jakiejś uniwersalnej prawdy, jednej niezbywalnej. Są tylko podpowiedzi, a i one są bardzo różne. Mówią próbuj, nie poddawaj się, ale poszukuj.

Baśnie powstawały powoli, z prostych, po skomplikowane nadbudowy. Obrastały nie byle jak, ale tak, by historia była ciekawa i wartościowa. Niosła mądrość na różnych płaszczyznach. W opowieściach są rady postępowania i schematy do różnych sytuacji życiowych, które nas mogą spotkać. My dzisiaj znamy je wyrywkowo; sporo złego zrobił nam patriarchat, przez który odrzucano historie opowiadające o czymś innym niż uległość, grzeczność, dostosowanie społeczne, zwłaszcza kobiet. Powstał przez to stereotyp, że baśnie nadają się tylko do wychowywania dzieci, oraz że usiłują promować uległe kobiety.
Dlatego dziś nie znamy wielu baśni, a dzieciom czytamy z reguły wciąż te same historie.

Bajarki i bajarze próbują to zmienić. Mówię w liczbie mnogiej, bo nie jesteś jedyną opowiadaczką baśni w Polsce…

Na szczęście jest nas coraz więcej. Ja i moje Galeony Baśni działamy głównie w Białymstoku; w Warszawie są Studnia Opowieści i Grupa 501; Kaszuby to Karawana Opowieści, Trójmiasto – Łowcy Słów, Katowice – Baśnie na Warsztacie, w Dukli – Opowieści z Walizki. Jest także Radomska Grupa Opowiadaczy, Alija Vuk we Wrocławiu, Łukasz Bernady w Poznaniu, Michał Malinowski to Muzeum Bajek, Baśni i Opowieści MUBABAO w Konstancinie. Jeździmy po całej Polsce, spotykamy się ze słuchaczami i widzami, opowiadamy, doradzamy, nauczamy. Od lat można nas spotkać także na festiwalach, m.in.  na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Opowiadania w Warszawie.

Odwiedzają go bajarze z innych stron świata?

Jak najbardziej. W Europie i na świecie działa wiele organizacji zrzeszających opowiadaczy baśni. The Federation for European Storytelling (FEST) to międzynarodowa sieć, w ramach której wymieniane są doświadczenia i wspólnie budowana jest sztuka opowiadania baśni. W niektórych krajach europejskich, np. we Francji, sztuka ta jest formalnie uznawana za zawód artystyczny.

W polskim alfabetycznym indeksie zawodów i specjalności mamy m. in.: bacę, iluzjonistę i trenera osobistego, ale nie ma bajarza. Czym dla Ciebie jest opowiadanie baśni – profesją czy tylko hobby?

Zdecydowanie profesją i chciałabym zajmować się opowiadaniem baśni na pełny etat, ale to dopiero na emeryturze (śmiech). Na pewno jest to praca trudna, głównie przez niewielką jeszcze świadomość ludzi, którą jednak systematycznie budujemy.

W odróżnieniu od teatru czy innych sztuk audiowizualnych, my posługujemy się tylko głosem, gestem, czasem ilustrując nasze występy instrumentami. Na szczęście  osoby, które przychodzą posłuchać, robią to bardzo świadomie, z dużym zainteresowaniem. Świetnymi słuchaczami są dzieci, które mają naturalną ciekawość i chęć poznania. Czasem proszą o baśnie, które wydawałyby się dość monotonne, niewiele w nich akcji, a jednak budzą emocje.

A jakie baśnie Ty lubisz najbardziej?

Niektóre rejony świata są mi bliższe niż inne –kocham baśnie i legendy japońskie, a także celtyckie: szkockie, irlandzkie, walijskie, francuskie, mity nordyckie. No i oczywiście baśnie słowiańskie, z których czerpię najczęściej.

W zbiorach bajek dostępnych w księgarniach z reguły powtarzają się wciąż te same, dobrze już znane. Jakie książki Ty mogłabyś polecić?

Choć mamy dużo zbiorów baśni wydawanych obecnie, to z reguły wolę opracowania nieco starsze ze względu na walory językowe. Możemy je wyszukać w bibliotekach albo zakupić za grosze na aukcjach internetowych. Moim ulubionym zbiorem są "Baśnie i legendy Wysp Brytyjskich", opracowane przez Annę Przedpełską-Trzeciakowską. Polecam także zbiory: „Legendy szkockie” Gordona Jarvie, „Magiczna harfa. Legendy irlandzkie” opracowanie Jakub Krajewski i Alicja Kocurek, oraz oczywiście nasze „Klechdy domowe, podania i legendy polskie" w opracowaniu Hanny Kostyrko, i „Baśnie polskie”, opracowanie i wybór Tomasz Jodełka-Burzecki.

Na zakończenie prośba o baśń specjalnie dla czytelniczek i czytelników Damosfery.  Jaką bajkę opowie nam dziś bajarka?

Taką, w której kobiety same dają sobie radę.

Baśń o Sinobrodym  (wersja znaleziona w zbiorze „Kwitnące dziewczęta” Marity de Sterck).

Pewien czarodziej, szukając żony porywał okoliczne dziewczęta. Nigdy nie wracały do domu, jak pamiętamy. A on dalej szukał, jakby żony nie znalazł. Trafił do chaty, w której mieszkały trzy siostry. Najpierw porwał najstarszą. W swoim zamku ją ugościł i traktował uprzejmie. Nadszedł dzień, gdy miał udać się w podróż i dał wtedy dziewczynie klucze do wszystkich komnat, ale z przykazaniem, by jednej z nich nie otwierała. Aby mieć pewność, że go nie oszuka, kazał jej wziąć jajko i cały czas ze sobą nosić.
Kiedy wyjechał dziewczyna zaczęła się nudzić i otwierać wszystkie komnaty, aż i tę zakazaną otworzyła. Ujrzała w niej kadź pełną krwi i poćwiartowanych zwłok zaginionych kobiet, przestraszyła się tak, że upuściła jajko. Upadło prosto do naczynia, z którego dziewczyna je wydobyła, ale krwi w żaden sposób nie zdołała zmyć. Kiedy Sinobrody wrócił, zaraz to zauważył. Za karę ściął jej głowę i poćwiartował, a potem dorzucił do kadzi.

Porwał średnią siostrę i cała sytuacja powtórzyła się co do joty.

Porwał w końcu najmłodszą. Ta, kiedy dostała polecenie noszenia wszędzie z sobą jajka, po wyjeździe Sinobrodego, schowała to jajko do szafki w kuchni uznając, że głupotą jest nosić cały czas kruche jajko i starać się go nie stłuc.

Tak samo jak siostry trafiła do zakazanej komnaty, ale gdy się wystraszyła nic jej do kadzi nie wpadło, bo jajko spokojnie siedziało na półce. Najmłodsza pochyliła się nad zwłokami i rozpoznała siostry, zaczęła je wyławiać i składać. Kiedy były całe, ożyły i radośnie skoczyły ku sobie. Jednak trzeba jeszcze było wydostać się z zamku! Najmłodsza wpadła na pomysł. Kazała siostrom schować się do worka, do którego narwala owoców z sadu, wrzuciła jeszcze kosztownych szat, które znalazła w zamku i czekała.

Sinobrody po powrocie nie mógł wyjść ze zdumienia i zachwytu, że najmłodsza nie wchodziła do zakazanej komnaty, o czym miało świadczyć czyste jajko, które mu podała, gdy o nie poprosił. Padł na kolana i oświadczył się. Ona jednak kazała mu najpierw udać się do rodziców i poprosić ich o zgodę, a także obdarować ich szczodrze w zamian za ich zamartwianie się, gdzie się podziała córka. Podała mu worek, w którym ukryła siostry. Czarownik ruszył do wioski. Ludzie zobaczywszy go, zaczęli za nim iść i nim doszedł do chaty rodziców najmłodszej, prawie cała wieś się zgromadziła. Toteż oświadczał się przy wszystkich. Kiedy podał worek z podarkami, rodzice go otworzyli, a ze środka wypadły siostry i od razu opowiedziały, co się działo w zamku. Kiedy ludzie to usłyszeli, rzucili się na czarownika i go zabili.

Tymczasem najmłodsza wróciła do komnaty i zaczęła składać członki pozostałych dziewcząt. Co którą złożyła, ta ożywała, aż w końcu wszystkie mogły wyruszyć do domów. Zanim odeszły, podpaliły zamek, aby nawet ślad nie został po czarowniku.

I tak kobiety ocaliły siebie i inne dziewczęta z okolicy przed Sinobrodym.

Dziękuję za bajkę i za rozmowę. A czytelników zapraszamy do posłuchania baśni na kanale https://www.youtube.com/user/posesmart