O pasji tworzenia – wywiad z Elizabeth Maziakowska zdjęcie główne d0df5f64c5535b42875a5017

O pasji tworzenia – wywiad z Elizabeth Maziakowską

Matka, żona, karmicielka domowego zwierzyńca. Na pozór mogłoby się wydawać filigranowa kobieta, jednak po kilku minutach rozmowy, już wiesz, że stoi przed tobą ciekawa osobowość. Silny charakter, precyzja w dobieraniu słów, ciekawość ludzi i ich zachowań. Autorka książki „ W padole sukcesu”, pełnej własnych doświadczeń i uczuć  to w dużym skrócie – Elżbieta.

Anna Wieczorek: Kiedy rozpoczęła się Twoja historia z pisaniem?

Elizabeth Maziakowska: Tak jak w przypadku większości z nas, moja historia z pisaniem zaczęła się w latach przedszkolnych. To tam stawiałam pierwsze koślawe hieroglify, przy czym wysłuchiwałam krytyki co do mojego charakteru pisma, a także złego trzymania długopisu albo ołówka w dłoni. To mi nie przeszkadzało – pisałam różne pamiętniki (chyba każdy pamięta w czasach szkolnych tzw. złote myśli, gdzie inni mogli odpowiadać na pytania). Z wiekiem ewoluowałam w tej dziedzinie i pisałam rymy, teksty hip hopowe, bajki. Wszystko amatorsko i bez rozgłosu, dla siebie.

Do końca mojej nauki towarzyszyły mi liściki, rzucane do koleżanek. Lubiłam też pisać listy z nauczycielami i znajomymi, z którymi już drogi się rozeszły. W ten sposób utrzymujemy kontakt do dziś.

Skąd czerpiesz pomysły? Czy jest ktoś, kto Cię inspiruje w tym, co robisz?

Czerpię z natury, z muzyki, z filmów, z wyobraźni. Zawsze muszę mieć przy sobie zeszyt – jeśli nie mam, a coś mi przyjdzie do głowy, nie jestem w stanie wszystkiego zapamiętać. Jestem baczną obserwatorką. Ważny jest dla mnie każdy szczegół.

W swojej twórczości opisujesz własne życie i doświadczenia. Czy któreś z nich wpłynęło na to, że sięgnęłaś po kartkę i długopis, by przelać je na papier? Czy trudno jest pisać o swoich osobistych przeżyciach i doświadczeniach?

Trudno to jest milczeć na ważne sprawy i męczyć się czyjąś obojętnością czy opinią. Nie mam problemu z opisaniem swojej cząstki życia, pewnych jego aspektów, które wpłynęły na moją osobowość i rozwój. Po kartkę papieru sięgałam, tak jak wspomniałam, od dawna. Jednak gdy zobaczyłam, że zwykli ludzie potrafią wydać tomik wierszy, pisać ciekawe blogi czy w końcu wydać książkę, stwierdziłam, że też mogę to zrobić.

Pisanie jest takim paradoksem w moim przypadku, bo z jednej strony sprawia ogromną radość, a z drugiej – ból. Nie pamiętam konkretnej sytuacji, że coś mnie pchnęło do pisania, jakiś konkret, to przyszło w sposób naturalny.

O czym najbardziej lubisz pisać? W jednej z naszych rozmów wspomniałaś, że lubisz pisać o świecie w krzywym zwierciadle. Zdradzisz coś więcej?

Lubię melancholię, ale taką właśnie w krzywym zwierciadle: że z jednej strony jest źle, a jednak z drugiej zabawnie. Zawsze staram się wyciągać coś zabawnego z każdej sytuacji. Humor to moja wizytówka; z natury jestem cicha i spokojna, ale na papier potrafię przelać rubaszne dialogi, a te dają rozrywkę innym. Ja nawet w żalu, pisząc do swojej przyjaciółki maila z moimi zmaganiami, robię to prześmiewczym tonem.

Buntowniczka (z wyboru), czy pewna siebie idealistka?

Dla mnie pod ideałem kryje się zawsze podstęp, mankament, defekt. Zdecydowanie jestem pewną siebie, tolerancyjną buntowniczką.

W jednym z wywiadów wspominasz o kwarantanniku – kwartalniku, nad którym pracowałaś w ostatnim czasie. Powiesz nam kilka słów o tym projekcie? Do kogo jest skierowany? W jakiej formie?

Kwarantannik to taki nonszalancki, bezterminowy dziennik. Z twardym tekstem w oprawie czarnego humoru. Już po rozesłaniu przeze mnie kilku przykładowych stron, czytelnicy złożyli zamówienia, ponieważ chcą wznowić swoje aleje myślowe i nie dopuścić do siebie braku posiadania przedniego płata czołowego.

Z tym bezterminowym dziennikiem przejdziemy przez ponad 20 lekcji w dowolnym miejscu i czasie, a nawet weźmiemy udział w rozprawie sądowej, jaka nie miała jeszcze miejsca w historii polskiego sądownictwa.

To dla ludzi, którzy są zmęczeni wyścigiem, materializmem, biegiem, brakiem kreatywności. Bardzo się cieszę, że mogę razem z wydawcą i innymi stworzyć ciekawy produkt, który zdecydowanie odbiega od tego, po co już możemy sięgnąć na rynku.

Warto wierzyć w siebie i swoje marzenia?

Warto walczyć o sprawiedliwość, warto uzbroić się w cierpliwość, porzucić ego i uodpornić się na nieżyczliwych ludzi, kłody rzucane pod nogi. Warto wyposażyć się w narzędzia, które będą naszą osłoną. Przede wszystkim wymienić znajomych, którzy są zimni i zdobywają pozycję dzięki chorym układom.

Moje marzenia z lat wcześniejszych absolutnie się nie ziściły, widać to nie była moja droga – więc poszłam dalej.

Jaka kobietą jest dziś Elizabeth?

Uchodzę za zimną, obojętną, cyniczną, potrafię doprowadzić do wrzenia. I po części jestem taka, jak wymaga tego ode mnie dana, bieżąca sytuacja.

Pomagam wtedy, kiedy widzę wartość tej pomocy, resztę czasu przeznaczam na wyższe potrzeby z piramidy Maslowa.

W dobie Fb, Instagramu, COVID-u ciężko dziś o zadbanie o siebie i swoje potrzeby. Jak ty radzisz sobie w tym trudnym czasie?

Jako aspołeczny trudoholik czuję się doskonale, nie zauważyłam bardzo dużej różnicy. Do lekarza chodzę prywatnie, sklepy z żywnością są otwarte bez problemu, nie szwendam się gdzieś niepotrzebnie. Nie mam mediów społecznościowych od kilku ładnych tygodni, coraz więcej osób rezygnuje z tej formy ekspozycji własnego „Ja” i sobie chwali – może zapoczątkuje to nowy styl? Współczuję ekstrawertykom. Oczywiście, jeśli mam potrzebę, idę do zaprzyjaźnionej kosmetyczki. Do fryzjera nie chodzę. Byłam raz, bo mama mnie zafarbowała podczas wybuchu pandemii na rudo. Chciała coś sprawdzić, ale nie udało się – ot życie. W tym czasie radzę sobie bez większej różnicy. Nie popadam w depresję, w apatię, bo nie prowadziłam wcześniej życia na bogato.

Uważasz się za kobietę niezależną?

Ja jestem realistką, absolutnie nie uważam się za niezależną całkowicie. Należę do gatunku homo sapiens, a ten nie jest samowystarczalny. Są takie momenty, że potrzebuje czyjejś pomocy. Poza tym niezależność może być rozumiana na wiele sposobów. Jestem zależna od chorego systemu państwa, zależna w pewnych pionach od zakładu pracy, zależna od swojego stanu zdrowia.

Którą z ról, jakie pełnisz, lubisz najbardziej i dlaczego?

Nazwę to swoją rolą: jestem działaczem. Wszystko pozałatwiam migiem, pozyskam informacje, wypełnię dokumenty, pomogę w zadaniach, porozmawiam z nauczycielami, z przełożonym, zajmę się sprawami, którymi inni nie mają odwagi się zająć.

Czujesz się spełniona?

Ogólnie nie. Nie czuję się spełniona tak na 100% ani na drodze zawodowej, ani osobistej – jeszcze za szybko na takie deklaracje. Raczej jestem dumna z tego, co potrafię ogarnąć i na tym się skupiam. Jeszcze dużo pracy przede mną.

Czego brakuje Ci w życiu zawodowym i prywatnym, by czuć się spełnioną?

Marzyłam o pracy z domu na moich zasadach, z moja przestrzenią, ale nie udało się – nie jestem w stanie się utrzymać z pisania. Osobiście brakuje mi więcej zrozumienia i działania, więcej zdrowego egoizmu.

Kto Cię wspiera w osiąganiu Twoich sukcesów?

Przyjaciółki: Anna, Margaret i Marta Juroszek – to moja trójca konsultacyjna. Z Anną kontakt jest najbardziej frywolny i dzięki temu powstają prześmiewcze teksty. Oczywiście moja mama również daje mi ogromne wsparcie.

Co mąż, córka, przyjaciele, najbliżsi myślą o Twoim pisaniu?

Córka jest humanistką, odziedziczyła po rodzicach część pasji i też dużo pisze. Tak naprawdę nie wiem, co kto myśli, nie mam takiej mocy, żeby zrobić wgląd w te myśli. Nikogo tym nie krzywdzę, pisanie mnie uspokaja, jak to stwierdził mój mąż; ale ponieważ się na tym nie zna – jak twierdzi – nie wtrąca się w to. Najbardziej zainteresowani to znajome mole książkowe. Na pewno w domu nikomu nie zawadzam swoją pasją, ale też, tak jak wspomniałam, nie czytam mężowi nic z tych rzeczy, bo jego to nie interesuje. Mam od tego inne osoby, które się na tym bardziej znają.

Spytałaś? Może warto zapytać?

Oczywiście, była szczera rozmowa, z której właśnie wyniknęło, że mąż się na tym nie zna, ale jest w stanie ocenić wizualnie – gdy np. nie podoba mu się okładka, itp. Związek, gdzie brak zainteresowania, co teraz tworzę, co robię, jaką mam koncepcję, jest bardzo trudny, bo muszę tą pasję dzielić na odległość z tymi, którzy to rozumieją, ale nie mogą być blisko. Nie chcę się tym zadręczać, bo zdaję sobie sprawę, że to hobby – z tego nie mam chleba.

W jednym z artykułów mówisz o braku wsparcia, braku zrozumienia czy zainteresowania ze strony męża w swoich działaniach, Czy trudno jest realizować swoje pasje i marzenia bez wsparcia najbliższej osoby, jaką jest mąż? Jak sobie z tym radzisz? Jak to jest mieć u boku osobę, która nie pcha nas ku celom, nie doradza, a cieszy się szczęściem i sukcesami? To możliwe?

Brak wsparcia wiąże się z brakiem poczucia akceptacji. Kiedy pracuje się na etacie i wraca do domu i przychodzi czas, że coś jest wydawane i wiszę na telefonie, komunikatorze i nawijamy z ekipą o szczegółach, to może być frustrujące i nie najlepiej wyglądać z boku.

Nie czujesz się akceptowana w relacji mąż – żona? Czy to czasem nie przejaw zazdrości, że coś Ci się udało?

Wyobraź sobie, że w takim przypływie ktoś sprowadza cię do takiej temperatury minus, bo tytuł nie taki, okładka nie taka, itp., czyli tak, jak twierdzi mój mąż: z jednej strony nie zna się na tym, a z drugiej jednak krytykuje. Nie czuję się z tym super, bo nie potrafię określić, czy to zazdrość, czy rzeczywiście chodzi o narażenie swojej reputacji. To wygląda wtedy tak, że gwiazda chce się wybić, coś tworzy, nic z tego sensownego nie ma, najbliżsi przyklasną, pogratulują i wszystko. Trzeba w każdej pasji dostrzec głębię i nie musisz tego chwalić, ale szanować. Mąż jest podobnego zdania, że w życiu jest przeznaczenie i droga prędzej czy później zaprowadzi nas do obranego celu. Przekonał się o tym na swojej ścieżce pracy.

Czy w takich chwilach jest Ci przykro? Co wtedy czujesz?  

Nie ma sytuacji, w których mąż zapytałby: O czym piszesz? Co to za projekt? Jest mi przykro, oczywiście, bo liczę się ze zdaniem najbliższych, ale nie mogę się od męża niczego sensownego dowiedzieć. Z jednej strony ufa mi i moim pomysłom, a z drugiej strony po ostatniej niedoszłej publikacji miałam straszną awanturę w domu: za okładkę, za tytuł, za nieszanowanie się z opinią najbliższych, a nawet narażenie swojego wizerunku. To mnie początkowo rozszarpało wewnętrznie.

Wspierasz swojego męża?

Ja bardzo dużo poświęcam  dla najbliższych, dla męża również. Oczywiście to nie jest tak, że jestem jak święta Elżbieta męczennica – wszystko dla wszystkich, a dla mnie nic, jednak jako kobieta dołożyłam tych starań często ponad swe siły i ponad miarę. Ponoć razem z mężem z prokreacji wskoczyliśmy na pasje i to tak różne, że po drodze pojawiły się komplikacje. Z tym, że ja męża w jego pasji wspieram, słucham z ciekawości, nie z przymusu, natomiast ja tego nie mam. Muszę pytać o zdanie recenzentów, szukać, badać.  

Kto jest więc pierwszym krytykiem, gdy powstaje jakiś tekst lub pomysł? Z czyim zdaniem liczysz się najbardziej?

Z psychologiem Martą Juroszek, wydawcą i Anną – to są osoby, które zawsze są pytane o moje pomysły i staramy się razem przedyskutować moją twórczość. To bardzo trudne zadanie, bo ja mam taką wolną duszę artystyczną. Później ktoś, kto jest bardziej techniczny, musi to odwzorować, a ja mogę sobie tylko mówić, o co mi chodzi w całej tej pracy. Na początku, kiedy coś jest krytykowane, ale w sposób konstruktywny, strasznie się burzę: poświęciłam na coś mnóstwo czasu i wizji, i muszę podjąć decyzję, czy polegać na ekspertach, czy oddać wodze swej fantazji. Decyzji w sprawach spornych nie podejmę od razu, muszę przemyśleć i rozłożyć wszystko na czynniki pierwsze. Najważniejsze, żeby w czasie twórczości nikogo przypadkiem nie obrazić, nie uprzykrzyć i nie dopuścić do publikacji czegoś, co mogłoby kogoś w jakiś sposób poniżyć. Od tego mam zaufane osoby.

Czym interesujesz się poza pisaniem? Co lubisz robić w wolnym czasie?

Bardzo lubię spać i śnić, bo sny wiele mi mówią. Coraz lepiej radzę sobie z ich interpretacją. Interesuję się duchowością, kartami Lenomard i numerologią. Natomiast nie popadam przy tym w fanatyzm.

Co chciałabyś przekazać swoim czytelnikom, innym mamom, które też piszą do szuflady lub robią inne cudowne rzeczy w zaciszu domowym?

Jeżeli pasję wykonujemy tylko dla pieniędzy, to nie osiągniemy tej radości, tej adrenaliny, ale też tego całego kunsztu twórczości, w której liczy się drugi człowiek, jego odbiór, jego uczucia, jego zachowanie. To, co robimy –  czy to pisanie, rękodzieło, tworzenie muzyki – powinno płynąć z formy terapii siebie. Mnie na przykład sprawia radość pisanie bez względu na profity i dalej to robię, chociaż w koło się słyszy, że dziś więcej autorów i pisarzy niż czytelników. Przecież treść pisana, a później produkt uboczny tego procesu, jakim jest książka, to wciąż najtańsza forma zdobywania wiedzy. Biorąc pod uwagę wkład pracy, jaką autor włożył w cały proces, byłoby mało satysfakcjonujące, gdyby wynagrodzenie miały być wyłącznie finansowe. To samo dotyczy rękodzieła, które nie jest chińską taśmą z produkcji. Moja rada będzie krótka: po prostu rób to, co kochasz.

Rok 2019 był przełomowym i trudnym okresem w Twoim życiu. Śmierć teściów, odejście z pracy, choroba, problemy z samooceną i załamanie męża. Poczucie bycia samotną i zmęczoną dniem codziennym. W tym czasie odcięłaś się od mediów społecznościowych i powstała Twoja książka. Czy to była forma terapii? Ile trwał detoks od mediów społecznościowych?

Teściowie zmarli wiosną 2019 roku, książkę zaczęłam pisać jesienią, a z mediów odeszłam z końcem września. Początkowo wszystko jeszcze było w miarę normalnie, ale pojawiły się problemy z pracą, potem brak pracy i mnóstwo zawirowań na tej drodze. Jako kobieta ogarniam mnóstwo spraw. Jestem jedynym kierowcą w domu, zajmuję się realizacją rachunków na czas, mam do ogarnięcia zebrania, urzędy itp. Co w sytuacji, kiedy ja trafiam do szpitala? Nikt mi nie przywiezie nawet majtek na zmianę, skoro tylko ja jeżdżę. Zaczęłam rozumieć teściową po amputacji nogi. Ona się z tym nie pogodziła i w końcu zmarła, nie mogła dopuścić do siebie tej myśli, że będzie zależna od kogoś – i to od kogo? Schorowanego teścia i dzieci, które jeżdżą do pracy? Mnóstwo tego się skumulowało i pokazało prawdziwy obraz rzeczywistości.

Detoks od mediów społecznościowych trwał 8 miesięcy. Miałam czas na czytanie, zbieranie informacji, szkicowanie i szukanie kontaktu, gdy wydam książkę. Ale kiedy to się już stało, kiedy książka trafiła na mój stół i przygotowywałam zamówienia, nie czułam kompletnie nic. Ludzie mi gratulowali i chcieli więcej, a ja nie czułam zupełnie nic: ani dumy, ani radości, ani sensu tego wszystkiego. Jedyna nagroda to opinie od czytelników.  

W moim domu rozgrywało się piekło samotności, gróźb; w międzyczasie przeszłam zabieg odbudowy kości, chodziłam spuchnięta jak bulwa. Nie mogłam wychodzić, żeby mnie nie przewiało. Na zabieg jechałam sama i sama wróciłam. Żyć pod jednym dachem w czasie kryzysu, w spięciu, na kilkunastu metrach kwadratowych, jest bardzo trudno.

W międzyczasie rozstałaś się z mężem… Coś wtedy powstało, coś się zmieniło? Ty się zmieniłaś?

Zaczęłam zastanawiać się, kim jestem dla drugiego człowieka i jakie są jego intencje wobec mnie. Szczere? Nieszczere? Czy jest dobrze tylko wtedy, kiedy zapieprzam i robię tak, jak ktoś chce, czy liczą się moje pasje? Czy ja w ogóle mogę gdzieś wyjść i porozmawiać z koleżanką stacjonarnie, a nie tylko przez telefon? Czy jestem więźniem we własnym domu, czy mam prawo odwiedzić mamę, przenocować u niej na weekend i spędzić babski wieczór? Prawo niby mam, ale ile wyrzutów w tym wszystkim bywało? Rzuciłam to w diabły, tę całą relację, moje poświęcenie i byłam gotowa odejść. Rozwód nie jest mi do niczego potrzebny, nie związałabym się z innym mężczyzną, wolałabym być sama. Nie mam ochoty włóczyć się po prawnikach i sądach, wszystko bym oddała, byleby mieć spokój od niesłusznych oskarżeń i wszystkich spięć spowodowanych brakiem komunikacji.

Co było dla was najtrudniejsze, gdy nadszedł kryzys?  

Najtrudniejsze jest to, kiedy nie masz dokąd pójść. Polskie prawo ma gdzieś, czy ty masz lokum czy nie masz. To jest ta rzeczywistość. Teraz już jestem spokojna. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest mieszkanie pod jednym dachem, bo nie miałam możliwości ani finansowych, ani innych, żeby się gdzieś wynieść i mieć odrobinę spokoju. Bardzo trudne jest słuchanie pań ekspertek w postaci psychologów, które również odbierają cię tak, jak cię odbierają: czyli wyrodną matkę, widzącą wyłącznie czubek swojego nosa, dbającą tylko o swoje interesy. Nigdy więcej nie ulegnę żadnej takiej sesji, chyba, że sama sobie wybiorę specjalistę. Na jednej takiej sesji pani psycholog złamała wszelkie zasady oceny moralnej, wyszłam wściekła. Całkiem inaczej przebiegła rozmowa ze szkolną pedagog, która mnie zrozumiała i spokojnie wytłumaczyła, co możemy zrobić wspólnie, żeby było dobrze.

Napisałaś świetny artykuł: Manipulacja w relacjach damsko-męskich. Kobiety kochają uszami dla Przejrzyj na oczy. To bardzo osobisty artykuł. Czy pisałaś w nim o swoich przeżyciach? Doświadczyłaś relacji z manipulatorem? Co ona zmieniła w Tobie?

Wszyscy jesteśmy manipulatorami, ale nie wszyscy mamy skłonność do przedmiotowego traktowania innych. To świetny temat, który badam od kilku lat. Sama stosuję manipulację, tylko mam przy tym tak specyficzne poczucie humoru, że nawet moja najlepsza przyjaciółka nie potrafi rozróżnić, kiedy mówię poważnie, a kiedy urządzam sobie kpiny. Zainteresowałam się tematem na tyle, że nawet wykorzystałam wiedzę i praktykę na temat programowania neurolingwistycznego, a efekty chcę opisać w trzeciej książce. Doświadczyłam relacji z manipulatorem. Manipulacja odbyła się poprzez słuch i treść pisaną, nawet z mężem o tym dyskutowaliśmy i śledziliśmy każdą z tych wiadomości. Musiałam wszystko przeanalizować i niesamowite jest, jak ludzie we wszystko potrafią uwierzyć, a reputacja dodaje w tym wszystkim siły. Oczywiście pozytywna reputacja.

Czy żałujesz tej relacji, czy postrzegasz ją jako jedną z lekcji, jakie dało Ci życie?

Powiem jak Edith Piaf: niczego nie żałuję. Z jednej strony świetnie się bawiłam, z drugiej minęło parę tygodni zanim zorientowałam się o co chodziło – najpierw byłam chwalona i zachęcona, motywowana. Manipulator wybrał źle mój zasób, nie trafił, a szkoda, bo liczyłam na większy profesjonalizm. Teraz bawi się z nowymi zdobyczami. Może tam pójdzie gładko. Na pewno ta osoba świetnie wchodzi w przestrzeń czyichś granic, dopyta, czego pragniesz, a  później rzekomo ci to obieca. Ja nie szukam romansów, motyli w brzuchu czy też urozmaiceń w sferze erotycznej.  

Trwało to jakieś 2 miesiące i to nie całe, tyle czasu wystarczyło, aby przekonać się, z kim się ma do czynienia. Ja nie jestem naiwna, jak ktoś sobie myśli, zawsze zbieram dowody w postaci nagrywania rozmów, czy zbierania różnych wiadomości. Ja nie jestem osobą do zastraszenia, ja walczę do końca, tego nauczyło mnie trudne życie. Poznajesz w necie kogoś, ktoś oferuje ci pomoc, spotkanie, wydaje się być mądry i rzeczowy, a tak naprawdę sam jest nikim.

Kolejnym trudnym etapem w życiu było spotkanie ze stalkerem, który podszywał się za Twojego męża na Fb, a jednocześnie hejtował publicznie Twoje teksty? Jak sobie z tym radziłaś? Jak to wpłynęło na twoje relacje z bliskimi? To była forma zazdrości?

Nie, teksty hejtował manipulator, który ma bogaty w fanów fanpage na Fb. Wielu fanów z fikcyjnych kont, których założyciel zaproponował mi współpracę przy felietonach po to, żeby później mnie krytykować. Jemu wiecznie coś w moich tekstach nie pasowało, ale nie widział belki w swoim oku. Taki hejt obciąża linie papilarne u palców manipulatora, taki człowiek już sam gubi się w tym, co pisze.

Natomiast stalker to zupełnie inna osoba, która lajkowała mi teksty, była w moich znajomych od kilku lat. To jest człowiek cierpiący na zaburzenia psychiczne typu psychoza bądź schizofrenik. Ubzdurał sobie, że jestem jego żoną, że mamy dziecko, dołączał status na Fb, że właśnie jesteśmy razem i niedługo wyjeżdżamy na urlop. Doszło nawet do konfrontacji z jego żoną, która pokazywała mi wiadomości, w których przedstawiał mnie kolegom jako swoją przyszłą żonę. Ostrzeżono mnie, że dla mojego bezpieczeństwa lepiej zablokować stalkera, ale i tak dezaktywowałam konto, więc kontakt się urwał. Współczuję tej kobiecie, bo ten człowiek nie chce brać leków, a ona w młodym wieku musi się zmagać z takim ciężarem choroby.

Media społecznościowe są niebezpieczne. Po co tam zaglądać – żeby sprawdzić, kto gdzie był, co sobie zrobił? Ja dodawałam zwykle jakieś cytaty, przemyślenia, raczej figurowałam tam jako przyszły eksponat do muzeum; nudna, ze specyficzną filozofią życia.

Pod koniec 2020 roku dochodzi do porozumienia z mężem. Przeszliście przez terapię i proces wybaczenia. Uważasz, że teraz, po tych doświadczeniach jesteście silniejsi niż przed tymi wydarzeniami?

Coś tam dotarło do tego płata czołowego – jednego i drugiego. Ja przyciągam osoby trudne, mroczne – to jest wpisane w układ planet przy moim urodzeniu. Na pewno nie będę ze swojej strony więcej stwarzać gróźb i podgrzewać do walki. Ta forma obrony doprowadziła prawie do wewnętrznej ruiny nas oboje. Nie my pierwsi, nie my ostatni. Jesteśmy bogatsi w doświadczenia, to na pewno.

Interesujesz się Lenomardem i numerologią – zdradź coś więcej o tym hobby?

Kiedy w „Wielkiej księdze przepowiedni”, publikacja chyba z 1988 roku, książce zamówionej w latach 90-tych na „TV market” przeczytałam, że nasza przyszłość jest ustalona od urodzenia, postanowiłam się temu przyjrzeć, przeprowadzić małe eksperymenty na sobie i otoczeniu. W dniu narodzin powstaje określony układ planet i nie każdy kelner zostanie piosenkarzem, choćby nie wiem, jak się starał, bo układ planet kręci się jak karuzela i na wszystko przychodzi czas. Horoskop nie jest zainteresowany tym, czy żyjesz, czy nie – robi swoje, ot, taka ironia losu. Ciekawym astrologiem potwierdzającym tę tezę był Leszek Szuman oraz badacz Michael Gauquelin. Przykład ciekawego układu w dniu narodzin miał niewątpliwie, według tych astrologów, Jan Paweł II oraz były prezydent Lech Wałęsa. Kariera Mary Key zaczynała nabierać tempa dopiero w wieku 46 lat. Takie rzeczy jak numerologia czy układ planet możemy sprawdzić samodzielnie, pod warunkiem, że znamy dokładną godzinę urodzenia. Interesuje mnie i przekonuje reinkarnacja, ale to długi i osobny temat.

Lenomard to bezpieczne karty – nie jak np. tarot. To talia 36 kart, symbolizujących proste zagadnienia codzienności, ale nie tylko. Doświadczona osoba potrafi zrobić rozkład na cały rok, ale ja z tego nie korzystam. Trzeba znać również łączenia kart, jakie mają znaczenie z innymi kartami – takie opisy są często w książkach czy na stronie internetowej Lenomarda.

Na przykład kiedyś u znajomej wyszło, że rozwinie firmę, ale jej związek, jeśli zdecyduje się w nim pozostać, zawsze będzie burzliwy. I to się sprawdziło.

Z kolei u mnie ostatnio pojawiła się informacja, że mogę spodziewać się negatywnej wiadomości, ale pewna osoba załatwi tę sprawę pozytywnie. I rzeczywiście: w tygodniu otrzymałam smsa, że jestem dłużna firmie windykacyjnej sporą sumę. Nie posiadam takich zobowiązań, więc zgłosiłam sprawę do operatora sieci komórkowej z prośbą, aby usunęli mój kontakt z windykacji. Po kilku dniach otrzymałam pozytywne rozpatrzenie mojej sprawy i w ramach rekompensaty operator dodał mi bonus do rachunku.

Tak jak wspomniałam, podchodzę do tego w formie zabawy i dystansu, ale coś w tej astrologii niewątpliwie jest zapisane.

Czy rola mamy pomaga Ci w realizowaniu walki o siebie i dodaje przysłowiowego kopniaka do działania? Czy sprawia, że popadasz w stagnację i rutynę?

U mnie rola mamy zaczęła się na studiach na drugim roku. Jako młoda mama musiałam podołać kilku obowiązkom: uczelnia, praca, dziecko – to była ciężka praca, ale miałam dużą pomoc. Najgorsze chyba jest to uświadomienie sobie, że te studia były nic nie warte i straciłam czas tylko po to, że mam wpisane w metryczkę wykształcenie wyższe. Jednak czas, który straciłam na studia, a mogłam spożytkować chociażby na bycie z dzieckiem, już nie wróci. Człowiek poświęca coś dla kogoś i siebie – żeby chociaż dzieci miały łatwiej w życiu – ale nie zawsze tak jest.

Moja latorośl zawsze może liczyć na ogromne wsparcie, jeżeli chodzi o naukę i sprawy młodzieżowe, relacje, konflikty, pasje.

Ma moją pełną akceptację i brak presji, że ja jej narzucam, kim ma być i co osiągać. Na pewno będąc mamą nie mam tyle czasu, bo trzeba zadbać o wszystkie potrzeby dziecka – w końcu to już nastolatka i będzie coraz trudniej w rozmowach, w tłumaczeniu, w pocieszaniu. Myślę, że damy radę z naszym poczuciem humoru. Na szczęście stagnacja mnie omija, ja potrafię dostrzec w codzienności coś więcej.

Czy to walka o siebie jest siłą macierzyństwa? Raczej walczę o innych, pilnuję żeby oni nie upadli. Ze mną jest inaczej: ja jestem bardzo trudnym przypadkiem i praca ze mną musi opierać się na naprawdę ogromnym zrozumieniu, a to mało kto potrafi wykonać.

W relacji rodzic – dziecko jesteś bardziej mamą czy przyjaciółką dla swojej córki?

Mam nadzieję, że wszystkim po trochę. Na pewno jestem mamą, choć nie uchodzę za osobę wylewną, trzymam fason i staram się pokazać, żeby być twardym, bo inni tylko czekają, żeby zrobić z kogoś kozła ofiarnego. Mogę być za coś wściekła na dziecko, ale bronić go będę jak lwica i to robię zawsze, w szczególności gdy córka staje się słabym ogniwem w swoich relacjach z rówieśnikami.

Odnoszę wrażenie, że jesteś silną kobietą. Co naprawdę skrywa pod skórą Elizabeth?

Często jest tak, że facet postawny, zbudowany, dobrze wyglądający, zadbany jest silny fizycznie, a bardzo słaby psychicznie. Tak było z moim ojcem, który popełnił samobójstwo.

Jestem drobna, krucha na zewnątrz, ale silna psychicznie – nauczyło mnie tego życie. To cenna umiejętność zachowania poker face, czy powiedzenie szczerze swoich zasad, które nie zawsze pasują innym.  

Czy tragiczna śmierć taty wpłynęła na to, że pod skorą jesteś twarda? Doświadczenia kształtują, kim jesteśmy lub kim się stajemy.

Straciłam ojca w tragicznych okolicznościach, mając 27 lat. Ten dzień zapamiętam do końca życia, 3 sierpnia 2015 roku, lato, rekordowe wówczas w upałach – jeden telefon mamy zmienia wszystko, wywraca mój świat do góry nogami. W drodze na miejsce w mojej głowie kłębiły się myśli, strach o mamę, jak sobie tam radzi, czy władze i pogotowie dotarły na miejsce. Widok ojca, martwego, pod drzewem, wyglądającego, jakby zapadł w sen, ale już na wieki. Starałam się to wszystko pozałatwiać jak najszybciej, pomóc w formalnościach, oswoić się z tą myślą, poradzić z niewygodnymi plotkami ludzi z zewnątrz i pytaniem dlaczego, co się stało. W takiej chwili plotki, pomówienia, dopowiadania innych osób są na porządku dziennym, a człowiek musi sobie z wielkiego nieładu i chaosu zrobić porządek w głowie, żeby nie zwariować, nie dać się ponieść obwinianiu. Po wszystkim, kiedy wróciłam do domu i to było takie świeże, takie namacalne, z każdej strony docierające do każdej komórki mojego ciała, pamiętam, że tłukłam głową o wannę, nie mogąc pojąć, że ta strata odbyła się w tak dramatycznych okolicznościach. Cała ta sytuacja ukształtowała mnie, uczyniła silniejszą, a jeszcze bardziej żywe, realistyczne spotkanie z ojcem we śnie, kiedy było już po pogrzebie. Nigdy tego nie zapomnę. Od tamtej pory jestem o jego duszę spokojna, powiedział mi wiele pięknych rzeczy. W naszej rodzinie jest z pokolenia na pokolenie tradycja proroczych snów. Kiedy mojej mamie śni się jej ojciec, już wie, że ją przed czymś ostrzega –  ja mam to samo z moim. Kiedy nawiedza mnie we śnie, to jest przygotowanie mnie przed zbliżającymi się problemami, bądź nadchodząca pomoc – ostrzeżenie przed kimś lub przed czymś. Nauczyłam się to kontrolować i rzeczywiście tak jest.

Znam ludzi, których los nie oszczędzał w życiu. Przywdziali oni maskę twardzieli, ludzi dających sobie radę – lecz tylko na pozór: często w zaciszu domowym płaczą w samotności...  Też tak masz? Zdarza Ci się płakać i czuć się bezradną, niekochaną i bezwartościową?

Oczywiście, mam momenty słabości, beznadziei, bezsilności wobec różnych aspektów życia. W szczególności w kwestiach zdrowotnych, zawodowych, z natłokiem myśli i wydarzeń niepożądanych.  Łzy to nic poniżającego, ale też nie jest to fizjologia w niczym pomagająca. Zastanawiam się, co tracę z łzami? A czy coś zyskuję? Może ktoś tak, ale ja nie, nic, kompletnie. A może błędnie wykorzystywane są łzy człowiecze? Nie wiem. Nie zmienia to faktu, że jednak się pojawiają, a skoro nie są częste, to jednak musi być to związane z głębią duszy. Domagające się ujścia w często szarej rzeczywistości.

Nie mam odczucia braku miłości, akceptacji w sensie fizycznym, bo w psychicznym to zawsze się czegoś można doszukać.

Jednak wolę taki stan ambiwalentny niż stagnacyjny, bo z tego pierwszego zawsze jeszcze da się coś ciekawego wyciągnąć.

Mówisz, że niektórzy tak mają, że płaczą po kątach, gdy kurtyna dnia opadnie – ale to zazwyczaj większość tak ma: matka, która wykończona egzystencją i wychowaniem pada bezradnie na podłogę i modli się o siłę; artysta, który mimo sukcesów i bogactwa sięga na koniec dnia po szklany trunek – wszystko ma swoją cenę. Ktoś podaje warunki, na które człowiek przystaje, dlatego ja stronię od zgrupowań artystycznych, medialnych i jakich tylko można; świat on-line jest równie niebezpieczny. Zaczął mnie ogarniać niepokój o własne sprawowanie, dlatego wycofałam się totalnie.

Piszesz: nie jestem płaczkiem. Uważasz, że płacz to okazywanie naszej słabości? A nie to, że czujemy i coś nas dotyka? Wstydzisz się tego?

Nie jestem płaczkiem – to znaczy, że nie beczę z byle powodu. W mojej ocenie płacz nie jest słabością, tylko pewnego rodzaju siłą. Zdarza mi się uronić łzy – oczywiście, że tak – w szczególności, kiedy wszystkich problemów jest za dużo.

Jak docierasz do odbiorców? Dla kogo pisze Elizabeth?

Początkowo wróciłam do mediów przez swoją pierwszą książkę, druga jest zamrożona, bo wystąpiłam gościnnie i autor zrobi z nią, co będzie uważał za stosowne. Teraz głównie piszę dla strony „Przejrzyj na oczy”, gdzie promowany jest zdrowy styl życia i różne aspekty psychologiczne czy życia społecznego. Od niedawna też tutaj, na portalu „Sama mama”, gdzie mocno czuję temat, pomimo że jestem w związku małżeńskim.

Dla stałych czytelników zawsze wysyłam informacje mailem bądź komunikatorem, że jest coś nowego. Od teraz, kiedy wyszedł kwarantannik, wszystkim zajmuje się wydawca.  Niedługo pojawi się reklama z tym dziennikiem, a publikacje będzie można zakupić również na stronie wydawnictwa „Literatoory” w zakładce Sięgarnia – sięgnij po swoją książkę.

Jesteś bardzo barwną osobowością – skąd czerpiesz tak różnorodne pomysły na siebie i formy wyrażania siebie w swojej twórczości? Od wykładowych tekstów po bardzo osobiste wyznania?

Mam taką specyfikę bycia, że zamiast sięgnąć po nową, nudną książkę, będę czytać po raz setny tę samą. Tak samo mam z filmem. Coś, co jest czarne albo białe dla kogoś innego, dla mnie już takie nie będzie i to jest ten cały fenomen.

Co Cię wzrusza?

Muzyka: bity, słowa – one mają dla mnie największą wartość emocjonalną.

Ulubiony cytat lub motto, jakim się kierujesz w życiu, na co dzień?

Najbardziej podoba mi się i sprawdza w życiu stwierdzenie, że lepszy błąd, który uczy pokory, niż sukces, który czyni aroganckim.

Co cię zmotywowało do walki o swoje marzenia?

To wąskie grono znajomych, które cieszyło się na moje teksty. Tych osób nie jest dużo, ale bardzo dobrze słyszą i widzą, co się ze mną czasami dzieje i najważniejsza jest wtedy rozmowa. Miałam taki etap po wydaniu książki, że zakopię zeszyty i wszystko, co służy pisaniu i dokonam ceremonii pogrzebowej – ale mój wydawca mnie mocno słownie ochrzanił i mi przeszło. Ja nie działam pod presją, na pewno super byłoby dla mnie nie pracować z domu, gdzie sama coś ustalam i z tego żyję. Nie zgodzę się tutaj z powiedzeniem: rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia, albo że pieniądze leżą na ulicy. Znam ludzi, którzy prowadzą biznesy, ale jeszcze robią na etacie – pytanie: po co tak tyrać? Neurotycy jacyś? Czy jak? Nie wiem. Mnie cieszą małe rzeczy, może dlatego potrafię się tak zachwycać – ale widzę, że córka ma tak samo. Teraz dzieci są rozpuszczone, wszystko mają, takie luksusy, które rzucają zaraz w kąt – a moje dziecko cieszy się ze wszystkiego.

Kobieta sukcesu – czujesz się nią teraz? Jesteś nią?

Sukces to szczęśliwy traf, coś się udało, coś się nie udało. Sukcesem jest przekuć porażkę w zysk, pośmiać się z tego całego dziadostwa, które się wydarzyło i pluskiew, które gdzieś się pałętały, ale na szczęście zniknęły.

Słysząc słowa ‘kobieta sukcesu’, człowiek zdaje się widzieć seksowne garsonki, usta czerwone bądź pink i można zrobić zdjęcie w obieg – a tak przecież każda z nas może zrobić. Coś tam czuję, ale na laurach nie osiadam, raczej jestem skromna i prostolinijna, choć ekspresyjna.

A co jest Twoim największym sukcesem?

Nie potrafię tak stopniować sukcesu w kategorii większy, największy, więc powiem, że sukces zawdzięczam mamie – że wychowała mnie na dobrego, uczciwego człowieka i w trudnych warunkach, w jakich przyszło jej tego dokonać, spisała się na medal. Jestem po prostu wdzięczna, że mam ludzkie uczucia. Edycja limitowana.

Jakie masz plany na najbliższy rok? Czym nas zaskoczysz?

Nie mam żadnych planów, nie mam możliwości zaplanowania czegokolwiek, ponieważ wszechświat zawsze zadba o odpowiednią barwę, choreografię i scenariusz życiowy w taki sposób, żebym czasami zapomniała, jak się nazywam.

Czego Ci więc życzyć?

Zdopingowania do działania.

Życzę Ci zatem dużo siły i samozaparcia w dążeniu do realizacji marzeń i celów, by małe sukcesy motywowały Cię do dalszych działań i kolejnych kreatywnych pomysłów, którymi będziesz mogła się z nami podzielić. Twórz, działaj – rób to, co sprawia Ci radość i daje satysfakcję. Nie pozwól, by kiedykolwiek ktoś lub coś zdemotywowało Cię w działaniach i byś spoczęła na laurach. Dziękuję za rozmowę!

Rozmawiała Anna Wieczorek

Anna Wieczorek – współtwórca i autorka tekstów na portalu sama-mama. Tworzy teksty dla kobiet oraz utwory dla najmłodszych. Pełna empatii dla drugiego człowieka. Jej pozytywne nastawienie i wiara w lepsze jutro sprawiają, że niemożliwe staje się możliwie. Prywatnie – mama dwóch córek, kreatywna i pełna pomysłów artystyczna dusza oraz miłośniczka poezji śpiewanej i kryminałów.

Partnerzy