Pierwsza w historii rzeszowskiego lotniska kontrolerka ruchu lotniczego

Pierwsza w historii rzeszowskiego lotniska kontrolerka ruchu lotniczego
Fotografia archiwalna: Lotnicze Podkarpackie

Krystyna Czyrek była pierwszą i przez kilkadziesiąt lat jedyną kontrolerką ruchu lotniczego na rzeszowskim lotnisku w Jasionce. Pracę rozpoczęła na początku lat 70. Rozmawiała z nią autorka bloga Lotnicze podkarpackie. Kobieta była bardzo zaskoczona prośbą blogerki i zdziwiona, że ktoś chce słuchać o jej pracy.

O osiągnięciach kobiet w Polsce mówi się najczęściej z okazji lub przy okazji: Dnia Kobiet, protestów feministek, demonstracji o równouprawnienie. Na niwie męskich, te kobiece jawią się jak coś wyjątkowego, medialnego. Bycie pierwszą, jedyną w branży jest niestereotypowe, a więc poczytne, klikalne. Nawet te mikrohistorie zwykłych kobiet mają wielkie znaczenie – są motywujące.

Będę pracować w tym „kurniku”

– Wtedy wiedziałam tylko, że będę pracować w tym “kurniku”, na tym dachu. W 1971 roku na rzeszowskim lotnisku był tylko jeden budynek z wieżą, drogą startową i płytą postojową skąd odprawiano pasażerów. Była w nim też siedziba zarządu portu lotniczego. Tylko lotniskowa straż pożarna i dział techniczny rezydowali w innym. Pasażerów transportowano na lotnisko autobusem z placu Zwycięstwa w Rzeszowie. Kursy były dostosowane do godzin odlotów samolotów PLL LOT.

Jest lato 1971 roku. Do krawcowej przychodzi Krystyna. Jest „świeżo upieczoną” maturzystką. Chce uszyć sukienkę na bal. Mąż krawcowej pracuje na lotnisku w Jasionce. Jest mechanikiem. Wspólnie rozmawiają. Mężczyzna dopytuje Krysię o wynik egzaminu dojrzałości i plany na przyszłość. Mówi, że w porcie potrzebują pracownika. Pyta dziewczynę, czy chciałaby podjąć pracę na wieży. Krysia mieszkała w pobliżu lotniska. Warkot silników lotniczych był dla niej codziennością, lecz nigdy nie przypuszczała, że będzie pracować na lotnisku w Jasionce. Została kontrolerką ruchu lotniczego na rzeszowskim lotnisku, pierwszą kobietą zatrudnioną na takim stanowisku w tym miejscu. Kolejna kobieta – kontroler trafiła tu dopiero w latach 90.

W pierwszym dniu pracy kobieta została lakonicznie poinstruowana, gdzie znajduje się centrala telefoniczna, do czego służy książka przylotów, co to jest dalekopis – na nim utrzymywało się łączność, pisało depesze. Starsi koledzy – kontrolerzy, byli piloci wojskowi powiedzieli jej też, żeby uważała wchodząc po nierównych, krętych schodach na wieżę. Dziewczyna była zrozpaczona. W domu zarzekała się, że już tam nie wróci. Stało się inaczej. Szybko opanowała swoje obowiązki. Najpierw pracodawcą Krystyny był Zarząd Ruchu Lotniczego i Lotnisk Komunikacyjnych. Potem zatrudniało ją Przedsiębiorstwo Państwowe „Porty Lotnicze”, z którego powstała Polska Agencja Żeglugi Powietrznej. Pracodawca wysyłał ją na szkolenia, lecz na licencję czekała aż do 1979 roku. Niefortunnie trafiła na okres, w którym zaprzestano szkoleń kobiet. Było to spowodowane – jak wspominała w rozmowie z blogerką – zdarzeniem lotniczym, za które obwiniono dwie dyżurujące kontrolerki. Czasowo wstrzymano kształcenie oraz zatrudnianie kobiet na tym stanowisku.

Wiosną 1973 roku, gdy na ekrany kin wchodziła polska komedia „Wniebowzięci” w reżyserii Andrzeja Kondratiuka z domniemanym udziałem rzeszowskiego lotniska, tutejszych kontrolerów przeniesiono do nowej siedziby. W nowej wieży był drewniany pulpit, wisiały lniane zasłony (patrz fot.) Pracowano na jedną zmianę, mimo że jak oficjalnie podawano w tym czasie port odnotował najwyższą w historii liczbę pasażerów – ponad 96 tysięcy. Co ciekawe, kontrolerka mówiła, że liczba lotów kursowych była raczej niewielka – początkowo Jasionka obsługiwała dwa stałe rejsy dziennie na linii Rzeszów-Warszawa, sezonowo uruchamiano loty do Gdańska, Koszalina, Szczecina i Wrocławia. Lot samolotem był luksusem, na który mogli pozwolić sobie tylko nieliczni. Mieszkańcy Podkarpacia na podróże samolotem pozwalali sobie głównie w okresie wakacji. Korzystali z sezonowych połączeń.

– Ponieważ do Gdańska lotowskim An-24 leciało się około dwóch godzin, w porównaniu do innych form ówczesnego transportu było drogą, lecz kuszącą alternatywą. Miesięcznie odbywało się nawet kilkaset startów i lądowań. Latem na łączności w jednym momencie bywało nawet kilkanaście samolotów do obsłużenia. Tąpnięcie nastąpiło podczas stanu wojennego.

Jednak skupisko jednostek lotniczych na tym terenie nie spowodowało, że wszystkie loty trwale zawieszono. Odbywało się sporo lotów fabrycznych do rzeszowskiej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego, gdzie produkowano silniki lotnicze. Przylatywały samoloty wojskowe. Działało lotnictwo sanitarne. Z Jasionki do krakowskiego szpitala pacjent leciał około godziny. Lotnisko intensywnie eksploatował też Aeroklub Rzeszowski i Ośrodek Szkolenia Personelu Lotniczego.

– Lotów szkolnych było mnóstwo. Jak zaczynałam pracę jako kontrolerka, to dla wszystkich statków powietrznych było jedno niebo. Potem przestrzeń powietrzną podzielono na tę do lotów kontrolowanych i niekontrolowanych przez TWR [przyp. red.: z ang. tower Rzeszow]. W tej pierwszej samoloty musiały być w ciągłej łączności z nami. Od tego czasu zajmowałam się lotami w tej przestrzeni.

„Skolko ugodno” i „Sierra obora”

Rzeszowski port lotniczy przyjmował i odprawiał loty cargo m.in do i z Baku, które nadzorowała tutejsza wieża. Z Azerbejdżanu do Jasionki przylatywał Tu-154. Transportowano nim głównie towary, ale gdy w samolotach zostawało miejsca załoga zabierała też pasażerów. Ilu?

– “Skolko ugodno” – mawiano. Ci podróżni mieli bilety, ale bez miejscówek. Kto pierwszy dostał się na pokład ten poleciał. Zabierano tylu, ile zmieściło się na pokład. Ci piloci byli jak kamikadze. Podrywali maszynę do startu na samym końcu pasa. Nieraz w myślach modliłam się, żeby ta nasza droga startowa wydłużyła się na czas startu tej załogi. Z rzeszowskiego lotniska operowały również radzieckie Ił-18. W latach 70. transportowały ludzi m.in. do pracy w Libii, a tymi latającymi na trasie z Jasionki do Mediolanu transportowano cielęta, żywe. Zdarzało się też, że zwierzę uciekło z pokładu i ścigano je po lotnisku. Załoga tych samolotów zgłaszała się do nas przez radio, mówiąc “Sierra Obora.”

Kontrolerka wspomina też wizytę w podrzeszowskiej Jasionce komunistycznego przywódcy Jugosławii Josipa Broz „Tito”, który przyleciał tutaj francuskim odrzutowcem Sud Aviation SE 210 Caravelle wiosną 1975 roku. Z Rzeszowa latano też do Bejrutu z mięsem i do Helsinek z truskawkami.

Enigmatyczna praca kontrolera

Kiedy kobieta zaczęła pracować jako kontroler ruchu lotniczego ten zawód w Polsce istniał od niedawna. Pierwsze licencje zaczęto wydawać w 1965 roku. Początkiem lat 70. nie postrzegano tego jako prestiżowej profesji.

– Gdy mówiłam, że pracuję na wieży na lotnisku ze zdziwieniem pytano mnie co ja tam robię. Podróżowanie samolotem było mało popularne, a praca kontrolera nieznana. Początkowo w ramach zapoznawania z profesją zabierano nas na pokłady samolotów, żebyśmy mogli zobaczyć naszą pracę z drugiej strony. Wtedy doceniłam jak ważne jest opanowanie i spokój w głosie. Chociaż nie jestem pewna, czy mój głos zawsze taki był…

Kłopotliwe było również teoretyczne zgłębianie wiedzy z kontrolowania przestrzeni powietrznej. W księgarniach ani w bibliotekach nie było książek na ten temat. Całą wiedzę zdobywano głównie na szkoleniach teoretycznych w Warszawie. Przyszli kontrolerzy uczyli się m.in mechaniki lotu i meteorologii, a szkolenie praktyczne i egzaminy odbywało się w Jasionce. W budynku dawnego portu lotniczego na piętrze, nad halą odlotów mieścił się Ośrodek Szkolenia Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

– Tutaj odbywały się szkolenia praktyczne na symulatorach i egzaminy. Jeden udawał, że leci, a drugi, że go kontroluje. Trenowaliśmy na przykład właściwe używanie lotniczej frazeologii – angielskiej i rosyjskiej tak, aby zmieścić się w czasie, by uniknąć tzw. kiksa. Każdy miał swój zegar. Potem były egzaminy. Na makiecie lotniska, w rozmiarze takim, aby sprawiała wrażenie, że patrzy się na port z wysokości wieży ustawiano miniaturowe samoloty…

Trzy razy „mayday”

W czasach PRL-u natężenie ruchu lotniczego było nieporównywalne mniejsze do dzisiejszego, lecz incydenty w powietrzu też się zdarzały. Ani pilota, ani kontrolera nie wspierały tak zaawansowane systemy technologiczne jak obecnie. Jednym z najgorszych scenariuszy dla adepta tej sztuki było usłyszeć podczas dyżuru sygnał „mayday”.

– To lotnicze SOS, oznaczało stan najwyższego zagrożenia w powietrzu. Wtedy okazało się, że zapalił się silnik samolotu. Stanął w płomieniach na wysokości 4000 stóp. Maszyna była zatankowana, z kompletem pasażerów. Pilot wylądował, lecz ja, jako świeżo upieczony kontroler, psychicznie bardzo to przeżyłam.

Kobieta pamięta też inne ekstremalne przypadki, które mimo upływu lat i rosnącego doświadczenia w tej pracy nie pozostały jej obojętne. Jak twierdzi, w latach 90. pod Sandomierzem rozbił się samolot L-200 Morava. Leciał z Rzeszowa do Warszawy.

– Słyszałam to wszystko, jak wołali pomocy… Słyszałam to na żywo… Do dziś nie wiem, jak po tym dyżurze wróciłam do domu. Na moim dyżurze rozbił się samolot. Zawsze życzyliśmy pilotom tylu lądowań, ilu startów. Tutaj tego bilansu zabrakło… Oni polecieli tak wysoko, że już nie wrócili.

Liczyliśmy paseczki jeden po drugim

Praca ówczesnego kontrolera ruchu lotniczego wyglądała nieco inaczej niż tych dzisiejszych. Technika – zarówno ta na niebie, jak i ta na ziemi była inna, mniej zaawansowana. Chociaż trudno się doszukiwać w tym, co opowiadała Krystyna, techniki wspierającej pracę kontrolerów.

– Teraz nie robi się ręcznie tych słupeczków. Robi je komputer, a my liczyliśmy paseczki jeden po drugim, na piechotę. Jak był “kit”, czyli mgła, to zazwyczaj nie mieliśmy dużo pracy, ale trzeba było pozostać czujnym ponieważ ktoś mógł zabłądzić. Kiedyś, podczas świątecznego dyżuru pewien Szwed wylądował w zaspie za Wisłokiem. Okazało się, że to był taki “niedzielny” pilot. Ostatecznie nic mu się nie stało, ale stosowne procedury musieliśmy uruchomić. Chwilami prowadziliśmy też luźne pogawędki. Gdy przychodziły święta bez przerwy słyszałam z głośnika Happy New Year!

Krystyna wspomina też jak w latach 80. podczas kryzysu gospodarczego zaprzyjaźniona z rzeszowską kontrolerką załoga samolotu z Instytutu Lotnictwa przywoziła jej z Warszawy masło i herbatki dla dzieci. Pamiętnym wydarzeniem było dla niej pierwsze lądowanie w Jasionce Boeinga 747 Speedbird wiosną 2004 roku.

– To była euforia! Piękna, ekskluzywna kolubryna miała wylądować w Rzeszowie! Na ten dzień miałam zaplanowany dyżur. Nie mogłam się doczekać. Co więcej, nie pozwoliłam kolegom, aby mi odebrali przyjemność naprowadzania go do naszego portu. Jumbo jet wykonał podejście z widocznością na 270°. Obiektywnie można zapytać, co to za różnica – przez radio gada się tak samo do załogi dużych samolotów, jak i małych samolotów. Ale dla nas była to ogromna przyjemność –mieć styczność z taką maszyną i jej załogą.

40 lat minęło…

W ciągu ponad czterdziestu lat pracy rzeszowska kontrolerka ruchu lotniczego widziała tworzącą się infrastrukturę portu lotniczego w Jasionce, otwierające i zamykające połączenia lotnicze, poznała ogrom ludzi ze świata lotnictwa i praktycznie uczestniczyła w konstytuowaniu się tego zawodu. Była pierwszą kobietą na tym stanowisku w Rzeszowie i jedną z nielicznych w kraju.

– Gdy sięgam pamięcią do początków mojej pracy to wydaje mi się, że była moim drugim domem. Mimo technicznych trudności, niedoskonałości sprzętu, z którymi musieliśmy się zmierzyć. Czasem, gdy słońce przygrzało do tych żelaznych ram na wieży, przebywając wewnątrz można było się ugotować. A na górę często trzeba było dotrzeć migiem. Z parteru na szczyt naszej wieży było aż 110 krętych schodów…

Odchodząc z pracy na emeryturę Krystyna otrzymała od współpracowników, pokoleń kontrolerów, którzy wychowali się na jej wiedzy okolicznościowy, samodzielnie wykonany album. Zawiera zdjęcia z pracownikami, opatrzone słowami podziękowania za lata wspólnej pracy. Jest w nim też rysunek wykonany ołówkiem przez jednego z pracowników dla Krysi. To zestawienie trzech wież kontroli ruchu lotniczego w Jasionce, w których pracowała. Grafikę opisano: „Contact Rzeszow Tower, 1972 126.800. 2015”. W środku – częstotliwość rzeszowskiej wieży, po bokach umieszczono daty graniczne: 1972 – 2015. To lata, w których Krystyna pracowała na rzeszowskim lotnisku.

W styczniu 2022 roku prezes PAŻP podał, że w kontroli wieżowej pracuje mniej więcej tyle samo mężczyzn, co kobiet.