Porwali samolot, bo marzyli o życiu jak z bajki. Zgotowali sobie piekło. Tragiczny lot Owieczkinów

Porwali samolot, bo marzyli o życiu jak z bajki. Zgotowali sobie piekło. Tragiczny lot Owieczkinów

8 marca – Międzynarodowy Dzień Kobiet – był w Związku Radzieckim jednym z najważniejszych świąt w roku. Tego jednego dnia w roku na pochmurnych zazwyczaj twarzach mieszkańców „Kraju Rad”, z mozołem budujących socjalizm, gościł uśmiech i zadowolenie. Tego jednego dnia kobiety dostawały czerwone goździki, a jeśli los i zaplecze zaprzyjaźnionej sklepowej były łaskawe, szyprowe perfumy „Czerwona Moskwa”. Buteleczka francuskich perfum była niedoścignionym marzeniem, równie odległym jak zwycięstwo komunizmu.

Tego jednego dnia wszyscy w ZSRR byli dla siebie mili. Dlatego 8 marca 1988 roku, gdy na lotnisku w Irkucku pojawiła się znana w mieście rodzina Owieczkinów – matka i jej dziesięcioro uzdolnionych muzycznie dzieci – pracownicy lotniska uśmiechnęli się jeszcze szerzej i pobieżnie sprawdzili ich bagaże. Owieczkinowie lecieli do Leningradu, jak mówili, na występy założonego przez siebie rodzinnego zespołu „Siedmiu Symeonów”.

Najmłodsze dzieci – 9-letni Sierioża i jego 10-letnia siostra Uliana – śmiały się i rozdawały wszystkim wokół kwiaty, starsze zaś – sześcioro braci i trzy siostry – w skupieniu pilnowały bagażu. Zwłaszcza wielkiego pudła z kontrabasem. Gdyby pracownicy lotniska byli bardziej skrupulatni i zajrzeli do niego, zobaczyliby, że jest pełne obrzynów, nabojów i dynamitu. Ale był 8 marca i wszyscy mieli świąteczny nastrój. Nikt nie sądził, że tego dnia Owieczkinowie dokonają porwania samolotu, a wieczorem większość z nich będzie martwa.

Matka

- Nadała sobie takie zagraniczne imię i myślała, że jest od wszystkich lepsza – tak w jednym z wywiadów mówiła o Ninel Owieczkinej jej dawna sąsiadka. „Zagraniczne imię” to pseudonim Władimira Ulianowa – Lenina, czytane wspak. Takie imiona często nadawano dziewczynkom urodzonym w ZSRR w latach 30. XX wieku. Tak jakby imię utworzone od nazwiska „wodza rewolucji” miało stanowić swoisty talizman, chroniący dziecko przed trybami radzieckiej rzeczywistości.

W przypadku Ninel Jerszowej tarcza nie zadziałała. Urodzona w 1937 roku Ninel mieszkała z rodzicami i czworgiem rodzeństwa w biednej chacie pod Irkuckiem. Gdy w 1941 roku Niemcy zaatakowały Związek Radziecki, jej ojciec niemal od razu wyruszył na front. W 1942 roku matka Ninel zginęła od strzału w głowę, gdy próbowała ukraść kilka ziemniaków z pola, by nakarmić dzieci. Zastrzelił ją pijany stróż, który prawdopodobnie nawet nie miał świadomości, że strzela do kobiety. Pięcioletnia Ninel słyszała rozmowę sąsiadek, które zastanawiały się głośno, co z nią zrobić i napomknęły, że rodzeństwo zostanie rozdzielone. Została sama.

Dziewczynka trafiła do domu dziecka, w którym nauczyła się, że trzeba trzymać gardę wysoko i nie okazywać słabości. Gdy z frontu wrócił jej ojciec, Siergiej, który chciał zabrać dziecko do swojego domu, w którym mieszkała już jego druga żona, Ninel odparła „Mam tylko jedną mamę” – i odmówiła przeprowadzenia się. Dopiero jako 15-latka zamieszkała u wuja, brata matki, ale wciąż nie czuła, że ma swoje miejsce pod słońcem. Prawdopodobnie dlatego w wieku 18 lat wyszła za mąż za Dmitrija Owieczkina – przystojnego i kochliwego, choć skromnego kierowcę ciężarówki.

Rok później urodziła pierwsze dziecko – dziewczynkę, której dali na imię Ludmiła. Kolejna córka, Larysa, zmarła pół roku po urodzeniu. Według niektórych źródeł, wtedy właśnie Ninel przysięgła samej sobie, że nigdy nie dokona aborcji i przyjmie tyle istnień, ile będzie jej dane. Ludmiła, córka Ninel, wspominała jednak, że po śmierci Larysy matka usunęła jedną ciążę i to właśnie wyrzuty sumienia po zabiegu skłoniły ją do złożenia obietnicy, że nigdy więcej tego nie zrobi. W ZSRR – kraju, w którym aborcja przez wiele lat traktowana była jako środek antykoncepcyjny, taka deklaracja była osobliwością.

Dzieci w rodzinie Owieczkinów przychodziły na świat niemal co roku. Po Ludmile i Oldze pojawili się chłopcy: Wasilij, Dmitrij, Oleg, Aleksandr, Igor. Później znowu dwie dziewczynki: Tatiana i Uliana, oraz dwóch chłopców: Michaił i Siergiej. Wielodzietna rodzina Owieczkinów dostała od państwa dom na ulicy Dietskiej (Dziecięcej) na obrzeżach Irkucka i kawałek ziemi, którą mogli uprawiać na swoje potrzeby. Trzymali świnie, krowę, kury, a na grządkach rosły warzywa, ale i tak wykarmienie takiej drużyny wymagało nie lada zachodu, dlatego Ninel, na co dzień pracująca w sklepie monopolowym, ściśle wyznaczała dzieciom zadania do wykonania i nie pozwalała na „lenistwo”. Pracować musieli nawet znajomi dzieci, jeśli akurat wpadali po szkole. Zawsze było coś do zrobienia, a jednocześnie, jak wspominają sąsiedzi, zawsze było tam „brudno i tymczasowo”.

Dmitrij Owieczkin-starszy pomagał przy dzieciach, gdy akurat nie był pod wpływem. Niestety, zdarzało mu się to coraz rzadziej. Na dodatek po alkoholu był agresywny – na co dzień cichy i wycofany szczupły mężczyzna, wszczynał awantury i bójki, wyciągał też swoją kolekcję strzelb i strzelał w okna swojego domu. Według zeznań sąsiadów Owieczkinów, w takich chwilach matka kazała dzieciom kłaść się na podłodze, by uniknąć zbłąkanej kuli.

Po okolicy krążyły opowieści, że Dmitrij dodawał sobie animuszu, bo Ninel, która nie należała do eterycznych romantyczek, a wręcz przeciwnie, była twardo stąpającą po ziemi kobietą i potrafiła przejść od słów do rękoczynów, gdy coś jej nie pasowało w zachowaniu męża. Niestety, postać Ninel obrosła tyloma mitami i legendami, że teraz trudno stwierdzić, co jest prawdą. Wiadomo natomiast na pewno, że bezgranicznie kochała swoje dzieci, nie używała wobec nich przemocy i nie podnosiła na nie głosu. Jednocześnie miała taki posłuch wśród Owieczkinów, że jej słowo było ostateczne – nikt nie przeciwił się zdaniu Ninel.

W 1979 roku Ninel otrzymała order „Matka-Bohaterka”, którym w ZSRR nagradzano matki dziesięciorga i więcej dzieci. Była niezwykle dumna z tego odznaczenia i często nosiła je również w dni powszednie. Jej dzieci były dla niej powodem do dumy, zwłaszcza po tym, jak okazało się, że najstarszy z chłopców, Wasilij, ma talent muzyczny. Zaczął uczęszczać na zajęcia w domu kultury i uczył się grać na perkusji. Później do brata po kolei dołączyli pozostali Owieczkinowie – okazało się, że wszyscy mają dobry słuch i umiejętności muzyczne. Matka zapisała synów do regionalnej irkuckiej szkoły muzycznej. Co ciekawe, jej zdaniem córki nie miały wystarczającego talentu i powinny były zająć się obsługą uzdolnionych braci (tak się też stało w przypadku Olgi, która poświęciła cały swój czas na dbanie o ich wizerunek, stroje i jeździła z nimi w trasy koncertowe).

Pod koniec 1983 roku Wasilij zapytał jednego z wykładowców szkoły, Władimira Romanienkę, czy nie zechciałby pomóc braciom w stworzeniu rodzinnego zespołu. Nie wiedzieli, jaki rodzaj muzyki chcą grać, a wtedy Romanienko, wielki fan jazzu, zaproponował, by grali muzykę w stylu dixieland. Bracia na nowo aranżowali popularne przeboje, które dzięki nowym rytmom zyskiwały inny wymiar. Wasilij grał na perkusji, Dmitrij – na trąbce, Oleg na saksofonie, Aleksandr na kontrabasie, Igor grał na pianinie, Michaił na puzonie, a najmłodszy, zaledwie czteroletni wówczas Siergiej – na banjo.

Pomysł na zespół był strzałem w dziesiątkę. Zaledwie po kilku miesiącach prób bracia zostali zaproszeni na koncert w Akademii Muzycznej im. Gniesinych, jednej z najlepszych uczelni muzycznych w ZSRR. Zadebiutowali w kwietniu 1984 roku na scenie tej właśnie placówki. A już w maju doszło do wydarzenia, które mogło przekreślić ich karierę…

Siedmiu Symeonów

Karetka pogotowia długo krążyła po okolicy zanim dojechała pod właściwy adres: ul. Dietska 24. Mężczyzna, do którego wezwano lekarza, nie dawał już znaków życia. Wszystko wskazywało na zawał, medyk zwrócił jednak uwagę na liczne wybroczyny i siniaki, pokrywające ciało pacjenta, tak jakby kilka dni wcześniej został dotkliwie pobity. Zauważył, że w domu panuje bałagan, a żona mężczyzny zachowuje się nadspodziewanie spokojnie – tak jakby już pogodziła się z myślą, że nie da się go uratować. Lekarz skrupulatnie odnotował wszystko w notatkach, a na ich podstawie prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie pobicia ze skutkiem śmiertelnym.

Wasilij i Dmitrij przyznali, że pobili ojca, jednak wobec zgodnych zeznań wszystkich członków rodziny, czyn ten zakwalifikowano jako samoobronę – Ninel pokazała kolekcję broni, jaką zgromadził jej mąż i przekonywała, że to on chciał zamordować ją i dzieci. Według miejscowej irkuckiej dziennikarki, która wielokrotnie pisała o zespole Owieczkinów, sąd nie chciał „łamać losów” rodzeństwa, które dopiero zaczęło swoją artystyczną przygodę w świecie muzycznym, dlatego sprawie nie nadano dalszego biegu.

Zespół siedmiu braci nosił nazwę „Siedmiu Symeonów” – nawiązywała do tytułu popularnej syberyjskiej bajki o braciach-siedmioraczkach, z których każdy specjalizuje się w jednej dziedzinie (budowa statków, handel, zanurzanie okrętu i wynurzanie go w innym miejscu, jeden z braci szczycił się tym, że posiadł fach złodziejski), a razem tworzą uzupełniającą się całość i dzięki temu na rozkaz cara porywają piękną królewnę, z którą ten się żeni, a w zamian za to bracia zyskują dożywotnią sławę, ziemię, zwolnienie od podatków i wolność handlowania czym dusza zapragnie.

Bajka o siedmiu Symeonach świetnie zapadała w pamięć widzów, którzy tłumnie przychodzili na koncerty coraz popularniejszego zespołu. Na dodatek Owieczkinowie mieli uroczy atut, którego zazdrościli im inni muzycy – najmłodszego Sieriożę, który dziecięcą charyzmą i nieśmiałym uśmiechem podczas koncertów dosłownie roztapiał serca publiczności. W 1985 roku sława Siedmiu Symeonów sięgnęła zenitu – występowali na festiwalach, konkursach i przeglądach u boku takich gwiazd radzieckiej estrady, jak Ałła Pugaczowa czy Iosif Kobzon. Ninel Owieczkina puchła z dumy, gdy o jej synach pisano w prasie, jednocześnie bez wahania pisała pisma do różnych urzędów, w których prosiła o dofinansowanie instrumentów, zakup kostiumów i opłacenie podróży.

W tym samym roku reżyser-dokumentalista Władimir Eisner nakręcił reportaż o rodzinie utalentowanych muzyków, którzy jednocześnie żyją w rytmie natury, obcując z przyrodą i ciesząc się urokami wiejskiego życia. Jak wspominała dziennikarka Tatiana Zyrianowa, która podsunęła reżyserowi pomysł nakręcenia filmu, po seansie premierowym Ninel Owieczkina była oburzona sposobem, w jaki ukazano jej rodzinę. – Pokazaliście nas jak jakichś wieśniaków, a moje dzieci są artystami, mają talent! – krzyczała Ninel, co i rusz poprawiając order „Matka-bohaterka” na piersi. – Czuła się autentycznie upokorzona – mówiła Zyrianowa. – Sam fakt nakręcenia filmu o Owieczkinach już nie miał dla niej znaczenia.

W 1986 roku najstarsi bracia dostali się bez egzaminów do akademii muzycznej, w której debiutowali – Akademii Gniesinych. Problem polegał na tym, że uczelnia mieściła się w Moskwie. Mimo stypendium i pokrywania większości wydatków przez państwo braci nie było stać na studiowanie w stolicy, na dodatek matka – najważniejsza osoba w rodzinie – poprosiła, by wrócili, ponieważ bez ich koncertowania i wsparcia przy pracy w obejściu nie dawała sobie rady. Po pierwszym semestrze nauki bracia napisali podania o wykluczenie z uczelni z ważnych powodów rodzinnych i wrócili do Irkucka.

Problemy

Władze radzieckie potrafiły obdarowywać ulubieńców publiczności przywilejami. Gdy któryś z artystów zaczynał cieszyć się powodzeniem, a jednocześnie był „grzeczny” wobec systemu, mógł liczyć na nagrody, bony, zniżki, dostanie się gdzieś bez kolejki czy dobra materialne, które dla innych obywateli były zazwyczaj niedostępne. Oczywiście, wystarczyło choć raz podpaść, by wszystko stracić w jednej chwili. Tak też było z „Symeonami”.

Z jednej strony Ninel z rodziną dostała dwa sąsiadujące ze sobą czteropokojowe mieszkania niemal w samym centrum Irkucka – by każdy z członków zespołu miał swój kąt. Z drugiej, zespół nie miał pozwolenia na koncertowanie za pieniądze – żaden z braci nie miał formalnego wykształcenia muzycznego, a w tamtych czasach jedynie artyści „z papierem” mieli prawo otrzymywać wynagrodzenie, skrupulatnie wyliczone przez ministerstwo kultury. Na dodatek, po przeniesieniu się z domu do dwóch mieszkań w bloku Owieczkinowie zetknęli się z kolejnym problemem: nie mieli już czasu na uprawę ziemi, więc to, co dotychczas zbierali z grządek w ogródku, musieli teraz kupować.

Pieniędzy było coraz mniej, a najgorsze było to, że czas biegł nieubłaganie, Sierioża dorastał i już nie wzbudzał matczynych uczuć w publiczności. Owieczkinowie nie głodowali, ale mieli poczucie coraz większego upokorzenia i beznadziei. Na dodatek zdrowie Ninel szwankowało – musiała przejść na emeryturę, która po przeliczeniu stanowiła niecałe 52 ruble (1/3 najniższej ówczesnej pensji). Była tym zrozpaczona.

Przełomem w życiu rodziny Owieczkinów stał się wyjazd do Japonii w listopadzie 1987 roku. Bracia stanowili skład delegacji, promującej współpracę między dwoma miastami partnerskimi – Irkuckiem i Kanazawą. Trzy tygodnie za mityczną granicą, wśród świateł miast, nowoczesnych budynków, futurystycznych rozwiązań technologicznych oszołomiło braci. Niektóre źródła twierdzą, że bracia szukali sposobu na dotarcie do ambasady amerykańskiej w Tokio, by poprosić tam o azyl polityczny. Przed wyjazdem jednak Ninel poinstruowała synów, by „nie uciekali”.

W tamtych czasach, mimo Gorbaczowowskiej „pieriestrojki” i ogólnego poluźnienia napiętych relacji ze światem zza żelaznej kurtyny wyjazd z ZSRR na stałe traktowany był jako zdrada, a pozostające w kraju rodziny tych, którzy uciekli na Zachód, poddawane były ostracyzmowi i licznym ograniczeniom – oznaczały np. utratę stanowiska, degradację lub wręcz wykluczenie z organizacji, np. ze Związku Pisarzy itd. Dlatego Ninel zapowiedziała synom: jeśli postanowimy uciec ze Związku Radzieckiego, to albo wyjeżdżamy wszyscy, albo nikt.

Jak wspominała Olga Owieczkina, z Japonii „chłopcy wrócili odmienieni”. Podczas rodzinnej narady podjęto decyzję o wyjeździe. Rozważano różne opcje – jeden z braci nawet zaczął korespondować z dziewczyną z USA w nadziei, że uda mu się z nią ożenić i dostać pozwolenie na wyjazd, wiadomo było jednak, że w tej sytuacji nie uda się wywieźć całej rodziny.

Plan

Nie wiadomo, który z Owieczkinów wpadł na pomysł uprowadzenia samolotu. W tamtych czasach takie ataki się zdarzały – np. w 1977 roku doszło do udanego porwania samolotu, lecącego z Rygi do Dyneburga; porywacz zagroził wysadzeniem maszyny i zażądał, by piloci skierowali się do Szwecji. Jego żądania spełniono, maszyna wylądowała w Sztokholmie, a sprawca został skazany przez miejscowy sąd na cztery lata więzienia i po odbyciu kary otrzymał azyl polityczny w Szwecji. O takich sprawach jednak radzieckie gazety się nie rozpisywały, wręcz przeciwnie – nawet jeśli o nich pisano, to dopiero po tym, jak udało się „unieszkodliwić” sprawców.

Początkowo Ninel i Olga były przeciw – nie chciały ryzykować życia maluchów. Wasilij, Dmitrij i pozostali bracia jednak nalegali. Przekonywali, że dopiero za granicą będą w stanie w pełni rozwinąć swoje umiejętności. Podobno chcieli otworzyć własną klubokawiarnię, w której bracia mogliby grać standardy jazzowe, a siostry na czele z matką karmić gości pyszną syberyjską kuchnią. Przyziemny plan, który dziś może wymagać najwyżej talentu organizacyjnego i pieniędzy na start, w latach 80. w ZSRR był marzeniem za cenę życia.

Cała akcja została precyzyjnie i skrupulatnie przygotowana. Owieczkinowie zaczęli od wyprzedaży majątku. Na lokalnym ryneczku zaczęli sprzedawać dywany, meble, instrumenty, których nie dałoby się zabrać ze sobą, ubrania i sprzęty przywiezione z Japonii. Na początku marca 1988 roku Olga zamknęła swój rachunek i podjęła z niego 120 rubli – wszystkie swoje oszczędności.

Na dodatek Wasilij i Dmitrij sprawdzili, czy skrytka na broń, którą obmyślili, zda egzamin. Amunicja, obrzyny i ładunki wybuchowe miały zostać ukryte w futerale na kontrabas. Bracia specjalnie polecieli do Moskwy i przewieźli kontrabas pociągiem do Leningradu i Irkucka, by przetestować, jakie musi mieć wymiary, by nikt nie chciał go prześwietlać na taśmie. Później odpowiednio powiększyli futerał.

Początkowo rodzina planowała przeprowadzić akcję 5 marca. Dzień wcześniej jednak 28-letnia Olga, która niedawno zaczęła spotykać się z chłopakiem narodowości kaukaskiej, nie wróciła na noc do domu. Jej bracia, którzy nie tolerowali wybranka siostry, po jej powrocie zrobili jej awanturę i zakazali dalszych spotkań z mężczyzną. Rodzina musiała przenieść swoje plany na wtorek, 8 marca.

Tego dnia na pokładzie Tu-154B-2, lecącego z Irkucka do Leningradu z międzylądowaniem w Kurganie, znajdowało się 76 pasażerów i ośmiu członków załogi. Samolot mógł pomieścić więcej pasażerów, ale jak wspominała później stewardessa Irina Wasiliewa, „w taki dzień latają tylko ci, którzy naprawdę muszą”.

Futerał z kontrabasem nie wzbudził niczyich podejrzeń. Tylko steward był niezadowolony, ponieważ pudło zagracało przejście. Nawet przypomniał sobie, że miesiąc wcześniej już widział to samo pudło i tych samych pasażerów podczas lotu do Moskwy.

Owieczkinowie rozdzielili się – matka z najmłodszymi i Olgą usiadła z przodu, starsi bracia z tyłu. Ludmiła, która w dniu zamachu miała 32 lata i już od dawna nie mieszkała z rodziną, nie miała pojęcia o planach ataku i nie była obecna na pokładzie samolotu.

Igor Owieczkin pokazał jednej ze stewardess zdjęcie zespołu, opowiedział o powstaniu „Siedmiu Symeonów” i o tym, że maja nadzieję na wygraną w festiwalu w Leningradzie. Kobieta wspominała później, że był bardzo opanowany i miły.

Mniej więcej na godzinę przed planowanym lądowaniem w Leningradzie Wasilij i Dmitrij przekazali stewardessie Irinie Wasiliewej kartkę z zeszytu, na której napisali: „Załoga ma lecieć do dowolnego państwa kapitalistycznego (Anglia). Nie obniżać się, inaczej wysadzimy samolot. Lot znajduje się pod naszą kontrolą”.

Stewardessa zapytała, czy to żart. Gdy bracia zaprzeczyli i pokazali jej obrzyny, przekazała kartkę kapitanowi. Ten poinformował obsługę naziemną. Rozpoczęły się długie negocjacje, podczas których piloci zapowiedzieli, że paliwa na pewno nie wystarczy, by dolecieć do Londynu i zaproponowali, by wylądować w Helsinkach, tam zatankować i wypuścić pasażerów.

Owieczkinowie zgodzili się na to rozwiązanie po długich negocjacjach. W rzeczywistości jednak piloci działali zgodnie z wewnętrzną instrukcją, opracowaną przez KGB na wypadek porwania samolotu: za wszelką cenę pozostać na terenie ZSRR i postarać się zmylić terrorystów, przekonując o konieczności lądowania na najbliższym lotnisku z powodów technicznych lub braku paliwa. Służby wskazały wojskowe lotnisko Wieszczewo pod Wyborgiem, 40 km od granicy radziecko-fińskiej, jako to, które może udawać lotnisko w Finlandii.

Tymczasem na pokładzie samolotu sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. Tamara Żarkaja, która była najbardziej doświadczoną stewardessą na pokładzie, przekonywała porywaczy, że samolot zaraz wyląduje w fińskim mieście Kotka. Gdy samolot przyziemił, Olga zauważyła jednak, że po płycie lotniska biegną radzieccy żołnierze. Krzyknęła do braci, że wciąż są w ZSRR.

Wściekły Dmitrij Owieczkin strzelił do Tamary Żarkiej, zabijając ją na miejscu. Wraz z braćmi usiłował wyłamać drzwi do kabiny pilotów, to się jednak nie udało. W tym samym czasie do kabiny pilotów po drabince wdrapali się żołnierze wojsk wewnętrznych obwodu leningradzkiego, którzy nie mieli doświadczenia w prowadzeniu akcji antyterrorystycznych. Doszło do strzelaniny, w której rannych zostało kilku pasażerów, w tym Siergiej Owieczkin, a także jeden z uczestniczących w akcji funkcjonariuszy.

Ninel i jej synowie zrozumieli, że to koniec ich marzeń o życiu na Zachodzie – i koniec życia w ogóle. Przed atakiem umówili się, że popełnią samobójstwo, jeśli coś pójdzie nie tak. Postanowili wysadzić samolot. Cała rodzina zebrała się wokół Aleksandra, który miał podpalić lont. Igor Owieczkin, wówczas 16-letni, zeznawał później, że nie chciał umierać, dlatego schował się w pomieszczeniu kuchennym i nie odzywał, gdy bracia go wołali.

Wybuch był potężny, jednak cała siła uderzenia została skierowana w górę – rozerwała poszycie i wywołała pożar, lecz nikomu nic się nie stało. Gdy kłęby dymu zaczęły ogarniać wnętrze samolotu, pasażerowie wpadli w panikę. Któremuś z nich udało się wypchnąć drzwi awaryjne, ludzie zaczęli zeskakiwać z samolotu z wysokości czterech metrów. Większość z nich doznała dotkliwych złamań, a na dodatek obecni na płycie żołnierze „prewencyjnie” bili pasażerów podejrzewając, że wśród nich mogą być terroryści. Jeden z pasażerów został postrzelony w plecy przez żołnierza, ciężko ranny długo dochodził do siebie, jednak nigdy nie odzyskał sprawności.

W tym czasie Owieczkinowie, którzy przeżyli wybuch ładunku, żegnali się z życiem. Wasilij kazał Oldze wyprowadzić z samolotu maluchy, ponieważ „im nic nie zrobią”. Olga posłuchała – wraz z 14-letnią Tatianą, 13-letnim Michaiłem, 10-letnią Ulianą i 9-letnim Siergiejem wyskoczyła z samolotu tym samym wyjściem awaryjnym, co pozostali pasażerowie. W tym czasie 24-letni Dmitrij popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę z obrzyna.

To samo zrobili Oleg i Aleksandr, którzy w chwili śmierci mieli odpowiednio 21 i 19 lat. Na końcu Wasilij strzelił do matki, a później popełnił samobójstwo. Ich ciała spłonęły w pożarze samolotu, którego przez wiele godzin nie udało się ugasić.

W wyniku porwania samolotu zginęło dziewięć osób (troje pasażerów, stewardessa oraz pięcioro członków rodziny Owieczkinów), a 36 osób zostało rannych. Ocaleli Olga, Tatiana, Igor, Uliana, Michaił i Siergiej.

Ludmiła dowiedziała się o tym, co stało się na pokładzie Tu-154B-2 od milicjantów, którzy wkroczyli do jej domu i rozpoczęli przeszukanie. Początkowo też była podejrzana, nie znaleziono jednak żadnych dowodów potwierdzających, by miała wiedzę o planowanym porwaniu. Po wielu miesiącach walki udało jej się zabrać najmłodsze dzieci do siebie z internatu, w którym zostały umieszczone przez sąd rodzinny.

Igor i Olga zostali skazani na karę ośmiu i sześciu lat pozbawienia wolności.

Niestety, po wyjściu z więzienia oboje nie ułożyli sobie życia. Olga, która w więzieniu urodziła córkę, w 2004 roku została zamordowana przez swojego pijanego konkubenta. Igor został aresztowany w związku z podejrzeniami o handel narkotykami i zginął w areszcie w niejasnych okolicznościach. Nie żyje też Siergiej Owieczkin, najmłodszy z całej jedenastki.

Uliana po próbie samobójczej została inwalidką, mieszka w Irkucku. Michaił przeprowadził się do Barcelony, po zawale mieszka w domu opieki.

Ludmiła i Tatiana są jedynymi członkami rodziny Owieczkinów, którzy potrafili ułożyć sobie życie po traumie, jakiej doznali po zamachu dokonanym przez matkę i braci.