„Pyza” na światowych trasach narciarskich!

„Pyza” na światowych trasach narciarskich!
Halina Olejniczak na spacerze w Tatrach - w tle Czerwone Wierchy

Halina Olejniczak to wulkan energii, śmiechu i poczucia humoru! Sama o sobie mówi, że jest „pyzą” na światowych trasach narciarskich (nie tylko na polskich dróżkach). Może być inspiracją dla wszystkich, udowadniając, że marzenia można spełniać również po 60-tce!

Halina Olejniczak – góralka, mama czwórki dzieci, pracowała zawodowo w Rejonowym Przedsiębiorstwie Melioracyjnym, od ponad 30 lat prowadzi pensjonat w Kościelisku. Działa społecznie. Kocha sport. Instruktorka Nordic Walking. Trenowała jako dziecko biegi narciarskie, po latach wróciła na trasy biegowe i spełnia swoje marzenia. Przebiegła Bieg Wazów w Szwecji – 90 km na nartach! Po 60-tce zdobyła tytuł Gold Master Worldloppet i marzy o tytule Global Skier Worldlppet! Halina to uśmiech, radość, energia, pozytywne działanie, którymi zaraża wszystkich wokół.

Halinko, kiedy przypięłaś pierwszy raz narty?

Ja jestem urodzona wśród gór. Tu wszyscy biegali. Ja też już jako dziecko biegałam na nartach. Wtedy zimy były! Pamiętam, miałam takie różowe narteczki. Tata mi je wystrugał z drewna.

Czy już wtedy marzyłaś o karierze sportowej?

Podglądałam sportowców i próbowałam biegać jak oni. Uwielbiałam zawody, chodziłam na wszystkie, by kibicować. Kochałam tę atmosferę. Całą szkołę podstawową byłam w klubie SNPTT (właśnie klub obchodził 100-lecie istnienia). Coś mi nie do końca tam wychodziło, chyba dlatego, że dawali mnie na krótkie dystanse, a ja jestem długodystansowiec. Ale o tym dopiero niedawno się przekonałam (śmiech).

Moja ciotka była olimpijką (Maria Gąsienica Bukowa-Kowalska, uprawiała narciarstwo biegowe, brała udział w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Cortina Dampezzo w 1956 roku – przypis autorki), imponowały mi jej opowieści o zawodach, o wyjazdach, o olimpiadzie, imponowały mi jej medale i trofea.

W klubie obiecywali, że pojedziemy nad morze na obóz. A kazali nam trenować tu na miejscu. Ja się „gotowałam” do podróży. Wyjechałam do szkoły średniej do Krakowa. Miałam 14 lat. Marzył mi się Śląsk, ale to za daleko i rodzice się nie zgodzili.

W Krakowie, w szkole, miałam wychowawcę po AWF i od razu zapisałam się do klubu sportowego. Byłam okrągła, więc mnie dali do pchnięcia kulą i rzutu oszczepem, a to jak „kulą w płot”, bo ja siły w rękach nie mam (śmiech). Kariery nie zrobiłam.

I co dalej?

Po maturze pojechałam do Piotrkowa Trybunalskiego. Jeszcze dalej od Podhala. Dostałam tam pracę w Rejonowym Przedsiębiorstwie Melioracyjnym. Biegałam po polach, ale płasko tam było strasznie. Tęskniłam za górami… W Piotrkowie poznałam męża, urodziłam trójkę dzieci. Ale czułam, że muszę wracać w góry.

W 1989 roku wybudowaliśmy dom w Kościelisku, zaczęłam prowadzić pensjonat. W 1991 urodziłam najmłodszego syna.

Ciągle dzieci i goście. Góry oglądałam tylko przez okno. Goście się zachwycali, jaki piękny widok, a ja na Giewoncie nawet nie byłam.

I nastąpił przełom…?

Tak. 40-tka! Miałam dość, że dzieci, dom, gary (ogromne gary, bo dla gości), a ja w rozmiarze XXXL! Wiedziałam, że muszę coś zmienić w swoim życiu, że tak dalej nie może być! Nie wiedziałam jeszcze tylko co. I jak to zrobić. Podjęłam decyzję, że koniec ze słodyczami, tylko plecak i w góry!

Nie było to łatwe, bo rano musiałam przygotować śniadanie dla 40 osób (gości w pensjonacie – przypis autorki). Wstawałam o 4 czy 5 rano, szykowałam to śniadanie, a potem szłam w góry, często na cały dzień. Codziennie. Wiedziałam, że tylko ruchem zrzucę nadwagę. Jak nie mogłam iść na cały dzień, to szłam na krótsze trasy. Ruszałam o 5 rano, wracałam o 7, wydawałam śniadanie dla 40 gości, a potem szłam na kolejny spacer.

Wtedy w pół roku schudłam 37 kg! Trochę mi wróciło od tamtej pory, ale właśnie nad tym pracuję.

Pensjonat prowadzę cały czas, ale teraz bez wyżywienia. To daje mi swobodę wyjścia w góry. Jestem od tego uzależniona (śmiech). Dalej dużo chodzę. Latem chodzę po górach, a zimą narty! Biegówki. Kocham to.

Halinko, wróciłaś na narty i od razu pojechałaś na Bieg Piastów do Jakuszyc…

Tak, marzyłam o tym wyjeździe. Wróciły dziecięce wyobrażenia o wielkich zawodach. Zapisałam się na bieg w 2004 roku. To jest dystans 50 km. Jakuszyce! 700 uczestników na starcie! Zwariowałam, jak to zobaczyłam! Wtedy miałam najlepszy swój czas. Od tej pory jestem tam co roku.

Halinko, czy to Jakuszyce Cię zainspirowały do stworzenia tras w Kościelisku?

Tak. Tam właśnie podpatrzyłam i pomyślałam, że u nas też można by tak zadziałać. Namówiłam wójta na budowę tras w Kościelisku. W 2013 roku nastąpiło uroczyste otwarcie tras biegowych, zaprosiliśmy olimpijczyków z Kościeliska (57 sportowców z Gminy Kościelisko było na ZIO – przypis autorki). W latach 50-tych, 60-tych, 70-tych to były „królowe” i „królowie”. Byli dumni, że wciąż się o nich pamięta.

Halinko, pamiętam jak się poznałyśmy. Podeszłaś do mnie i Basi (Barbary Caillot – przypis autorki) na premierze naszej książki „Na Giewont się patrzy” i powiedziałaś, że masz pomysł na nasza kolejną książkę – o olimpijczykach, tylko musisz znaleźć środki. Jesteś skuteczna, bo je znalazłaś! Rok temu była premiera publikacji „Olimpijczycy z Kościeliska”.

Bardzo się cieszę z tego projektu. Udało się wydać publikację o wszystkich wybitnych sportowcach z gminy. Dodatkowo zorganizować serię treningów z olimpijczykami na trasach biegowych. I mamy też WWW o naszych olimpijczykach. A jeszcze kilka pomysłów mam w głowie.

Halinko, działasz społecznie w Kościelisku – trasy biegowe, treningi z olimpijczykami, ale przecież masz też swoje prywatne sportowe aspiracje i marzenia…

Tak, zaczęłam w 2004 w Jakuszycach. W 2005 wzięłam udział w Biegu Papieskim w Nowym Targu. Byłam trzecia, stałam na podium z Justyną Kowalczyk! Ona wtedy była świeżą Mistrzynią Polski. Ja „stara baba” i ona mistrzyni! Nigdy nie byłam chuda, stara korpulentna kobieta, która jednak ma siłę i jak pod górę gna to trudno ją dogonić (śmiech).

Justyna dała nowy oddech, nowy czas dla narciarstwa biegowego w Polsce. Narciarstwo biegowe zaczęło zyskiwać dzięki Justynie. To trzeba podkreślić. Transmisje sportowe zaczęły być bardziej popularne, Justyna odnosiła sukcesy i biegówki stały się znów popularne. Są tańsze, bardziej dostępne, nawet dla amatorów.

A ja po tym moim sukcesie zaczęłam marzyć o Worldloppet!

Co to jest Worldloppet?

To światowa liga biegów masowych na nartach. W tej lidze jest 20 państw. Każdy z krajów co roku organizuje bieg narciarski. To długie dystanse, od 42 do 90 km, a także na połowie dystansu. Zawsze jest alternatywa połowy dystansu. Masz taki paszport i zbierasz pieczątki udziału w biegach.

Halinko, ale kilkadziesiąt kilometrów na nartach to jednak sporo dla Pani po 60-tce…

Dla mnie przebiegnięcie na nartach 50 km to nie jest problem.

A co, w takim razie, stanowi problem?

Ja już dawno chciałam zdobyć tytuł Gold Master. Ale nie miałam z kim jechać. Sama się bałam, bo nie znam języka, ta logistyka, by stanąć na starcie, jest dla mnie trudna. Aż poznałam Basię Prymakowską, najszybszą babcię świata. Ona zadzwoniła do mnie, że jedzie na Bieg Wazów i czy nie chcę dołączyć. To było w 2018. Od razu powiedziałam, że tak.

Bałam się, bo nie miałam wtedy dobrej kondycji, ale powiedziałam sobie, że najwyżej nie przebiegnę. Dobiegłam! Sama nie wierzyłam. Odpięłam narty po 12 godzinach! Nogi miałam jak z waty!

Vasaloppet, najdłuższy z tych biegów, bo mający aż 90 km, wybrałaś na swój pierwszy? Odważnie.

Raz się żyje! A po najdłuższym miałam już z górki (śmiech). Aby zdobyć tytuł Gold Master trzeba przebiec 10 biegów, w tym jeden na innym kontynencie. Miałam plan, by zdobyć ten tytuł w 2 lata. Na pozaeuropejski bieg wybrałam Chiny, bo był tam bieg organizowany w czasie moich urodzin, 60-tych! Pomyślałam, że to super sposób na spędzenie okrągłej rocznicy na nartach.

W Chinach to była przygoda życia! Potem jeszcze zdążyłam pobiec w Austrii i Czechach. I zamknęli świat, biegi przepadły…

Ale tej zimy poszalałaś…

Oj, tak! W 2022 otworzyli znów biegi, więc poleciałam we Włoszech (Marcialonga) 70 km i 12 km na rozgrzewkę na sprzęcie retro, jak Broncia Staszel-Polankowa, potem w Niemczech, Francji, tydzień przerwy, Bieg Piastów – tym razem z wnuczką, żeby ją zarazić pasją do nart. Potem Szwajcaria i Norwegia. Z rozpędu chciałam lecieć na Islandię, ale choroba i śmierć mamy mnie zatrzymały.

Czyli tytuł Gold Master już masz!

Mam! Zdobyłam go w tym roku.

I co dalej?

Teraz walczę o tytuł Global Skier. Muszę mieć 16 biegów ukończonych. Brakuje mi 4. W Europie brakuje mi tylko Islandii i Rosji, ta jest wykluczona w tym roku. Dlatego muszę teraz wybierać te dalsze kierunki…

Wiem, że masz już plan na wakacje.

Żeby nie wypaść z rytmu, skoro dobra passa trwa, planuję polecieć do Australii i Nowej Zelandii w sierpniu (śmiech).

Samo przebiegnięcie biegu to jest nic. Najgorsza jest logistyka i pieniądze. A może znajdzie się sponsor, który uwierzy, że pani po 60-tce z lekką nadwagą potrafi przebiec 50 km.

Mój plan był taki, by być na wszystkich 20 biegach! Chciałam postawić nogę na nartach na wszystkich kontynentach. Po Australii chciałabym pojechać do USA i Kanady. Na sam koniec pojadę na koniec świata, do Argentyny. Mam szansę być pierwszą kobietą w Polsce z tytułem Skier Global!

Halinko, i tego Ci życzę! Dziękuję za rozmowę.

Aleksandra Karkowska – autorka międzypokoleniowych książek "Banany z cukru Pudru", "Na Giewont się patrzy", „Marsz, marsz BATORY". Właśnie ukazała się jej najnowsza książka „FOTO Z MISIEM”. Od 2015 roku prowadzi Oficynę Wydawniczą Oryginały. Działa społecznie na warszawskiej Sadybie. Kocha fotografie i podróże.