Samotność czy związek? „Zrobili ze mnie trędowatą.”

Samotność czy związek? „Zrobili ze mnie trędowatą.”
pixabay

Wybór: samotność czy związek nie zawsze jest łatwy, a samo życie nie zawsze ułatwia nam ten wybór. Chociaż znam przypadki, kiedy los sam decyduje, a my poddajemy się biegowi. Cóż, ja nie jestem z tych, którzy pozwalają sobie na wynajem sternika do statku i sama żegluję po oceanach, na których nie zawsze jest pięknie. Wracając z oceanów wyobraźni, moja historia jest niestety bardzo przyziemna, żeby nie powiedzieć – wbijająca w fotel.

Kiedyś wydawało mi się, że życie we dwoje jest łatwiejsze, no cóż, miałam osiemnaście lat i o życiu nie wiedziałam zbyt wiele. Oceniałam taki sposób bycia na podstawie moich koleżanek, bo jak sami możecie się domyślać – nie miałam nikogo. Widziałam jak chłopaki odbierają je ze szkoły, chodzą z nimi za rękę, widywałam ich na dyskotekach. Oczywiście, żeby było jasne, pochodziłam z małego miasta, tutaj był mój świat i – jak przystało na nastolatkę – wyrysowałam sobie jakiś obraz siebie z partnerem u boku. Jednak, jak to przystało na przerysowany obraz nastolatki, życie pokazało coś innego. Wyjechałam na studia i niestety świat nie był łaskawy, ciągle byłam sama... tak, przeszkadzało mi to nawet bardzo. Jednak nie próbowałam zmieniać tego na siłę. Mijały lata i niewiele się w tym temacie zmieniło. Wracałam do mojego miasta kilka razy do roku, uwielbiałam te rozmowy, kiedy znajdę kogoś, bo lata lecą, jednak zawsze usprawiedliwiałam wszystko dość szybko, zasłaniając się nauką. Większość z członków mojej rodziny uważała, że mam rację i odpuszczali – aż do kolejnego spotkania. Mnie to bawiło, nawet bardzo, w końcu ktoś się mną interesował. Czas biegł nieubłaganie, skończyłam studia i podjęłam decyzję, że wracam do siebie. Mój zawód pozwalał mi prowadzić praktykę w każdym miejscu na ziemi. Dość szybko znalazłam pracę, wynajęłam mieszkanie niedaleko mojej rodziny, chciałam być jak najbliżej. I jak to bywa w każdej prozaicznej historii, moje problemy zaczęły się od tego momentu.

Problemy... cóż, nie wiem, jak to nazwać. Ja nie do końca rozumiem, o co chodziło, jednak z każdym tygodniem nawarstwiało się coraz więcej dziwacznych sytuacji. Moja rodzina ciągle mówiła, znajdź sobie kogoś, nie można być samej. I to całe rozpamiętywanie dziadków… w naszej rodzinie nie było starej panny... Co to w ogóle jest lub kto to jest? Stara panna to jakieś zwierzę, przydomek, grupa wspólnego wsparcia? Im częściej słyszałam, że jestem stara, tym bardziej słowo panna dla mnie już w tym zestawieniu nie istniało. Jasna cholera, wpędzali mnie w jakieś durne poczucie winy, że jestem sama. Wiecie, że sama a samotna to dwie różne sytuacje. Ja nie byłam samotna, a przynajmniej tak mi się wydawało, z perspektywy czasu dostrzegam błąd w myśleniu. Miałam jakichś przyjaciół, każdego dnia miałam co robić, czasem z kim porozmawiać i ja w ogóle nie czułam się stara. Rodzinę mogłam jakoś spławić, starałam się ze wszystkich sił zdusić w sobie głos wściekłości i obracać to w żart. Jednak, jak na małe miasto przystało pojawiali się sąsiedzi i te ich aluzje. Pani nie ma męża, stało się coś, nie może mieć pani dzieci – pominę fakt, że jedno nie brało się z drugiego, ale aż cisnęły mi się na usta wszystkie przekleństwa tego świata. Próbowałam to obracać w żart, chociaż nie było mi do śmiechu. Zrobili ze mnie trędowatą, jak którejś sąsiadki mąż stanął i porozmawiał ze mną, było źle, bo ponoć miałam zły wpływ na facetów. Ja? Jaki ja miałam wpływ w ogóle, no jaki? Bo nie bardzo rozumiałam. Moje macki starej panny mamiły tych biednych panów? Czy co? Nie, rozmowa była o głupotach. Nigdy nie rzucałam podtekstów na niewłaściwe tematy. Nigdy nie dałam do zrozumienia, że chciałam coś więcej. Ba! Nigdy mi to nie przyszło do głowy.

To nie koniec upokorzeń. Przy remoncie każdego pomieszczenia w moim małym mieszkaniu, musiałam wysłuchiwać kolejnych uwag. Taka pani ładna i apetyczna, a samotna, można to zmienić. U nas Zenek też jest sam, może by co było. Czy ja chociaż raz poprosiłam kogokolwiek o pomoc przy szukaniu mężczyzny? Kto do ciężkiej cholery dał tym ludziom prawo do ingerowania w moje życie tak po prostu? No, nikt nikomu nie dał prawa, a jednak każdy sobie to prawo dał sam. Zenek niech szuka żony sam, ja mu nie pomogę. Nie uwierzycie, ale najzabawniejsze było to, że poza rodziną, sąsiadami i ekipą remontową, powoli i moje zamężne pseudoprzyjaciółki miały z tym problem. Przecież takie dziwadło na dwóch nogach, bez atrybutu każdej kobiety, jakim jest mąż, nie ma co zapraszać na wyjście do restauracji, na bal sylwestrowy, na ognisko, na którym przecież każdy ma kogoś, a ja co? Będę sama? Nikt nawet przez chwilę nie pomyślał, że może ja też zasługuję na uwagę, że może umiem rozmawiać i mam rozum w głowie, że bycie starą panną to nie klątwa rzucona na mnie przez wiedźmę przy urodzeniu. Przepraszam, skłamałabym... pomyśleli... jak szukali kierowcy na imprezę – w końcu, co ja samotna będę robić w sylwestra, mogę sobie pojeździć, każdemu należy się jakiś rodzaj rozrywki. Z każdym dniem byłam coraz bardziej zmęczona.

Czułam się jakbym spadła z innej galaktyki i byłam jakimś dziwnym ufoludkiem. Nie wychodziłam z domu, nie odwiedzałam rodziny. Znudziło mi się obracanie wszystkiego w żart. Nikt nawet nie zauważył, jak szybko rozwijałam się zawodowo. Nikt nie widział, że kupiłam sobie nowe auto, ale każdy zauważył, że nie mam w nim fotelika dziecięcego. Wkurzało mnie wszystko. Im bardziej dręczył mnie fakt bycia samej, tym bardziej uważałam, że jest to dla mnie odpowiedni stan. Nie uważałam się gorsza, nie mierzyłam swojej kobiecości w kategorii mężatka – stara panna. Próbowałam przywyknąć. Jednak pewnie was nie zaskoczę, nie było mi łatwiej, a wręcz przeciwnie – coraz gorzej. Wakacje samotne albo z kimś na doczepkę, wierzcie lub nie, ale ja opłacałam przelot znajomej, myślałam, że każdy lubi słońce, leżak i drink z palemką. Szybko zrozumiałam, że powinnam czuć się winna, bo odciągałam tą biedną kobietę od rodziny. Mało tego, powinnam być jej wdzięczna i chyba na rękach nosić, bo ona raczyła zaszczycić mnie swoją obecnością, a miała rodzinę.  Ja nie miałam, więc prosiłam się o czas. Znudziło mi się po kilku wyjazdach, znudziło mi się też życie dziwaka w tym małym, dziwnym mieście, w którym pokazywanie palcem na drugiego jest jak chleb powszedni. Wyjechałam, nie zniosłabym tego ani jeden dzień dłużej.

Kobieta musi mieć męża, dzieci. Tak... jeśli tego chce. Jeśli uważa, że to jest coś, co ją uszczęśliwi, co jej pozwoli spełnić się i co da jej wiarę w to, że jest absolutnie niesamowita. Jednak jeśli tego nie czuje, jeśli nie widzi w tym sensu lub jeśli nie potrafi odnaleźć siebie już w samym pomyśle, ma prawo być szczęśliwa i spełniona na swój własny sposób. Może podjęła taką decyzję, może robi to z tysiąca powodów, nam bliżej nie znanych. Dajcie tej kobiecie żyć, jeśli nie dacie zrozumienia – to chociaż święty spokój. Chyba tak powinnam rozwiązać ten problem, a nie milczeć i udawać, że wszystko jest w absolutnym porządku, a wieczorami zagryzać zęby w samotności. Nie jest tak, że generalizuję, ale myślę, że mogłabym tam żyć, tylko musiałabym wybudować wkoło siebie ogromny mur, a nie o to w życiu mi chodziło.


Samotność czy związek? “Zrobili ze mnie trędowatą”
Wybór: samotność czy związek nie zawsze jest łatwy, a samo życie nie zawsze ułatwia nam ten wybór. Chociaż znam przypadki, kiedy los sam decyduje, a my poddajemy się biegowi. Cóż, ja nie jestem z tych, którzy pozwalają sobie na wynajem sternika do statku i sama żegluję po oceanach, na których nie za…
Tekst opublikowany również na Onet