Teściowa w pakiecie

Teściowa w pakiecie

Ja nigdy nie sądziłam, że jak wyjdę za mąż to w pakiecie do męża dostanę również teściową. Zawsze wydawało mi się, że jak ludzie są ze sobą i są dorośli, i mieszkają sami, i nawet mają już własne dzieci, to ich rodzice zostają dla nich wsparciem, opieką dla dzieci, przyjaciółmi. Boże, jak ja się strasznie myliłam. Jak strasznie można założyć w życiu coś, co nie ma pokrycia w rzeczywistości. Zastanawiacie się, co takiego się wydarzyło, zapraszam do mojej historii, która nie jest na pewno jedyną na tym świecie, ale rzadko mówi się o takich rzeczach. Czasami zastanawiam się dlaczego? Zaczynamy.

Poznałam mojego męża na wakacjach w Tunezji. Nie powiem, żebym od razu się w nim zakochała, ale coś mnie w nim urzekło. Był wysoki, przystojny, zadbany, mogliśmy gadać godzinami na różne tematy i to mnie w nim urzekło. Każdy mężczyzna, którego spotykałam do tamtej pory, był dla mnie lekko mówiąc dziwny. Wspólnych tematów do rozmów raczej próżno było szukać. Dlatego mój późniejszy mąż tak wtedy mnie zafascynował. Nie, nie był obcokrajowcem, był Polakiem. Na wakacjach wprawdzie nie dopytywałam, z kim przyjechał, dla mnie najważniejsze, że nie był z żoną, narzeczoną czy dziewczyną. Pozostawiłam temat, on też nie bardzo chciał o tym mówić. Parę razy się spotkaliśmy, porozmawialiśmy, wymieniliśmy numerami telefonów i jakoś wtedy nie przyszło mi do głowy, że kiedyś jeszcze się zobaczymy po powrocie do kraju. Tak, zapisałam jego numer, ale sama pierwsza bym się nie odezwała. Czekałam, co się wydarzy, jednak to czekanie  nie trwało długo. Po kilku dniach mój nowy kolega się odezwał i tak od rozmów przez smsy, następnie krótkie rozmowy, aż do spotkań czas płynął, a ja zakochiwałam się w nim, a on we mnie.

On poznał moich rodziców dość szybko, ja jakoś ani nie naciskałam na poznanie jego rodziców, ani też nie czułam z jego strony, że mu na tym zależy. Nie zakładałam, że spędzimy ze sobą życie. Chociaż zaczynało być poważnie, aż w końcu nastał ten piękny dzień, kiedy poznałam moją teściową. Dzień ten dobrze zapisałam w kalendarzu, od niego zaczęła się moja gehenna. Na początku wszystko było dobrze, moja teściowa była miła, pomocna, nic nie wskazywało, że jest wiedźmą. Zawsze dobrze wyglądała, zadbana, mimo, że nie byli zamożnymi ludźmi. W domu zawsze było czysto, ugotowany był obiad, upieczone ciasto, zadbany mąż i oczywiście milion koleżanek mamusi. Jakoś nie zwracałam na to uwagi, ja nie chciałam takiego życia, aż tak przesadnie nie dbałam o dom i nie zamierzałam przesadnie dbać o mojego męża. Wychodziłam z założenia, że pranie, sprzątanie i gotowanie to czynności, które potrafią robić wszyscy ludzie bez względu na płeć. Moja teściowa szybko wyprowadziła mnie z błędu. Jednak, niestety naukę zaczęłam pobierać zaraz po ślubie, do ślubu jakoś nie było okazji albo kochana teściowa nie chciała się ujawniać.

Mieszkaliśmy daleko, więc odwiedzaliśmy ją stosunkowo rzadko. Aczkolwiek dzwoniła do mojego przyszłego męża bardzo często. Na początku wydawało mi się to dziwne, że mama chce powiedzieć synowi o wszystkim, potem do tego przywykłam i przestałam zwracać na to uwagę. Mój partner jakoś przesadnie się z tym nie obnosił. Często mówił,  że nie ma czasu, ale też zawsze oddzwaniał. Nawet jeśli nie mógł rozmawiać, mama była ważna. Uważałam, że to też jest dobre, przecież nasi rodzice bez względu na to, co inni o nich sądzą, to zawsze nasi rodzice. Nawet podobało mi się, że tak o nich dba, szczególnie o mamę.

W dniu ślubu rozpoczął się maraton jej uwag. Twoja sukienka jest za szeroka, za błyszcząca, za bardzo się pomalowałaś, bo przecież słowo makijaż nie przeszłoby przez jej usta. Za dużo kwiatów we włosach, zbyt czerwona szminka, coś z tobą nie tak, wyprostuj się, wydawało mi się wtedy że przerósł  ją ten dzień. Wprawdzie wydała za mąż już swoją pierwszą córkę, jednak ślub jedynego syna był wielkim wydarzeniem. Wtrącała się dosłownie we wszystko, teraz tańczmy, teraz jedzmy, teraz wstańmy, teraz się pocałujcie, teraz śpiewamy. O zgrozo! – myślałam, że nie przeżyję tego wieczoru, ale stwierdziłam, że kilometry, które nas dzielą pozwolą przetrwać i miałam też nadzieję, że mąż przestanie odbierać od matki ciągle telefony. Myliłam się, już następnego dnia po naszym hucznym weselu, które mamusia bardzo mocno przeżywała razem z nami, rozpoczęły się telefony, co robisz? gdzie jesteś? czy jadłeś? czy ci ugotowała? czy posprzątała? kiedy będziecie? Na początku trochę mi się śmiać z tego chciało, jednak kiedy mąż zaczął naciskać na spotkania z mamą, zaczęłam się obawiać, ile tych spotkań będzie. Piątek po pracy zmęczona wsiadałam w samochód i jechałam 600 km, żeby odwiedzić jego matkę, w niedzielę wracałam. Myślałam, że to będą takie wycieczki raz w roku, góra dwa, że będę musiała ją znosić maksymalnie w święta. Natomiast wycieczki zaczęły się co miesiąc, potem co dwa tygodnie, kiedy chciał jeździć co tydzień, zaczęło mnie to mocno denerwować i powiedziałam pierwszy raz dość. Widziałam, że mu się to nie podoba, ale gdzieś musiała być granica tej chorej atmosfery.

Pierwszy weekend bez mamusi chciałam spędzić z kieliszkiem wina przed telewizorem z moim mężem, w spokoju. Kiedy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi, a tam mamusia. Przyjechała nas odwiedzić, bo przecież my nie mamy czasu, przeze mnie, bo przecież to ja ciągle pracuję, nie mam czasu, nie zajmuję się domem. Pierwsza wizyta mamusi odbyła się w bardzo ponurej atmosferze, byłam wściekła, totalnie wściekła. Wypominała mi każdy kurz na meblach, brak zakupów w lodówce, brak obiadu dwudaniowego, brak ciasta i tak dzień za dniem, bo jak się domyślacie mamusia nie przyjechała na weekend. Po tygodniu miałam jej serdecznie dość, ale nie mogłam doprowadzić siebie do takiej furii, bo mogłoby się to źle skończyć. Zaproponowałam mamie, że w końcu chyba nadszedł czas wracać i odwieziemy ją do domu. Oczywiście zmusiłam ją do wyjazdu, natomiast 7 godzin w samochodzie doprowadzało mnie do szaleństwa. Miałam nadzieję, że następnym razem przyjedzie za rok. Łudziłam się.

Mijały lata, miesiąc po miesiącu, weekend po weekendzie, nasz syn urodził się 4 lata po naszym ślubie. Byłam zmęczona, wkurzona, obolała, a jęki mojej teściowej doprowadzały mnie do ciężkiej cholery. Płaczące dziecko, obrażony na cały świat mąż i królowa śniegu za ścianą, bo przecież musiała nas odwiedzić, powitać na świecie swojego wnuka i tak go witała przez pół roku, mnie doprowadzając  do nerwicy. Bałam się odezwać, spojrzeć, krzywo usiąść. W moim własnym domu czułam się jak więzień, a ona za każdym razem wiedziała lepiej. Mąż siedział i patrzył jak mamusia gotuje obiady i zajmuje się domem, moim domem. Słowem się nie odezwał, przecież było mu dobrze, panicz wychodził rano do pracy, a ja zostawałam z płaczącym dzieckiem i walniętą teściową. Wracał wieczorem, dostawał obiadek pod nos, mamusia pogłaskała po główce. Kiedy zapytałam dlaczego nie ma zamiaru zająć się synem, usłyszałam od teściowej, że przecież on był w pracy, a to jest moje zajęcie. Marzyłam, żeby w końcu pojechała. Po kolejnym miesiącu i ciężkich awanturach z mężem poprosił o to, by matka pojechała do domu. Obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie będę gościć tej wiedźmy przez tak długo. Jak doskonale jesteście w stanie sobie, wyobrazić teściowa odwiedzała nas regularnie. Nie przeszkadzały jej przesiadki i długość jazdy pociągiem.

Wszystko ciągle robiłam źle, miałam ochotę uciec. Siedziałam w tym mieszkaniu, na 46 metrach i zastanawiałam się, o co do cholery chodzi z tym moim życiem? Czemu nie jestem w stanie nic z tym zrobić. Rozmowy z mężem nie pomagały, prośby, groźby, płacz. Nawet kiedy próbowałam ją wyrzucić siłą z naszego życia, ona zaraz wracała jak bumerang. Może dla was to zabawne mnie do śmiechu nie było. Długo mi zajęło zanim zrozumiałam, że z moim mężem w pakiecie miałam jego mamusię, a na taki pakiet się nie pisałam.

Dziś jestem po rozwodzie, ale nie dlatego, że go nie kocham, nie dlatego, że on był złym mężem. Dlatego, że ona nie potrafiła żyć swoim życiem, a mojego zostawić w świętym spokoju. Myślę, że ja i mój syn damy sobie radę bez teściowej i jej cholernych złotych rad. Chociaż wnuka kocha nad życie. Rodzina to pakiet bezzwrotny do drugiej połówki. Nie myślcie, że jest inaczej.

Paulina Oleśkiewicz — kobieta nieszablonowa, szukająca swojej drogi i samej siebie. Zakładała firmy i je traciła, otarła się o wojsko, pracowała na budowie, cały czas największą przyjemność sprawiało jej słuchanie ludzi. I tak dotarła do miejsca, w którym jest teraz — realizuje się w life coachingu, ale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Z powodzeniem pisze i nadal szuka.