To mogła być historia jak z komedii romantycznej. Była zbrodnia i lata poszukiwań

To mogła być historia jak z komedii romantycznej. Była zbrodnia i lata poszukiwań

Ona i on zakochują się w sobie i spędzają razem piękne chwile. Niestety, miłość kończy się po kilku miesiącach. Ona, córka dyplomaty, wraca do Moskwy, on, działacz komsomołu, sportowiec, zostaje w Mińsku, w którym się poznali. Po kilkudziesięciu latach przypadkiem odnajdują się dzięki popularnemu portalowi społecznościowemu. Ona jest po rozwodzie, ma piękną i zdolną nastoletnią córkę. On, wdowiec, szuka dla siebie miejsca pod słońcem. Gdy spotykają się ponownie, szybko podejmują decyzję, by nie trafić więcej czasu – pobierają się i zaczynają wspólne życie. W tym momencie w komedii romantycznej lecą napisy końcowe. W rzeczywistości jednak nie ma happy endu – jest chciwość, kłamstwo i śmierć.

17-letnia Jekaterina Silina od kilku dni była nerwowa i przestraszona. Swoim krewnym i przyjaciołom mówiła, że mają od razu iść na policję, gdyby okazało się, że zniknęła albo ktoś próbował im wmówić, że wyjechała. Mimo młodego wieku była ambitną początkującą reporterką, zapisała się na kurs dziennikarstwa na Uniwersytecie Moskiewskim, zaczęła nawet współpracę z agencją informacyjną REX, dla której pisała o nowych władzach Moskwy i ich kontrowersyjnych decyzjach budowlanych.

Dlatego też, gdy 13 stycznia 2011 roku Jekaterina przestała odpowiadać na telefony, jej wujek od razu zgłosił się na policję. Policjanci ociągali się z przyjęciem zgłoszenia – „nastolatkom takie rzeczy się zdarzają”, do momentu, w którym usłyszeli, że w czerwcu poprzedniego roku zniknęła matka Jekateriny.

46-letnia Jewgienija Silina wybrała się do fryzjera i, jak pisały media, wszelki ślad po niej zaginął. Jej córka Katia przez wiele tygodni rozklejała po całym mieście plakaty ze zdjęciem matki, założyła również grupę poszukiwawczą na Facebooku. Co ciekawe, ojczym dziewczyny nie chciał zgłaszać sprawy na policję. Twierdził, że matka na pewno „wyszaleje się i wróci”, nie ma po co zawracać głowy stróżom prawa.

Gdy jednak w styczniu 2011 roku zniknęła również Katia, machina śledcza ruszyła. Jednym z pierwszych przesłuchiwanych w sprawie zaginięcia obu kobiet był mąż Jewgienii, 51-letni Stiepan Gonczarik. Mężczyzna od początku utrzymywał, że z żoną i pasierbicą nic się nie stało – pokazał nawet maile od żony, w których zapewniała, że „panuje nad sytuacją”, postanowiła rozwijać się duchowo i dołączyła do sekty, sugerował też, że kobieta wplątała się w aferę finansową i dlatego postanowiła „zniknąć”.

Sprawa wyglądała podejrzanie – zamkniętą w sobie Jewgienija może nie była duszą towarzystwa, ale podchodziła do życia racjonalnie, na dodatek miała świetną pracę w agencji rekrutującej specjalistów do największych rosyjskich koncernów, a jej zarobki wielokrotnie przekraczały średnią krajową. Śledczy nie mieli jednak na razie żadnych tropów, które wskazywałyby, co mogło się stać z Jewgieniją i jej córką. Przesłuchiwali sąsiadów, krewnych, szkolnych przyjaciół Katii i jej kolegów z redakcji.

Tymczasem Stiepan Gonczarik, który zachowywał nadzwyczajny spokój w sprawie zaginięcia bliskich, zaczął dochodzić swoich praw do trzypokojowego mieszkania położonego niemal w centrum Moskwy. Złożył nawet wniosek do sądu o przejęcie majątku i liczył, że szybko stanie się właścicielem mieszkania, które żona dostała w spadku po rodzicach. Zaczął też udzielać licznych wywiadów w prasie.

Opowiadał o romantycznej historii sprzed lat i miłości, która połączyła go z Jewgieniją; jak na kilkadziesiąt lat stracili kontakt i odnaleźli po latach. Twierdził, że żona w ostatnich miesiącach przed zniknięciem „miała coś z głową”, potrafiła godzinami siedzieć w fotelu i patrzeć w ścianę. Dziennikarzom pokazywał też e-mail, wysłany w styczniu 2011 roku z konta Katii: „Tatuśku dostałam od mamy wiadomość. mama czeka na mnie, musimy pilnie załatwić pewną sprawę pieniężną w Petersburgu i za granicą […] Jesteśmy bardzo bogate tatuśku… Mama jest bardzo ważną postacią w pewnej ciekawej organizacji”. Znajomi dziewczyny bardzo się zdziwili, gdy przeczytali w mediach ten list – Katia, której pasją był język rosyjski i dziennikarstwo, zawsze bardzo dbała o poprawność językową, nie nadużywała wielokropków, poza tym nigdy nie nazywała ojczyma „tatuśkiem” – zawsze „ojcem”.

Ponadto okazało się, że policja znalazła w pokoju Katii łańcuszek z medalikiem, którego dziewczyna nigdy nie zdejmowała – mówiła nawet, że to jej „drugie ja”. Wszystko to sprawiało, że byli coraz bardziej przekonani, że matka i córka nie żyją. Wciąż jednak szukali ich po całej Moskwie. Miesiąc po zaginięciu Katii Gonczarik pokazał mediom kolejną, tym razem przerażającą wiadomość od pasierbicy: „Tatuśku, zostałam porwana, jest ich trzech, trzymają mnie na jakiejś daczy, gwałcą co kilka godzin, już nie mogę, chcę umrzeć. Niedawno, kiedy mnie gwałcili, słyszałam głos mamy, gdzieś ją trzymają. Powiedzieli, że masz przelać na ich konto 100 tys. rubli. Boże, dopomóż, dają na to 12 godzin…”. Przerażeni krewni wynajęli detektywa i adwokata, by mieć wgląd w przebieg śledztwa. Zaczęli też sprawdzać przeszłość Gonczarika. To, co odkryli, wstrząsnęło całą rodziną…

Komsomolec, sportowiec, damski bokser

Stiepan Gonczarik na początku lat 80. ukończył Instytut Wychowania Fizycznego w Mińsku i szybko piął się po szczeblach kariery partyjnej. Wysoki, przystojny sportowiec podobał się kobietom i często zmieniał obiekt swych uczuć, więc gdy zainteresował się Jewgieniją, dziewczyna była nim oczarowana.

Córka radzieckiego wojskowego, dyplomaty, który służył w Nigerii, zamieszkała u ciotki w Mińsku. Nie potrafiła się tam odnaleźć. Skończyła szkołę, zdała na wydział filozofii Uniwersytetu w Mińsku, ale wciąż czuła się samotna i wyobcowana. Rodzicom nie spodobał się jej wybranek, dlatego posłusznie zerwała związek i wyjechała do Moskwy, gdzie wyszła za mąż i po roku rozwiodła. W 1994 roku urodziła córeczkę, nikomu jednak nie zdradziła, kto jest jej ojcem.

Tymczasem Gonczarik też nie próżnował. Ożenił się z piękną stewardessą Swietłaną, doczekali się syna Dmitirja, awansował w strukturach komsomołu.

Coraz częściej jednak tracił kontrolę nad emocjami i złością. W 1985 roku jego żona zginęła w dziwnych okolicznościach – brała kąpiel, gdy do wanny wpadła podłączona do prądu suszarka. Stiepana nie oskarżono wówczas o zabójstwo żony, został jednak skazany na rok więzienia za… przemoc w rodzinie. Okazało się, że sąsiedzi, zeznający w sprawie śmierci Swietłany, opowiedzieli o tym, jak pijany mąż niemiłosiernie kopał żonę w brzuch, bił pięściami po twarzy i znęcał się psychicznie. Wyrok przekreślił piękną karierę – Stiepan wyleciał z szeregów partii komunistycznej, z komsomołu i stracił pracę.

Po rozpadzie ZSRR Stiepan postanowił zająć się biznesem. W 1996 roku ponownie się ożenił. Okazało się jednak, że jego druga żona po kilku miesiącach małżeństwa… zaginęła. Stiepan przekonywał, że przeprowadziła się do Niemiec i tam prowadzi szczęśliwe, bogate życie. Po latach ten fakt mocno utrudni mu życie… W 1997 roku Stiepan ponownie trafił za kratki – tym razem znaleziono przy nim pistolet, z którego kilka lat wcześniej zastrzelono białoruskiego biznesmena. Gonczarik miał alibi, nie został więc skazany za zabójstwo, a za nielegalne posiadanie broni. Ponieważ miał niepełnoletnie dziecko, odbycie wyroku przełożono, później objęła go amnestia, jednak ślad sprawy pozostał w jego aktach.

Początek lat 2000. Gonczarik uczcił trzecim wyrokiem – oszukał bowiem ponad 200 osób obiecując, że załatwi im pracę w Szwecji. Po zebraniu pieniędzy – chodziło o ponad 50 tys. euro – poinformował, że Szwecja nie wydawała zainteresowanym wiz pracowniczych, a sam zniknął wraz z pieniędzmi. Udało się go jednak namierzyć – za oszustwo dostał sześć lat w kolonii karnej.

Po odsiedzeniu wyroku Gonczarik długo szukał dla siebie miejsca – wtedy jednak na popularnym w Rosji i krajach dawnego ZSRR portalu społecznościowym zobaczył profil Jewgienii, swojej młodzieńczej pasji.

- Nie mamy pojęcia, jak to się stało, że zawrócił jej w głowie – mówił w jednym z wywiadów brat Jewgienii. Prawdopodobnie kobieta po 40., odnosząca sukcesy zawodowe, potrzebowała ciepła drugiego człowieka. Dlatego, mimo tego, że córka nie dogadywała się z ojczymem, w 2009 roku wyszła za niego za mąż. Mało tego, Stiepan Gonczarik przekonywał Katię, że jest jej rodzonym ojcem. Gdy jednak padła propozycja przeprowadzenia testów genetycznych, robił wszystko, by odwlec je w czasie.

W wywiadach Gonczarik zapewniał, że wniósł do życia Jewgienii radość i porządek. – Nasz dom był zawsze pełen przyjaciół, organizowaliśmy wypady, kupiliśmy nowe meble i gruntownie wysprzątaliśmy mieszkanie – przekonywał. Znajomi Katii i jej mamy jednak tego nie potwierdzali. Mówili, że relacje córki i ojczyma ograniczały się do „dzień dobry” i „dobranoc”, oczytana i ambitna Katia nie mogła odnaleźć wspólnego języka ani ze Stiepanem, który jej zdaniem „nie należał do tytanów intelektu”, ani z przyrodnim bratem, który nie interesował się niczym poza grami komputerowymi. Ambitna Katia bardzo chciała zostać dziennikarką, sama znalazła pracę w mediach, by opłacić drogi i prestiżowy kurs przygotowujący do egzaminów na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym.

Przełom

Stiepan Gonczarik od samego początku był głównym podejrzanym w sprawie zaginięcia Katii i jej mamy. Śledczy nie potrafili jednak znaleźć niczego, co powiązałoby go ze sprawą – mężczyzna zaś upierał się, że policja uwzięła się na niego, ponieważ jeden z jego krewnych kandyduje na urząd prezydenta Białorusi i przez pogrążenie Gonczarika władze chcą zdyskredytować rywala Alaksandra Łukaszenki.

Setki rozmów ze świadkami, tysiące stron akt, godziny nagrań monitoringu – nic nie przybliżało śledczych do prawdy. Aż któregoś dnia jeden ze śledczych, analizujący dane o połączeniach telefonicznych Gonczarika, zwrócił uwagę na to, że na kilka dni przed zaginięciem zarówno Jewgienii, jak i Katii, telefon mężczyzny logował się w okolicach wsi Stiepanowskoje, kilkadziesiąt kilometrów od Moskwy.

Niedaleko znajdował się ośrodek onkologiczny, w którym na krótko przed zaginięciem leczyła się Jewgienija. O ile logowanie telefonu w czerwcu 2010 roku można było jakoś wytłumaczyć, zupełnie nie wiadomo było, co Stiepan robił tam w styczniu 2011, tuż przed zaginięciem Katii. Gdy śledczy spojrzeli na mapę, zorientowali się, że wieś położona jest w okolicy wielkiego lasu, obejmującego ponad 10 km kwadratowych.

- Skojarzyliśmy pewne fakty z biografii Gonczarika. Podczas służby wojskowej trafił do Niemiec, do służby wywiadowczej. Eksperci powiedzieli nam, że uczy się tam żołnierzy ukrywania ciał w lesie, maskowania się. Dlatego zrozumieliśmy – jeśli Gonczarik zabił, na pewno zakopał je w tamtym lesie.

To był przełom. Śledczym udało się zorganizować grupę poszukiwawczą, składającą się z ponad 300 żołnierzy. 30 listopada 2011 roku kilkaset osób w dwuszeregu zaczęło przeczesywać las. Zwracali uwagę na każdą kępkę trawy, każde wybrzuszenie, każdy kawałek wzruszonej ziemi. Po kilku godzinach poszukiwań…

- Jakieś 300 metrów od granicy strefy poszukiwań zobaczyliśmy miejsce, które wyglądało podejrzanie – opowiadał w wywiadzie dla „Moskiewskiego Komsomolca” jeden ze śledczych. – Tak jakby ktoś specjalnie chciał tam stworzyć bałagan. Gałęzie, kawałki drewna – wszystko wyglądało na sztucznie zaaranżowane. Odgarnęliśmy to wszystko, zaczęliśmy kopać – okazało się, że ziemia w tym miejscu jest spulchniona. Jedno kopnięcie – zobaczyliśmy czarny worek z plastiku. Kolejne kopnięcie – w nozdrza uderzył zapach… Wtedy wszystko już było jasne.

To była Katia. Leżała półtora metra pod ziemią, w pozycji embrionalnej. Jej matkę odnaleziono po kilkudziesięciu dniach – morderca zakopał ją kilkadziesiąt metrów od leśnej mogiły córki.

Stiepan Gonczarik przez cały okres poszukiwań żony i pasierbicy zachowywał się wyzywająco i buńczucznie. Był wściekły, gdy podczas sprawy dotyczącej przejęcia mieszkania wydało się, że jest bigamistą – jego małżeństwo, zawarte w 1996 roku, nigdy nie zostało formalnie zakończone, dlatego jego ślub z Jewgieniją był nieważny. Tracił przez to wszelkie prawa do majątku „żony”. Dlatego po kilku dniach szybko pokazał śledczym wiadomość od Jewgienii, w której zrzeka się ona majątku na jego rzecz. Po ekspertyzie, która zajęła kilka tygodni, okazało się, że adres IP pokrywa się z domowym komputerem Gonczarika. Wtedy już jednak Stiepan Gonczarik siedział w areszcie.

Prawda

Gdy śledczy powiedzieli mu o znalezieniu ciała Katii, Gonczarik stracił rezon. Od razu przyznał się do obu zabójstw. Początkowo twierdził, że wszystko dokonało się spontanicznie, pod wpływem impulsu. Kobiety, jak twierdził, „wkurzały go”. Dlatego zabił Jewgieniję, a Katii wcale nie chciał się pozbywać. Śledczy przedstawili mu jednak dowody na to, że drobiazgowo i na długo przed morderstwem planował zbrodnię: wykopał w lesie dwa doły, kupił na nazwisko żony i pasierbicy bilety z Moskwy do Petersburga na 19 czerwca, by mieć dowód, że wyjechały. Wtedy mężczyzna ze szczegółami opowiedział, jak było naprawdę.

Rzeczywiście planował zamordować je obie jednego dnia. Jewgieniję udusił na klatce schodowej przed drzwiami mieszkania – by w lokalu nie znaleziono żadnych śladów. Wniósł ciało żony do środka i czekał na Katię. Tego dnia jednak pasierbica nie wróciła na noc do domu – szykowała się do egzaminów i postanowiła przenocować u kolegi. Do domu wróciła dopiero nad ranem i położyła się spać, nie sprawdzając, czy matka jest w domu. W tym czasie Gonczarik zakopywał ciało żony w lesie…

Gdy Katia wszczęła alarm i zaczęła szukać matki, Stiepan przez kilka miesięcy nie decydował się na drugie zabójstwo – nie było odpowiedniego momentu. 13 stycznia 2011 roku, gdy Katia wróciła z zajęć na MGU, był już zdesperowany. Udusił Katię tak samo, jak jej matkę – atakując od tyłu, zaciskając sznur na szyi i uciskając tętnicę szyjną. Tak, jak się nauczył w wojsku…

Zawiózł ciało Katii w to samo miejsce, gdzie pół roku wcześniej spoczęła jej matka. Zakopał w tamtym, wykopanym wcześniej, grobie. Wrócił do domu, wyprowadził psa i odetchnął, że teraz może już poczuć się prawdziwym moskwianinem.

10 lutego 2014 roku Stiepan Gonczarik został skazany na 20 lat więzienia, z czego 10 lat ma spędzić w kolonii karnej. 62-letni obecnie Gonczarik wciąż przekonuje, że śmierć obu kobiet to jego „życiowy dramat” i kwestia impulsu, a nie drobiazgowo zaplanowanej zbrodni.

Katia i jej mama zostały pochowane w rodzinnym grobie na jednym z moskiewskich cmentarzy. Do dziś jej przyjaciele nie mogą pogodzić się z myślą, jak samotna, przerażona i bezradna musiała się czuć nastolatka, która przez pół roku mieszkała pod jednym dachem z zabójcą matki, by w końcu paść jego ofiarą…