Trochę szczęścia

Trochę szczęścia
Bałagan, pixabay.pl

Komisarz Renata Zamojska marzyła o deszczu. Nie o takim gwałtownym, z burzą, który zdarzał się teraz dość często i przynosił ze sobą dziwny niepokój. Marzyła o zwykłym lekkim, ciepłym deszczyku. Przydałby się, pomyślała. Oczyściłby duszne powietrze, a gdyby padał dość długo, może zmyłby trochę brudów tego świata. A wtedy ona mogłaby wziąć urlop i pojechać z córką na krótkie wakacje. Spojrzała błagalnie w niebo: Deszczu, przyjdź!

Stała teraz przed dużym starym domem z kompletnie zagraconym podwórkiem i zbierała siły, żeby wejść do środka i rozpocząć kolejną sprawę.

W drzwiach domu pojawił się szef techników. Zauważył ją i lawirując między stertami kartonów i śmieci wyszedł jej naprzeciw.

- Co tu mamy? - spytała go bez zbędnych wstępów.

- Poza smrodem i niezliczoną ilością odpadów? Są jeszcze zwłoki staruszki.

Z kieszeni wyjął maseczkę przeciwpyłową, taką, jaką wielu używało w czasie pandemii i podał ją Zamojskiej.

- To konieczne? - spytała.

- Proszę mi wierzyć, że tak – odpowiedział uśmiechając się lekko. - Szkoda pani śniadania.

Komisarz pomyślała o mocnej czarnej kawie, która była jej całym śniadaniem, i że rzeczywiście byłoby jej szkoda, wzięła od mężczyzny maseczkę i założyła ją wprawnym ruchem. Potem równie sprawnie wcisnęła dłonie w lateksowe rękawiczki, mrugnęła do szefa techników i ruszyła w kierunku wejścia.

Już na progu domu w duchu podziękowała współpracownikowi za sugestię z maseczką, bo mimo ochrony na twarzy poczuła w nozdrzach uderzenie odoru. Potem było jeszcze gorzej. Stare kartony i plastikowe reklamówki ustawione były w całym domu w wysokie ściany, tworząc prawdziwy labirynt przejść i korytarzy. Ścieżki między nimi było w niektórych miejscach tak wąskie, że musieli się tam przeciskać, uważając, żeby nie naruszyć niestabilnych konstrukcji. Gdzieniegdzie przedmioty leżały luzem poukładane na kartonach i torbach oraz poutykane między nimi. Było tam dosłownie wszystko, od fragmentów jakichś większych mebli, poprzez drobne przedmioty – stare zabawki, puste naczynia, książki, gazety - aż po odpady organiczne i bliżej niezidentyfikowane śmieci.

- Straszna choroba – powiedziała Zamojska rozglądając się po domu.

- Syllogomania, obsesyjne zbieractwo – uściślił szef techników, kiwając głową.

Dotarli do centralnego punktu labiryntu. To chyba kuchnia, pomyślała policjantka.

Na kupie gazet rozrzuconych niedbale na kilku metrach kwadratowych podłogi z linoleum leżała martwa kobieta.

Szef techników nazwał ją staruszką, ale kiedy jej się bliżej przyjrzała, stwierdziła, że nie mogła mieć więcej niż pięćdziesiąt lat. Była po prostu zaniedbana i okutana w brudne stare ubranie.

Niebieskie oczy miała szeroko otwarte, ramiona rozłożone, jakby była ukrzyżowana. Zresztą to nie było jedyne skojarzenie z krucyfiksem, innym były rany na jej dłoniach.

- Wygląda jak jakaś stygmatyczka – zauważyła Zamojska.

- Ale nią nie była. Te rany zadał jej ktoś przed śmiercią. Jak również kilkanaście innych, których nie widać. Sprawca dźgała ją wielokrotnie przez ubranie.

- I od tych ran umarła? – spytała.

Mężczyzna pokręcił głową.

- Od tego – powiedział, pochylił się nad zwłokami i delikatnie odsunął ręką wełniany zielony szalik, zakrywający szyję kobiety. Komisarz ujrzała głęboką poprzeczną ranę skąpaną w brunatnej zakrzepłej krwi.

- Ktoś jej na koniec poderżnął gardło – stwierdził tylko to, co dla obojga było oczywiste.

- Na koniec czego? - spytała Zamojska, rozglądając się dość bezradnie wokół.

***

Tej nocy przyśnił jej się ten dom. Najdziwniejsze, że razem z zapachem. Czuła wyraźnie ten charakterystyczny smród, może dlatego, że była bez maseczki. Co z nią zrobiłam? - zastanawiała się. Oddałam ją szefowi techników? A właśnie, gdzie on się podział?

Rozejrzała się, ale zamiast przyjaznej twarzy współpracownika zobaczyła błękitne oko wychylające się zza kolumny kartonów. To ona? Jednak żyje? Tak, teraz zobaczyła całą twarz. Na szyi miała nadal zielony szalik. Zamojska wzdrygnęła się, ale nie mogła sobie przypomnieć, dlaczego ten szalik był taki ważny.

Twarz nagle zniknęła za kartonami. Policjantka znowu rozglądała się za szefem techników, jakby bała się ruszyć za kobietą bez wsparcia kolegi.

Po chwili wahania zrobiła to jednak. Ale kiedy dotarła do miejsca, gdzie kobieta stała, już jej tam nie było. Oko pokazało się kilka metrów dalej. Patrzyło na nią groźnie.

Tym razem ruszyła w jej stronę szybko, bez wahania. Ale historia powtórzyła się. Znowu jej tam już nie było i znowu oko pojawiło się za następną stertą śmieci.

Ta zabawa w kotka i myszkę przestała jej się podobać. Przyspieszyła kroku, starała się przewidzieć, gdzie pojawi się kobieta i od razu biec w jej stronę. Przestała też zwracać uwagę na ściany labiryntu, więc co chwila jakaś konstrukcja waliła się za jej plecami. Słyszała to raczej niż widziała. Nie miała zresztą czasu przejmować się tym, teraz liczyło się tylko, żeby dopaść kobietę. Właściwie nie wiedziała, po co jej to, co to zmieni, ale zatraciła się już całkiem w swoim pościgu. Zwłaszcza, że była coraz bliżej. Kilka razy już prawie złapała kobietę za jej zielony szalik, czuła jak delikatne włókna musnęły jej palce.

Zaczęła myśleć, że to bieg bez końca, że takie będzie teraz jej życie - krążenie po tym śmierdzącym, walącym się za jej plecami labiryncie ze zdobyczą w zasięgu ręki, ale bez szans, by ją pochwycić, już zaczęła się nad sobą użalać, w oczach pojawiły się łzy… I wtedy, nagle, wszystko się skończyło. Dotarła do końca labiryntu. To była wielka ściana - chyba w kuchni, bo zobaczyła niezastawiony gratami zlew, na której ktoś namalował czarnego psa i napisał CHIEN ET CHAT.

Wtedy się obudziła.

***

Pojechała tam od razu, mimo późnej pory. Zdążyła jeszcze zadzwonić do szefa techników. Ku jej zaskoczeniu nie był wcale zły. Po prostu powiedział: zaraz będę, i się rozłączył.

Kiedy byli tam w ciągu dnia, nie zauważyli, że w domu nie ma prądu. Teraz musiała wędrować po labiryncie oświetlając sobie drogę latarką. Po plecach przeszedł ją dreszcz, kiedy przypomniała sobie sen. Dawno nie zdarzyło się, żeby pamiętała jakiś tak dokładnie jak ten.

W pewnej chwili usłyszała odgłos otwieranych drzwi, a na suficie pojawił się dodatkowy snop światła. Szef techników, pomyślała.

- Tutaj jestem! – powiedziała głośno, prawie krzyknęła.

Znalazł ją po chwili.

- Co tu robimy? - spytał.

Wzruszyła ramionami.

- Chciałabym wiedzieć, pomyślała, a na głos powiedziała: Powiedzmy, że coś mi przyszło do głowy.

Nic nie odpowiedział.

Krążyła po labiryncie, a on podążał za nią, obserwując ją bacznie. Dotarli do miejsca, gdzie znaleziono zwłoki. Kuchnia. Światła latarek omiatały setki pudeł i reklamówek. Nagle latarka Zamojskiej zatrzymała się na jednym z kartonów. Opakowanie po jedzeniu dla psów. Zdjęcie czarnego francuskiego buldoga i napis z nazwą firmy Chien et chat. Położyła duże pudło na podłodze i otworzyła je. W środku była czarna torba, a w niej...

- O kurcze! - wykrzyknął szef techników. - Ale kupa pieniędzy! Dolary, euro, franki! Skąd ona…?

- Myślę, że z tego napadu na kantor w zeszłym miesiącu. - dopowiedziała Zamojska. - Pamięta pan?

- Ale skąd to u niej?

- Zabrała, jak wszystko tutaj. Złodziej uciekał i gdzieś ukrył łup. A ona to znalazła i sobie zabrała.

- Dlatego ją zabił?

- Dlatego ją torturował. Chciał odzyskać pieniądze. Jakoś się domyślił, że mogła mu to zabrać. I trudno powiedzieć, dlaczego nie zdradziła, gdzie są. A może nie wiedziała, co jest w środku? Może nie pamiętała, gdzie to ukryła?

- No to skąd pani wiedziała, gdzie szukać? - spytał wreszcie o to, co naprawdę nie dawało mu spokoju. - Jak u licha, wśród setek, a może tysięcy pudeł i toreb znalazła pani ten jeden karton z pieniędzmi? Jak?

Wzruszyła ramionami, a potem odpowiedziała uśmiechając się do niego:

- Miałam... trochę szczęścia.