Wskazówki

Wskazówki

Komisarz Renata Zamojska usłyszała sygnał swojej komórki, ale się nie obudziła. Za to we śnie zobaczyła mężczyznę we fraku, siedzącego za fortepianem i grającego melodię z jej telefonu. Dopiero absurdalność tego obrazu kazała jej otworzyć oczy. Wtedy usłyszała sygnał aparatu na jawie. Ekran komórki świecił w ciemnościach na nocnej szafce. Sięgnęła po nią z niechęcią.

*Prezentujemy opowiadanie Mariusza Koperskiego, pisarza, autora m.in. powieści "Amator zbrodni. Zakopiańska powieść kryminalna" oraz "Giełda milionerów". Pozostałe opowiadania: Wielka złość, Tylko kilka słów, Żadna zbrodnia, Nie lubię żółtego, Nigdy ci nie wybaczę, To ty bracie, Coś specjalnego, Z okna pociągu, Jestem cudotwórcą, Pokuta, Jesteś pan bohaterem, Układy.

Dzwonił szef techników. Przeprosił, że tak późno, ale zrobił to bez przesadnego ceremoniału.

– Nie szkodzi – odpowiedziała zaspana. – Skoro pan dzwoni, to musi być coś ważnego.

– Tak sądzę – powiedział. – Mamy dziwne zgłoszenie na Leśnej 26. Zaniepokojeni sąsiedzi zgłosili zaginięcie rodziny. Całej, pięcioosobowej. Byli tu policjanci z interwencji, ale nie znaleźli nic podejrzanego i odjechali. Ja jednak bym to sprawdził. Mam przeczucie…

Spojrzała na zegar na ekranie telefonu. Dwudziesta trzecia piętnaście.

– Jest pan na miejscu? Może pan na mnie zaczekać?

– Jasne. Mogę też za pani zgodą sam się rozejrzeć, zbadać ślady… Wtedy nie musiałaby pani …

– Nie, zrobimy to razem. Proszę dać mi pół godziny.

Wstała i ubrała się szybko. Potem zadzwoniła do Agaty, dziewczyny mieszkającej w tym samym bloku w sąsiedniej klatce. Była opiekunką dla córki w nagłych wypadkach. Nie odebrała, ale odpisała SMS–a, że zaraz oddzwoni. Zamojska wyciszyła aparat, a potem trzymając go w ręku położyła się obok córki. Zasnęła prawie natychmiast.

Obudził ją nagły niepokój. Za oknem było już szaro. Spojrzała na telefon. Pięć nieodebranych połączeń od Agaty, dwa od szefa techników. Zaklęła szeptem.

Pod podanym przez szefa techników adresem stał jego samochód. Ale jego w nim nie było.

Znowu zaklęła. Tym razem na głos. Jak mogłam tak zawalić, myślała ze złością.

Kiedy wysiadła z auta, od razu pojawiła się przy niej niska, na oko sześćdziesięcioletnia kobieta. Na rękach trzymała małego kota, dachowca. Zamojska pomyślała, że kobieta wygląda jak groteskowa wersja damy z łasiczką.

– Pani z policji? – spytała. A kiedy Zamojska potaknęła, od razu zaczęła mówić.

– Wie pani, tu w tym domu od dawna dziwnie się działo. To taka nietypowa rodzina. Nietypowa, bo tu rządziła zawsze ona, znaczy się Kępiewska. I twardą ręką rządziła. Ten jej chłop to taki malutki był przy niej, robił, co mu kazała. Bo jak nie…

– Biła go?

– Jeszcze jak. Na początku, to się wszyscy z niego śmiali, a potem to już mu tylko współczuli. Rękę ta kobita ma jak bokser, więc miał szczęście, jak oberwał tylko szmatą albo chochlą.

– Zgłaszał to?

– A gdzie tam. Wstyd mu było, więc był posłuszny jak baranek. Poza tym chyba chciał chronić dzieci. Trzy córeczki. Ich bić nie dał, jak przyszło co do czego, wszystko brał na siebie.

– A pani skąd tak dokładnie wie, jak było?

Kobieta żachnęła się.

– Niech pani nie myśli, że ja jakaś wścibska. My tu żyjemy jak na wsi. Każdy o każdym wie wszystko.

Nagle przerwała i spojrzała znacząco na policjantkę.

– Chociaż, wie pani, o to właśnie chodzi, że u nich zaczęło się dziać coś, czego już my sąsiedzi już nie ogarnialiśmy. Zaczęli... znikać.

– Kto?

– No oni. Najpierw ni stąd ni zowąd przestały pojawiać się dzieci. Te dziewczynki. Jakby zapadły się pod ziemię.

– Jak to? A ktoś to zgłosił? Opieka społeczna o tym wie? Szkoła się nie zainteresowała? – pytała Zamojska.

Kobieta wzruszyła ramionami.

– Wiedzieć to jedno, a wtrącać się w cudze sprawy to drugie – powiedziała.

– Więc najpierw zniknęły dziewczynki. Kiedy to było?

– Jakieś półtora roku temu.

– A ona, ta Kępiewska  wytłumaczyła to jakoś?

– Że niby wysłali je do Irlandii do jej siostry. Że tam będzie im lepiej. Wie pani, stąd ciągle ktoś wyjeżdża, za pracą, za chlebem. A Kępiewska rzeczywiście ma tam siostrę. Sama też czasami tam jeździła dorobić. Z drugiej strony, wysłać tak dzieci z dala od domu...

– I co było dalej?

– Pół roku później zniknął jej mąż. Rzekomo pojechał do dziewczynek.

– Aha. Zdarzyło się jeszcze coś dziwnego?

– A zdarzyło. Krótko po tym jak on wyjechał, u Kępiewskiej pojawili się jacyś dziwni ludzie. Cudzoziemcy, ale tacy, wie pani, z daleka. Tacy…

– Jacy? – Zamojska niecierpliwiła się. Słuchając kobiety, cały czas rozglądała się uważnie, czy nie zauważy gdzieś szefa techników.

– Egzotyczni – odpowiedziała kobieta. – Mieli trochę ciemniejszą cerę, inne rysy twarzy niż ludzie w Europie i mówili jakimś dziwnym językiem. I ani słowa po polsku. Mówiło się we wsi, że to Pakistańczycy.

– Pakistańczycy? Tutaj? Długo u niej byli? Wytłumaczyła jakoś ich obecność?

– Dwa, trzy miesiące u niej siedzieli. Podobno zatrudniła ich do budowy garażu.

– To dziwne, to prawda, ale to jeszcze żadne przestępstwo…

– Posłuchaj pani dalej. Tydzień temu, przechodząc obok domu, tu właśnie, gdzie teraz stoimy, zobaczyłam na podwórku Gosię, najmłodszą  córeczkę…

– Czyli dzieci wróciły z tej Irlandii?

– Ale ona twierdziła, że nie. Że to była córka znajomych, a nie Gosia. Bzdura! Poznałam to dziecko!

– Coś jeszcze?

– Tak – odpowiedziała kobieta poważnym tonem. – Oczy tej dziewczynki. Była przerażona. Prze–ra–żo–na! Tych jej oczu nie zapomnę do końca życia.

Komisarz Zamojska podziękowała kobiecie i weszła na posesję. Drzwi wejściowe były otwarte. Dom był piętrowy, dość duży. Obeszła go w dziesięć minut. Nie znalazła żywego ducha. Nie było ani domowników, ani szefa techników.

Zadzwoniła do niego, ale nie odebrał. Nie usłyszała także sygnału jego komórki, mimo że dokładnie się wsłuchiwała.

Co tu się, do diabła, dzieje, pomyślała.

Wtedy zauważyła rękawiczkę. Biała, lateksowa, leżała na podłodze w przedpokoju. Bez wątpienia należała do szefa techników. Więc na pewno tu był. Upuścił ją, zgubił? To trochę do niego niepodobne, pomyślała. A jeśli zostawił ją tu specjalnie? Jeśli to jakaś wskazówka? Rękawiczka była ułożona tak, jakby palec wskazujący skierowany był do wnętrza domu. Powędrowała wzrokiem w tym kierunku. Było tam duże, stare lustro. Podeszła do niego i obejrzała dokładnie. W porannym półmroku nie zauważyła nic szczególnego. Sięgnęła po latarkę i oświetliła najpierw drewnianą ramę, a potem taflę szkła. Nagle dostrzegła jakąś regularność, jakieś smugi. Podświetliła to pod innym kontem i smugi okazały się ciągiem cyfr. 2642 – odczytała.

Kurczę, co to znaczy? Do czego to może być klucz? Zaczęła krążyć po domu i szukać jakiegoś pomysłu. Na parterze dwoje drzwi były zamknięte. Na jednych z nich, najprawdopodobniej prowadzących do piwnicy wisiała kłódka. Przyjrzała się jej. Była na szyfr.

Nie wierzę, pomyślała. Ustawiła szereg cyfr znalezionych na lustrze i szarpnęła kłódką. Otworzyła się.

– Nie wierzę – powtórzyła na głos.

Otworzyła drzwi. Zaraz za nimi zaczynały się schody prowadzące w dół. Więc jednak piwnica, pomyślała. Piwnica, w domu z podejrzeniem przestępstwa, to najlepsze miejsce, żeby wyjąć broń. Sięgnęła do kabury. Zimna kolba pistoletu dodała jej pewności siebie. Ostrożnie zeszła do piwnicy, ale nic tu nie znalazła. Rozejrzała się, szukając kolejnej wskazówki. W pewnym momencie w świetle latarki mignęła jej jakaś plama. Była na ścianie, po lewej stronie, tuż za ostatnim dolnym schodkiem. Na szarej ścianie trudno go było w pierwszej chwili dostrzec, ale kiedy to miejsce oświetliła, widziała już dokładnie. To była odbita na ścianie dłoń. Brunatnoczerwony ślad na murze.

– Kurczę, to krew! – powiedziała do siebie wzburzona.

I co teraz? – zastanawiała się, a serce waliło jej młotem.

Pod ścianą, z podłogi wystawał kawałek rury. Wydał jej się zbędny w tym miejscu, nie była to część żadnej instalacji. Chwyciła za rurkę i pociągnęła ją do siebie. Ani drgnęła. Potem ruszyła nią w lewo i w prawo. Wtedy usłyszała za sobą dziwny dźwięk, metaliczny, ale stłumiony. Spojrzała w kierunku, skąd dobiegał. Na betonowej surowej podłodze leżał stary dywan. Złapała za brzeg i uniosła go. Zobaczyła zarys włazu. Wystawał kilka centymetrów nad podłogę. Mniej więcej na jego środku zauważyła uchwyt. Spróbowała go otworzyć. Udało jej się go unieść i wtedy do jej uszu dotarł lekki szum. Poczuła też powiew nieświeżego powietrza.

Pod włazem zbudowano wąskie schody. Zeszła po nich i znalazła się w małym pomieszczeniu, jakby przedsionku. Były tam drzwi. Tym razem z kluczem w zamku. Przekręciła go i otworzyła.

Weszła do środka i oniemiała. Byli tam. Byli tam wszyscy. Najpierw stali i patrzyli na nią, a potem podeszli do niej i zaczęli ściskać i dziękować. Drobny mężczyzna koło czterdziestki, trzy male dziewczynki i szef techników. On siedział w kącie na materacu i trzymał się za zakrwawioną głowę.

– Boże jakim cudem nas pani znalazła? – spytał. – Już byłem pewny, że umrzemy tu z głodu. Ta wariatka zbudowała im tu całe mieszkanie. Oni twierdzą, że zatrudniła jakichś uchodźców i budowali jej to przez trzy miesiące.

– A gdzie teraz jest? – spytała Zamojska.

– Skoro jej pani nie znalazła na górze, to uciekła – powiedział drobny mężczyzna. – Wpadła w panikę, kiedy sąsiadka zobaczyła Gosię – wskazał na najstarsza z córek. – Udało jej się raz wyjść na podwórko…

– A ja dostałem w głowę, jak myszkowałem pod domu – wyjaśnił szef techników.

– Znajdziemy ją – powiedziała komisarz. Podeszła do współpracownika. – Zaraz się panem zajmiemy. Dzięki bogu, zostawił pan wskazówki, inaczej w życiu by was tu nikt nie znalazła.

Szef techników spojrzał na nią zdziwiony.

– Ale… Jakie wskazówki? – spytał.

Nieźle oberwał, pomyślała Zamojska. Musi być nadal oszołomiony.

– Jakie wskazówki? – spytał jeszcze raz.

– No, najpierw ta rękawiczka w korytarzu.

Szef techników pokręcił głową.

– Musiała mi po prostu wypaść. Miałem kilka w kieszeni...

– A szyfr na szybie? Bez niego nie otworzyłabym kłódki do piwnicy.

– Aaaa, to – mężczyzna uśmiechnął się. – Żona zadzwoniła, żebym odebrał lekarstwo w aptece dla chorego syna. Podała mi kod do e–recepty. Nie miałem go gdzie zapisać, więc… – pokazał gest naśladujący pisanie palcem po jakiejś powierzchni. – Przepraszam, pani komisarz. To było wyjątkowo nieprofesjonalne.

– A ta kłódka jest rzeczywiście na szyfr, ale tak naprawdę wystarczy szarpnąć i się otworzy – dodał drobny mężczyzna.

Zamojska rozłożyła bezradnie ręce.

– A ślad dłoni na ścianie w piwnicy?

Szef techników zastanawiał się chwilę.

– Jak mnie zaszła od tyłu i uderzyła, to złapałem się za zakrwawioną głowę, a potem oparłem ręką o ścianę. Tak, tak musiało być.

– No to nie jest pan taki sprytny, jak myślałam – powiedziała, uśmiechając się. – Ale i tak się cieszę, że pana widzę.