Z czym wam się kojarzy słowo zdrajca?

Z czym wam się kojarzy słowo zdrajca?
Pixabay

Z czym wam się kojarzy słowo zdrajca? Trudne pytanie? Nie sądzę. Dość szybko uzyskałabym odpowiedź i pewnie dość szybko bym się z nią zgodziła. Jak byłam dzieckiem, zdrajcą była koleżanka, która z jakiegoś powodu zaczęła zapraszać inną koleżankę do naszej piaskownicy. Nie doświadczyłam nigdy większej zdrady i jakoś to słowo funkcjonowało w moim słowniku, ale nie miało jakoś większego znaczenia. Nie doznałam upokorzeń z tym związanych i jakoś też nie przyszło mi przez myśl, że to słowo na zawsze zawita do mojego życia i przyjdzie dość niespodziewanie ze strony, której nikt nie bierze pod uwagę. Bo z każdej się można tego spodziewać, ale najmniej z tej... ale dość tych tajemnic, opowiem wam moją historię.

Zaraz po ślubie wyprowadziłam się do mojego męża, wiecie, podobno teściowa to zło konieczne, ale mnie akurat udało się trafić na osobę ciepłą i wspierającą. Owszem, miała jakieś swoje wahania nastroju, ale to jak każdy. Trzymała się z daleka, pomagała, kiedy mogła i nawet czasem miałam wrażenie, że częściej była po mojej stronie niż po stronie mojego męża. Szybko mieliśmy dziecko, córka przyszła na świat rok po naszym ślubie. Bardzo źle zniosłam poród. Wraz z mężem podjęliśmy decyzję, że nie będziemy mieć więcej dzieci. Kochałam moją córką, ale była ona jeszcze większym oczkiem w głowie swojego taty. Uwielbialiśmy wspólne wycieczki, byliśmy bardzo dumni z naszej księżniczki. Lata mijały, teściowa zmarła, zostaliśmy w dość dużym domu sami. Mąż pracował, ja zajmowałam się domem i od czasu do czasu szyłam. Co też było dobre, oszczędzaliśmy dużo pieniędzy na ubraniach, a nasze dziecko i tak miało dość pokaźną kolekcję ubrań. Nie powiem, trochę za dużo jej dawaliśmy, ale mieliśmy jedno dziecko i jedyną możliwość na wychowanie naszego potomka. Mąż dość dobrze zarabiał, mieliśmy pomysł remontu dolnej części domu, ale stwierdziliśmy, że najpierw wyremontujemy tę użytkową, w końcu nasza córka miała pójść na studia i siłą rzeczy wyprowadzić się z domu, kto wie, może na zawsze. Z jednej strony bardzo cieszyliśmy się, że chce się rozwijać, że do czegoś dąży, znaliśmy dzieci znajomych i sąsiadów, i z tym pomysłem na siebie było dość ciężko u nich. Tym bardziej cieszyliśmy się, że z naszą córką jest inaczej. Zdała maturę i wybrała uczelnie. Nie próbowaliśmy doradzać i szukać rozwiązania za nią, bo wiedzieliśmy, że zmuszanie do jakiejś drogi zwykle się źle kończy. Nadszedł dzień wyjazdu, zwyczajnie spakowała się i odwieźliśmy ją do akademika. Nic nie zapowiadało, że to właśnie od tego dnia moje życie skomplikuje się już na zawsze.

W drodze powrotnej mój mąż miał zawał, zdążył się zatrzymać na poboczu, wezwałam karetkę, zmarł w szpitalu. Moje życie z jednej strony już się skończyło, z drugiej zaczynał się zupełnie inny etap, któremu musiałam stawić czoło. Zostałam z tym wszystkim sama i nie wiedziałam, jak dalej to się potoczy. Moje dziecko było zdruzgotane, musiałam być silna i dla niej, i dla samej siebie. Jak udało się zorganizować pogrzeb, okazało się, że oszczędności mogłam wykorzystać na bieżące życie, jednak studia mojej córki stanęły pod wielkim znakiem zapytania. Nie wiedziałam jak jej o tym powiedzieć, ale uznałam, że nie mam wyjścia. Opracowałam plan, w którym mogła studiować zaocznie, na tyle było mnie stać. Jednak tylko na tyle, na całą resztę musiałaby zarobić sama. Do rozmowy z nią przygotowywałam się cały tydzień. Nie miała łatwego charakteru, ale też nie słyszała dość często słowa „nie”. Miała, co chciała i tak jak przewidywałam rozmowa z nią skończyła się awanturą, w której pierwszy raz usłyszałam, że do niczego się nie nadaje, że zrujnowałam jej życie i że to wszystko moja wina. Jednak po całej awanturze wróciła do domu, na tym problemy się nie skończyły. Po kilku tygodniach znalazłam pracę w pobliskim supermarkecie, jednak przez to miałam wrażenie, że moja córka całkiem straciła do mnie szacunek. Na pytania, kiedy znajdzie jakąś pracę, odpowiadała, że już jedna kuchta w domu wystarczy i nie będzie się ośmieszać, tak jak ja to robię. Jak ja jej miałam serdecznie dość. Nie miałam wyjścia, nie wyrzuciłabym własnego dziecka z domu. Mijały tygodnie, do domu zaczęła zapraszać różnych podejrzanych typów, nie godziłam się na to, po każdej wizycie odbywała się dzika awantura, w której córka oskarżała mnie o najgorsze. Na koniec padało słynne w tym domu zdanie: To nie jest twój dom, tylko ojca. Po takim argumencie brakowało mi sił na dalszą walkę z nią. Od pewnego momentu zaczął pojawiać się w domu jakiś dziwny człowiek, który na początku przemykał tylko wieczorami. Potem widywałam go już w ciągu dnia. Na pytanie, kim on jest, dostawałam jakieś zdawkowe informacje. Po czym pewnego dnia usłyszałam tylko informacje, że nieznajomy zamieszka z nami. Niestety nie miałam szansy wypowiedzieć się, czy to mi odpowiada i nagle mieszkaliśmy już we trójkę. Problem był jeden, ja byłam praczką, sprzątaczką, kucharką i tą, która płaci rachunki i, oczywiście, wynosi śmieci. Tony śmieci, butelek po alkoholu, puszek po piwie. Ja byłam odpowiedzialna za wszystko i nie było mi to na rękę, ale zwyczajnie zaczynałam się martwić, co będzie dalej. Zaczynałam się bać tego współlokatora, a córka już w ogóle ze mną nie rozmawiała. Pewnego dnia zauważyłam, że nie ma moich oszczędności w szufladzie, po zwykłym pytaniu, moja córka podeszła, splunęła mi w twarz i powiedziała krótko: To miały być oszczędności czy jakieś drobne? Stałam jak oniemiała i to był dzień, w którym nareszcie zrozumiałam, że to nie jest zabawa, to nie jest moje życie, to koszmar, na który się nie pisałam. Kolejne miesiące mijały mi na schodzeniu im z drogi. Nawet mi się to udawało do pewnego momentu. Niestety dzień apokalipsy się zbliżał. Wracając z pracy po drugiej zmianie z marketu zauważyłam, że cały dom jest oświetlony, trochę mnie to przeraziło, ale i tak nie miałam dokąd pójść. Po wejściu do domu moja córka i jej partner czekali mnie, zobaczyłam, że pokój, w którym spałam, jest zupełnie pusty. Zaczęłam krzyczeć, gdzie moje rzeczy. Szybko zostałam uciszona słowami: zamknij japę. Patrzyłam na nich, a oni z uśmiechem na twarzy powiedzieli, że od dziś mam pokój w piwnicy. Tak, tej samej piwnicy, którą miałam wyremontować z moim mężem, ale były inne wydatki. Nie było tam nic, beton na ścianach i na podłodze. Byłam taka słaba i taka bezsilna, że aż głupia. Obróciłam się na pięcie i wyszłam. Moje nowe lokum było straszne. Bałam się wzywać policję, bałam się nawet płakać. W ciemnym, zimnym pokoju stało moje łóżko i szafka, nie miałam dostępu do ciepłej wody ani do toalety. Nie miała siły płakać, czułam się zdradzona przez własne dziecko. Miałam przed oczami siebie w tej norze. Miałam przed oczami kobietę bez wyjścia i matkę, która musiała popełnić dużo błędów. Miałam wrażenie, że stworzyłam potwora. Wiedziałam, że to moja wina i wiedziałam, że to ja ponoszę konsekwencje tego, że dziś nie mam normalnego domu. Przepłakałam całą noc. Kolejnego dnia w pracy, koleżanki widziały, że jestem roztrzęsiona, że mam na sobie te same ubrania i nieumyte włosy, zęby umyłam w toalecie na zapleczu. Chyba nie chciały się wtrącać, ale w końcu nie wytrzymały... zapytały. Nie sądziłam,  że ktoś będzie chciał mi pomóc. Jednak znaleźli się ludzie, którzy zrobili dla mnie więcej niż przypuszczałam.

Straciłam wszystko i wiedziałam, że nie będę nigdy taka jak kiedyś. Walczyłam o to, żeby stanąć na nogach, chociaż nigdy nie pomyślałam, że upadnę i to tak nisko. Nigdy bym nie uwierzyła w to, że moje własne dziecko zmieni moje życie w koszmar, a ja będę tak słaba, że nie podejmę nawet wyzwania walki z nim. Samo słowo walka staje się dziwne w kontekście bycia matką. Nie mam kontaktu z jedyną córką, ona też odwraca wzrok, gdy mnie gdzieś widzi. Robiłam dla niej wszystko bez opamiętania... to był błąd. Idealne dzieciństwo nie jest tym, w którym dostaje się każdą wymarzoną rzecz na świecie. Idealne dzieciństwo to takie, w którym nauczy się szacunku. Szacunek, jak to obco dla mnie brzmi. Mnie wybrzmiewa zdrada dużo intensywniej. Mam nadzieje, że kiedyś się to zmieni. Szacunek wynosi się z domu, bo z każdej zabawki człowiek wyrośnie, szacunku nie zgubi nigdy.