Zapomniana sztuka nadawania alfabetem Morse’a

Zapomniana sztuka nadawania alfabetem Morse’a
Fot. Pixabay

Komisarz Renata Zamojska drżała z zimna na całym ciele. Jak to możliwe, że zima przyszła w tym roku tak szybko, pomyślała. Przecież jeszcze nie tak dawno wystawiała twarz do gorącego słońca, i to nie gdzieś na dalekim południu, tylko tutaj, zaledwie kilka kilometrów stąd. Jeszcze przed dwoma tygodniami chodziła w lekkiej bawełnianej bluzce z krótkim rękawem i dżinsowej kurtce, pod którą ukrywała kaburę z bronią. A teraz trzęsła się jak osika w puchówce  i wytężała wzrok w wieczornym mroku, żeby dostrzec to przeklęte światło.

– Tam! Tam! Widzi pani? Zaczęło się! Mówili prawdę! – wykrzyknął szef techników, wskazując małe światło  w oddali, które zapaliło się na krótką chwilę, a potem zgasło.

Pokiwała głową.

– Widzę, widzę – powiedziała spokojnie.

Rozejrzała się wokół. Policjanci z jednostki antyterrorystycznej zaczęli szykować się do akcji. Mówił tylko ich dowódca. Cicho, krótkimi zdaniami, wzmacniając polecenia stanowczymi gestami.

Potem podszedł do nich i spytał:

– Jest pani pewna?

– Nie jestem. Ale szukamy zbiegów od tygodnia. Muszą gdzieś przecież być. Trzech mężczyzn o rysopisie znanym z mediów, trzy zakazane gęby nie mogą ukrywać się w nieskończoność.

– Ale dlaczego tutaj? – pytał dowódca. – Przez to światełko?

Zamojska wzruszyła ramionami.

– Zauważyli to najbliżsi sąsiedzi. Od dwóch wieczorów ktoś wysyła wieczorem sygnały. Pojedyncze błyśnięcia światła o różnej długości. I  jeszcze to, że właściciele gospodarstwa, stare małżeństwo nie było widziane od jakiegoś czasu. A pies podobno bardzo ujadał. Lokalizacja dla zbiegów idealna. Zabudowania leżą na uboczu, praktycznie poza wsią, pod lasem. Coś musi być na rzeczy…

– Myśli pani, że te sygnały to wzywanie ratunku? Że ci zbiegowie z więzienia siedzą tam w gospodarstwie i przetrzymują tych biedaków jako zakładników? A czy te sygnały mają jakiś sens? Czy to może…?

– … alfabet Morse’a? – dokończył szef techników. – Jak do tej pory nie, sprawdzaliśmy. Sygnały nie układają się w słowa. Ale z drugiej strony, skąd ci ludzie mieliby znać ten system? Ja go pamiętam z harcerstwa…

– Ja też – uśmiechnęła się komisarz. – Ale dziś tego nigdzie nie uczą. Ale oni tam mogą przecież wiedzieć, że coś takiego jest i jak to działa. Na pewno widzieli to na jakimś starym filmie. Co nam szkodzi sprawdzić. Nic nas to przecież nie kosztuje.

– To kosztuje nasz czas – odburknął dowódca. – A on jest bardzo cenny.

***

Znak do rozpoczęcia akcji dała komisarz Zamojska. Oddział antyterrorystów podzielił się na trzy grupy i zbliżał do gospodarstwa z różnych stron.

Zamojska z szefem techników podążali za grupą, która miała wejść bramą od południa. To od tej strony można było zobaczyć migoczące światło. Sygnały pojawiły się ponownie około północy i zaniknęły po około godzinie. Potem nad pola nadciągnęła gęsta mgła, która teraz zaczęła układać się nisko na ziemi, odsłaniając ponownie widok na gospodarstwo.

– Może mogą się pod jakimś pretekstem wymknąć i nadawać sygnały tylko przez jakiś czas? – zastanawiała się na głos komisarz, kiedy światło nagle zniknęło.

– Szkoda, że jednak nie znają Morse’a – stwierdził szef techników. – Mogliby przekazać nam coś więcej. Kto by pomyślał, że alfabet stanie się taką zapomnianą sztuką dostępną tylko dla wtajemniczonych.

– Takie czasy – powiedziała. – Wbija się nam do głowy numery ratunkowe, ale o prostym SOS nikt już nie wspomina.

Ale kiedy ich oddział znajdował się jakieś sto metrów od zabudowań, sygnały nagle znowu się pojawiły.

– Są trzy krótkie – zarejestrował szef techników. – Teraz trzy dłuższe… Są znowu krótkie… To SOS. Nadają wyraźnie SOS!

Teraz już wszyscy biegli. Antyterroryści wpadli na podwórko i ustawili się pod głównymi drzwiami do domu. Dowódca uniósł rękę, a potem opuścił ją szybko wskazując na drzwi.

***

– Naprawdę to były trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie – zaklinał się szef techników. – Przecież sami widzieliście.

– Jeśli to prawda – powiedział dowódca antyterrorystów, śmiejąc się głośno – to mamy fenomen na skalę światową.

– Niech pan nie drwi – warknęła oburzona Zamojska. – Najważniejsze, że uratowaliśmy to małżeństwo. Gdybyśmy tu dzisiaj nie weszli, jutro by pewnie nie żyli. Tak mówi lekarz. Byli wyziębieni i odwodnieni. Z wysoką gorączką. Nieprzytomni. Niewiele brakowało.

– Już dobrze, dobrze. Niech się pani tak nie złości. – powiedział pojednawczym tonem dowódca. – A co im właściwie jest?

– To musi być jakiś wirus, że dopadł oboje w tym samym czasie – powiedział szef techników. – Jeszcze do tego to nagłe ochłodzenie. Kiedy tu weszliśmy, w środku było kilka stopni.

– A jak to było możliwe? Te sygnały?

Szef techników podrapał się po głowie.

– Widzieliście tego psa na podwórku? Potężny owczarek kaukaski. Pewnie wyczuł, że coś złego się stało. Poza tym przez kilka dni nie dostał jedzenia. Szarpał łańcuchem, aż przesunął swoją budę. Ta zahaczyła o instalację elektryczną, która szła po ścianie za budą. Tu wszystko robione jest po staremu. Jedna wielka prowizorka. Doszło do zwarcia i potem za każdym razem, gdy szarpał łańcuchem, ruszał budą, zamykając i otwierając obwód. Wtedy włączało i wyłączało się światło.

– I nadawał Morse’em? – znowu zadrwił dowódca.

Szef techników uderzył się w pierś.

– No, jak Boga kocham, widziałem. Trzy krótkie, trzy długie, trzy krótkie.