Więcej...

    Dla matki jestem nikim

    Przez bardzo długo próbowałam nauczyć się żyć z moją matką, ale nie do końca zawsze mi to wychodziło. Wiecie, to jest taki tyran, tylko w ciele małego człowieka. Moja matka nie była ani wysoka, ani krągła, raczej należała do małych, zwinnych ludzi, którzy dodatkowo potrafili tak kopnąć, że nawet podniesienie głowy do góry graniczyło z cudem. Próbowałam wielokrotnie się podnieść, jako małe dziecko i potem jako dorosły człowiek, nigdy mi się to nie udawało. To jest taka loteria, ruletka, a w sumie gra z życiem, o to czy będzie miała dobry humor, czy nie. Cóż, posłuchajcie mojej historii.

    Mam 45 lat, od wielu lat jestem na terapii. Dlaczego? Ktoś mógłby pomyśleć, że z nadmiaru czasu, albo teraz to modne, albo z jakiegoś innego błahego powodu. Zaskoczę was, powodem moich kilkunastoletnich walk samej ze sobą na terapii, jest moja matka, która nauczyła mnie, że jestem nikim. Pokazała mi, gdzie moje miejsce i na dodatek, kazała wierzyć w jakiś wymyślony świat, który był ułożony na jej zasadach.

    Na początku bardzo ją kochałam, potem tolerowałam, potem byłam, ale czułam złość, aż w końcu doszłam do etapu, w którym zaczęłam ją zwyczajnie nienawidzić, każdego dnia za wszystko. Nie potrafiłam spędzać z nią czasu, bo widziałam tylko to zło, które mi robi. Te jej słowa, która ranią moje serce, moją dumę, które wbijają się jak szpilki w moją głowę. Kiedy wracam do domu, przekręcam zamek w drzwiach, te wszystkie słowa walą w moją głowę, niczym kule gradowe.

    Kiedy byłam dzieckiem, ciągle byłam oceniana, porównywana, żyliśmy w małej miejscowości, więc tak naprawdę nie mogła znaleźć zbyt wielu obiektów do porównywania ze mną. Aczkolwiek była sprytna i wystarczyła jej jedna koleżanka, która mieszkała na końcu ulicy, którą skutecznie pokazywała mi, jako moją rywalkę. Co więcej, nigdy nie chciałam, żeby była moją rywalką, bo ja tak naprawdę nigdy nie nadawałam się do walki, ale zostałam zmuszona.

    Jako mała dziewczynka walczyłam o uwagę, o to, żeby usłyszeć, że jest ładna, mądra, ale słyszałam tylko, że ona jest ładniejsza, mądrzejsza, więc zaczęłam popadać w kompleksy. Najpierw byłam za gruba, potem za głupia, potem długo nie mogłam sobie poradzić w życiu. Zresztą, dla niej dalej sobie nie radzę i nieważne, co bym zrobiła – ja byłam dla niej nikim.

    Dorastałam, przyszedł czas na szkołę średnią. Moja matka wtedy już przestała mnie porównywać do koleżanki z tej samej ulicy, ale zaczęła mnie porównywać do całego świata. Zobacz jak ta sobie radzi, zobacz jak tamta sobie radzi, zobacz co ta osiągnęła, jakie ma oceny, wyjeżdża za granicę, ma fajnego chłopaka, a ty co? Właśnie i tak żyłam z tą myślą: a ja co? Miałam poczucie, że jestem zerem, że nikt mnie nie kocha, nie chce, nikt nie pokocha, że nie ułożę sobie życia, bo ciężko ułożyć sobie życie, jeśli jest się nikim. Nawet teraz jak to mówię, mam wrażenie, że dalej to we mnie rośnie. Kiedy wypowiadam te słowa: jesteś nikim, czuję jak zamyka mi się klatka, jak ściska w gardle, jak irracjonalne to jest, ale jak prawdziwe, dalej w mojej głowie.

    Kiedy kupiłam sobie pierwsze mieszkanie, usłyszałam, że całe życie na kredycie, że jestem sama i że na pewno sobie nie poradzę. Mimo tego, że kredyt był znikomy i tak naprawdę większość kupiłam za gotówkę. W pracy, która dla niej pracą nie była, bo pracowałam w domu, nie wychodziłam, taki zawód, dla niej to nie zawód, dla niej to tracenie czasu. Najlepiej na etacie, najlepiej od poniedziałku do piątku, od rana do wieczora i najlepiej jeszcze co drugą sobotę, albo i niedzielę. Trzeba sobie w życiu radzić.

    Kiedy odwiedziła mnie pierwszy raz, usłyszałam, że kuchnia nie taka, meble nie takie i co za idiota kupuje takie karnisze. Stałam jak wryta i słuchałam tych głupot. Teraz głupot, ale wtedy zastanawiałam się, faktycznie może mogłam kupić inne karnisze. Potem było jeszcze ciekawiej. Kupiłam samochód, na pewno zaraz się rozleci. Każdy mój nowy strój był tandetny, albo za tani, albo za drogi, albo niemodny, albo za ekstrawagancki. Nigdy nie było dobrze, nigdy nie było w punkt.

    Po kilku latach awansowałam i wydawało mi się, że chciałabym to uczcić. Wszyscy wokół mówili mi, że jestem wartościowa, że świetnie radzę sobie w życiu, jestem inteligentna, ale ja ciągle słyszałam, że nie jestem wystarczająca. Zorganizowałam przyjęcie, zaprosiłam wszystkich i zaprosiłam moją matkę. Już od progu moja matka zaczynała grę. Mówiła wszystkim jaka jest ze mnie dumna, jak wiele osiągnęłam, jak ona wszystko widzi, a ja stałam tam jak ciele, na środku i myślałam, że to jakiś sen. Zastanawiam się, czy on mówi poważnie, czy tylko chce zaskarbić sobie moich znajomych. Mój szef powiedział do mnie: jaką masz cudowną mamę, zaproś ją czasem do biura, jak już jesteś tam szefem.

    Patrzyłam na ten świat i zastanawiałam się. co tu się dzieje, kiedy wszyscy wyszli, a ostatni gość zjeżdżał windą, pewnie nawet nie zdążył z niej wysiąść, usłyszałam, że ona nie wie co we mnie ci ludzie widzą, że jedzenie było niedobre, że było go mało, że pewnie wszyscy poszli się najeść na miasto, że alkoholu było dużo, ale w sumie był niedobry, bo drinki jakieś takie dziwne, że przecież skoro awansowałam, to powinnam się pokazać, żeby wszyscy mnie szanowali.

    Tak naprawdę oczekiwałam tylko, że ona mnie będzie szanować, że nie będzie gadała. Wszystkie te słowa, które mówiła przy moich znajomych, to były te słowa, na które ja czekałam tak długo i i chyba nigdy się nie doczekam. Chyba, że zaproszę tłumy gapiów i wtedy ona będzie brylować na salonach, mówiąc te wszystkie rzeczy. Na koniec usłyszałam, że kiedyś i tak się na mnie poznają, a ona musi wracać do domu, bo jest zwyczajnie głodna. Kiedy jechała windą wierzcie mi, miałam najgorsze myśli. Zastanawiałam się, co by się stało, gdyby z niej nie wysiadła.

    Jestem nikim dla niej. Czasem zastanawiam się, czy moja matka w ogóle zdaje sobie sprawę, z tego co mi robi. Nie rozumie, gdzie mnie ta cała narracja doprowadza. A doprowadza do ściany, tam jestem i patrzę w tę ścianę, tak jak ta mała dziewczynka, która była karana za wszystko, patrzę na nią i nie wiem co mam zrobić.

    Pewnie czytając ten tekst, zastanawiacie się dlaczego nie zrezygnowałam z relacji z moją matką, czasem warto wyłączyć telefon, albo zrobić coś zupełnie innego i odciąć się zwyczajnie. Wyciągnąć kabel z kontaktu, ale ja nie potrafię, bo jestem uzależniona od tego zła. Kiedy go nie ma, to ja się zastanawiam, kiedy wybuchnie i szukam kontaktu, bo jakbym całe życie była gotowa. Mam nadzieję, że pewnego dnia wyciągnę tę wtyczkę, odetnę się, zapomnę, ale boję się, że to jeszcze potrwa i nieważne, ile jeszcze w życiu osiągnę, gdzie będę i kim będę, dla niej zawsze będę nikim. Będę tą gorszą, z tego drugiego końca ulicy, tak naprawdę nigdy nie wiem z jakiej strony uderzy, ale wiem, że cios będzie potężny, a ja będę się potem długo zbierać.

    Paulina Oleśkiewicz — kobieta nieszablonowa, szukająca swojej drogi i samej siebie. Zakładała firmy i je traciła, otarła się o wojsko, pracowała na budowie, cały czas największą przyjemność sprawiało jej słuchanie ludzi. I tak dotarła do miejsca, w którym jest teraz — realizuje się w life coachingu, ale nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Z powodzeniem pisze i nadal szuka. Przedstawione historie są historiami ludzi, z którymi w swojej pracy i życiu się spotkała.

    Więcej o psychologii znajdziecie tutaj.

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY