Jego dawne ofiary błagały sąd o zmniejszenie wyroku. Bezskutecznie

Jego dawne ofiary błagały sąd o zmniejszenie wyroku. Bezskutecznie

Gdy oskarżony usłyszał wyrok, pobladł i niemal zemdlał. Jego ofiary, obecne na sali rozpraw, podniosły straszny lament. Domagały się nadzwyczajnego złagodzenia kary. Nie mogły pogodzić się z tym, że człowiek, który uwiódł i okradł 72 kobiety, zostanie stracony. Nie przekonywało ich nawet to, że jedna z ofiar zapłaciła za romans z oskarżonym najwyższą cenę. Wyrok jednak wykonano, a Jurij Ładżun przeszedł do historii jako jeden z najskuteczniejszych oszustów matrymonialnych w XX w.

Jurij Ładżun już w dzieciństwie słyszał, że jest uroczym chłopczykiem. Zawadiacki uśmiech, błękitne oczy i nieposkromiona czarna czupryna sprawiały, że wyglądał jak bohater powieści przygodowych Juliusza Verne’a. Jurczik, jak zdrobniale mówiła do niego matka, szybko zorientował się, że sympatyczna twarz jest jego potężną bronią. Dlatego skwapliwie wykorzystywał swoje atuty chociażby po to, by przepisywać zadania domowe od koleżanek z klasy. Gdy obserwował rodziców, którzy ciężko pracowali na jednej z fabryk w Odessie, wiedział, że nie chce iść w ich ślady. Kiedy dorośli pytali go, kim chce zostać, gdy dorośnie, odpowiadał – pilotem, kapitanem statków pasażerskich, albo przodownikiem pracy. Tak się złożyło, że został każdym z nich – tyle tylko, że w opowieściach, którymi karmił uwodzone przez siebie kobiety. Jurij zrozumiał bowiem, że jego największym talentem jest manipulowanie, okradanie i oszukiwanie ludzi i postanowił, że będzie to jego sposobem na życie.

Pierwszej kradzieży dokonał tuż po wyjściu z wojska. W pociągu, podczas powrotu do domu, okradł kolegę z jednostki. Odsiedział za to trzy lata. W więzieniu nauczył się za to kolejnych złodziejskich sztuczek i obiecał sam sobie, że już nie wpadnie. Od któregoś ze współwięźniów usłyszał, że najlepszym celem oszustwa są samotne kobiety. Po wyjściu na wolność od razu wziął się za realizację swoich planów.

Przez kilka lat udawało mu się żyć na koszt uwodzonych kobiet. Wtedy jeszcze ich nie okradał, pozwalał się utrzymywać. Gdy tylko zaczynały mówić o zalegalizowaniu związku, znikał. Po jakimś czasie taki tryb życia mu się jednak znudził. Postanowił działać szybko i nie wiązać się z żadną z ofiar na dłużej niż kilka dni. Zaczął też tworzyć dla siebie wiarygodną biografię, która mogła uzasadniać jego szybkie zniknięcie. Przedstawiał się więc jako kapitan lub pilot, który przyleciał do miasta dosłownie na kilka dni i wkrótce czeka go kolejny rejs.

Któregoś dnia w restauracji Ładżun poznał mężczyznę, który nazywał się Nikołaj Puszczin. Od słowa do słowa, okazało się, że Puszczin jest naukowcem, miał nawet zaświadczenie o nagrodzeniu go medalem za wybitne osiągnięcia w pracy. Ładżun ukradł wszystkie dokumenty Puszczina i od tego czasu zyskał jeszcze jedną "biografię". Trwała zimna wojna, a naukowcy, zwłaszcza fizycy czy matematycy, byli ostrzegani, że mogą stanowić cenny łup dla szpiegów i innych wrogów władzy radzieckiej. Dlatego Ładżun bardzo cenił swoje nowe wcielenie – udawał roztargnionego naukowca, który zostawił wszystkie pieniądze w domu i przyjechał na konferencję bez grosza w kieszeni.

Na taki haczyk złapała się Natalia Orłowska, która w sierpniu 1968 r. znalazła się na delegacji w Kałudze. W hotelowej restauracji zagadnął ją przystojny mężczyzna z burzą włosów. Przedstawił się jako Nikołaj Puszczin, fizyk jądrowy. Powiedział, że bardzo chciałby pójść z nią do kina. Akurat grano film z Alainem Delonem, ówczesnym amantem filmowym. Natalia szybko się zgodziła, ona też czuła się samotna, więc perspektywa spędzenia czasu w miłym towarzystwie bardzo ją ucieszyła.

W kinie nie mogła się skupić – na ekranie widziała Alaina Delona, a na fotelu obok mężczyznę, który wyglądał niemal jak bliźniak francuskiego aktora. Czarne włosy, błękitne oczy, zdecydowane rysy twarzy. Była zauroczona nowym znajomym. Dlatego przejęła się, gdy wyznał, że na bilety do kina wydał ostatnie pieniądze – zapomniał portfela, jadąc w delegację i miał tylko drobną kwotę, którą znalazł w kieszeni marynarki. Zapytał, czy Natalia nie mogłaby pożyczyć mu 250 rubli, które zwróci, jak tylko dojedzie do domu. Kobieta szybko się zgodziła, choć ta kwota była dwukrotnością jej wypłaty. Nowy znajomy pięknie podziękował, po wspólnie spędzonej nocy przyniósł jej do pokoju bukiet kwiatów, obsypał komplementami i… zniknął. Natalia początkowo martwiła się, że został porwany przez agentów obcego wywiadu, dopiero po kilku dniach zorientowała się, że nigdy więcej nie zobaczy młodego naukowca i zgłosiła się na milicję.

Jurij Ładżun był już tymczasem w Mińsku, gdzie podbijał serce kolejnej samotnej kobiety. Tym razem jego ofiarą padła Nadieżda, kobieta po 30., która była posiadaczką kawalerki w centrum miasta. Ładżun szybko przekonał kobietę, że jest miłością jego życia, a na dowód swoich uczuć natychmiast się oświadczył i za pomocą łapówki przyspieszył termin ślubu w urzędzie stanu cywilnego. Kolejnym argumentem, by tak szybko się pobrać, była rzekoma obawa, że jako fizyk stał się celem amerykańskich szpiegów i musi błyskawicznie ukryć swoją tożsamość, zmieniając nazwisko. Po hucznym weselu panna młoda obudziła się w ogołoconym mieszkaniu. "Mąż" zostawił jej liścik, że zabiera ze sobą jej rzeczy, bo musiał pilnie wracać do pracy w tajnym instytucie badawczym, liczy jednak, że żona wkrótce do niego dołączy. "Nie potrzebujesz dywanu, który wisiał na ścianie, twoje rzeczy już są u mnie, więc będzie ci łatwiej się przeprowadzić" – napisał Ładżun. Nadieżda potrzebowała kilku dni, by ochłonąć i zrozumieć, że małżonek nie ma zamiaru do niej wracać. Najbardziej przeżywała, że "mąż" ukradł jej 20 par zagranicznych rajstop, które udało jej się zdobyć dzięki koleżance, mieszkającej w Polsce.

Jedną z najbardziej zuchwałych kradzieży, jakiej dopuścił się Ładżun, było jednak obrabowanie rodziców jednej z jego ofiar. Anna Woronina pracowała jako dyrektorka restauracji na parowcu w Odessie. Mieszkała na statku, a Jurij Ładżun codziennie meldował się na obiedzie w jej restauracji. Po kilku tygodniach prawienia komplementów Anna odwzajemniła zainteresowanie Jurijem, a następnego dnia po pierwszej wspólnej nocy opowiedziała, że nie trzyma w pokoju na parowcu pieniędzy – odwozi je do rodziców, którzy są jubilerami. Jurij już następnego dnia pojawił się w ich mieszkaniu, podając się za narzeczonego Anny i prosząc o nocleg. Oszołomieni starsi państwo ufnie wpuścili do domu oszusta. W nocy ukradł nie tylko cenne pamiątki, ale też całą biżuterię, która znajdowała się w tajnej pracowni rodziców Anny (w tamtych czasach prywatna produkcja biżuterii była w ZSRR zakazana i surowo karana). Pierścionki z brylantami i innymi kamieniami szlachetnymi pozwoliły mu na kilka miesięcy spokoju. Po Juriju zostały Annie tylko dwie pary zagranicznych rajstop…

W ciągu dwóch lat Jurij Ładżun uwiódł i obrabował ponad 70 kobiet. Prawdziwa liczba zapewne nigdy nie będzie znana, ponieważ na milicję zwracały się jedynie kobiety niezamężne. Wszystkie ofiary twierdziły, że oszust wygląda jak Alain Delon. Sporządzono portret pamięciowy, który rozesłano do wszystkich większych miast w ZSRR – wiadomo było bowiem, że oszust operuje m.in. w Wilnie czy Tallinie.

Jurij Ładżun wpadł, gdy usiłował uwieść kelnerkę w przydworcowym barze w Gatczyni. Nie wiedział, że kelnerka kilka tygodni wcześniej została uczulona przez milicję, by informowała o pojawieniu się mężczyzny podobnego do Alaina Delona.

Jurij Ładżun akurat potrzebował noclegu, wracając do Moskwy z Leningradu, a kelnerka z baru wydawała się zainteresowana zapewnieniem mu kąta do spania. Poszedł z kobietą do jej domu i położył się spać. Gdy do mieszkania kelnerki wpadła grupa milicjantów, nie wiedział, co się dzieje.

Początkowo na przesłuchaniach twierdził, że niczego nie ukradł, a wszystkie relacje z kobietami były autentyczne i on tylko przyjmował bogate prezenty, by nie obrazić partnerek. Któregoś dnia przyznał się jednak do oszustwa, którego nie popełnił. Prowadzący sprawę śledczy Michaił Dajneko zorientował się, że Ładżun bierze na siebie czyjąś winę. Po nitce do kłębka doszedł do akt nierozwiązanej sprawy zamordowania kierowniczki restauracji na parostatku "Terek" Rity Litinej. Okazało się, że kobieta została zabita tego samego dnia, w którym doszło do kradzieży, do której przyznał się Ładżun. Podczas przeszukania znaleziono w jego domu klucz od kabiny, w której znaleziono uduszoną Litinę.

Obie sprawy powiązano i nagle z oskarżenia o oszustwa i kradzieże, które milicjanci ze śmiechem nazywali "przygodami Casanovy", narodziła się sprawa o zabójstwo.

Ładżun do pewnego momentu nie przejmował się śledztwem i pobytem w areszcie. Był przekonany, że i tym razem mu się upiecze. Co najdziwniejsze, mógł liczyć na wsparcie niektórych ofiar spośród 72 osób, które okradł (tyle oszustw mu przypisywano). Przynosiły mu paczki i odzież, książki. Niektóre wciąż czuły się jego żonami. Bardzo trudno było je przekonać, że zostały oszukane…

Ogłoszenie kary śmierci było dla Jurija Ładżuna druzgocące. Liczył na maksimum pięć lat. Okazało się jednak, że zabójstwo Rity Litinej zaważyło na jego losie. Jego dawne ofiary błagały sąd o zmniejszenie wyroku i wypuszczenie Ładżuna – bezskutecznie.

Latem 1971 r. wyrok został wykonany.

Na podstawie tej historii w 2021 powstał roku popularny serial „Casanowa” ze Swietłaną Chodczenkową i Antonem Chabarowej w rolach głównych.