Tylko kilka słów

Tylko kilka słów

Winda pamiętała chyba lata osiemdziesiąte. Klaustrofobicznie mała i ciemna – z nędzną żarówką starego typu w suficie – tłukła się niemiłosiernie mijając kolejne piętra. Komisarz Renata Zamojska wpatrywała się jak zahipnotyzowana w zmieniające się cyfry na drzwiach. Trzy, cztery, pięć, sześć. Winda zatrzymała się wreszcie.

Na korytarzu panowało małe zamieszanie. Z niektórych mieszkań wychylali się zaciekawieni ludzie, półszeptem wymieniali między sobą uwagi. Gdzieś blisko było słychać szczekanie psa.

W przedpokoju wpadła na szefa techników. Zmierzył ją wzrokiem.

– Kiepsko pani wygląda. Trudna noc? – spytał.

Zamojska westchnęła głośno i pokiwała głową.

– Córka złapała rotawirusa – wyjaśniła. – Nie zmrużyłam oka. Co tu mamy?

– Mamy zagadkę – odpowiedział.

– Hej! Czy możecie coś zrobić z tym psem?  – głęboki męski głoś dobiegł z korytarza. – Oszalejemy tutaj. Najpierw przez całą noc skamlał, teraz szczeka...

– Co z tym psem? Jest tu w mieszkaniu? – spytała Zamojska.

–  Taki mały, chyba maltańczyk – odpowiedział szef techników. – Zamknięty w drugim pokoju. Był tam, kiedy się pojawiliśmy. To przez to szczekanie sąsiedzi się zainteresowali i wezwali policję.

Weszli w głąb mieszkania. Duży pokój wyglądał jak rzeźnia.

– O Boże – jęknęła Zamojska. – Co za jatka.

W całym pokoju było mnóstwo śladów krwi. Na podłodze pod ścianą leżały ciała dwóch młodych mężczyzn. Ułożeni obok siebie, z rękami wzdłuż ciała. Ubrania od pasa w górę brunatne od zakrzepłej krwi. Usta obydwu zaklejone szeroką srebrną taśmą.

– Może to jakaś egzekucja albo rytuał – powiedział technik. – Ciekawe, że obaj mają rany tylko na ciele od pasa w górę i na prawych przedramionach.

– Obaj tak samo? – spytała policjantka zaciekawiona.

– Tak.

– Bronili się? Zasłaniali przed ciosami? – zastanawiała się Zamojska.

– Na to wygląda. I jeszcze te plastry na ustach. Ktoś ich torturował i zadbał o to, żeby nie krzyczeli?

W drzwiach pokoju stanął mundurowy policjant.

– Pani komisarz, mam pani przekazać, że na komendę zgłosiła się jakaś kobieta, która przyznała się do tego zabójstwa.

Komisarz Zamojska i szef techników spojrzeli po sobie.

– Już? Tak szybko? – spytała zdziwiona Zamojska. – Jestem niemal rozczarowana – dodała uśmiechając się.

– Co zrobimy z psem? – spytał mężczyzna. – To w sumie świadek zbrodni.

Zamojska znowu się uśmiechnęła.

– Na chwilę mogę go do siebie wziąć. Córka się ucieszy...

***

Komisarz Zamojska pokręciła energicznie głową.

– Nie wierzę pani. W ani jedno słowo.

– Jak to? – siedząca naprzeciwko niej ładna, filigranowa blondynka zmarszczyła czoło zdziwiona. – Przecież przyznaję się. To nie rozwiązuje sprawy?

– Nie, jeśli to ma zrobić ze mnie idiotkę.

– Nie rozumiem.

– Pani Jolanto, pani ma według dokumentów metr sześćdziesiąt wzrostu i waży 56 kilo. Tymczasem ofiary to Jan Kardan, metr osiemdziesiąt, 92 kilogramy i Robert Targosz, metr osiemdziesiąt dwa i 96 kilo. A pani ich obezwładniła i zadała każdemu, podkreślam, każdemu, około trzydziestu ran. Aha, no i wcześniej zakleiła im pani usta taśmą.

– Upiłam ich najpierw. Potem było łatwiej – powiedziała blondynka.

Zamojska znowu pokręciła głową.

– Mieli co prawda obaj we krwi trochę alkoholu, ale na pewno nie dość, żeby mogła pani z nimi zrobić to wszystko. Nie kupuję tego.

– A noże? Przyniosłam je wam przecież.

Zamojska uniosła na wysokość oczu dwie foliowe torebki ze zwykłymi kuchennymi nożami w środku.

– Sprawdziliśmy. Sekcja potwierdziła, że to właśnie nimi popełniono morderstwo. I na obu są pani odciski palców. Tylko niech mi pani wytłumaczy: dlaczego potrzebowała  pani aż dwóch noży? I to konsekwentnie jednym zabiła pani Jana Suzina, a drugim Roberta Targosza? To też wynika z sekcji. To nie tyle dziwne, co dziwaczne. A wszystko, co dziwaczne wzbudza moją nieufność.

***

Komisarz Zamojska stała na środku dużego pokoju i bacznie się rozglądała. Nie było już tu oczywiście ciał dwóch mężczyzn, ale ciągle na podłodze, ścianach i meblach widoczne były brunatne plamy i smugi.

– Czy to nie dziwne, że jest tyle krwi na stole i krzesłach? Dlaczego akurat tu? – spytała.

Szef techników podrapał się po głowie.

– Jakby zabójca zaskoczył ich siedzących przy stole – zauważył.

Zamojska pokręciła głową. Usiadła na jednym z krzeseł i wskazała mu miejsce naprzeciwko niej. Zajął je posłusznie, a ich wzrok spotkał się ponad stołem.

– Oni też tak siedzieli. Naprzeciwko siebie. W zasięgu swoich ramion. Już pan rozumie, co tu się stało?

– Kurczę, nie wierzę – odpowiedział, łapiąc się za głowę. – Nie myli się pani? W dwudziestym pierwszym wieku? Ale o co?

– O to co zwykle: o kobietę, o miłość.

***

Kobieta siedziała w sali przesłuchań ze spuszczoną głową.

– To był pojedynek – stwierdziła Zamojska. – Zakładam, że o panią, prawda? Tylko jak zorganizować pojedynek w mieszkaniu na szóstym piętrze w zwykłym bloku? Panowie pomyśleli i wymyślili: usiedli przy stole naprzeciwko siebie z nożami w rękach. Według sekcji na nadgarstkach lewych dłoni ofiar były ślady wiązania. Zakładam, że sami przywiązali sobie lewe ręce do krzeseł, żeby nie móc się podnieść i odruchowo nie używać drugiej ręki. Zastanawialiśmy się długo, po co ta taśma na ustach. Odpowiedź może być prosta: w bloku wszystko słychać. Mam od kilku dni tego pieska w domu…

– Tommy, pies Jaśka – wtrąciła kobieta, ożywiając się wyraźnie. – Jest u pani?

– Podobno zamknięty w drugim pokoju skomlał strasznie i całe piętro nie mogło spać. U mnie w domu też piszczy. Ale wcale tego tak bardzo nie słychać. Ale w bloku ściany są jak z papieru, a oni pewnie  bali się, że ktoś przerwie pojedynek i sami zakleili sobie usta, żeby zranieni nie krzyczeć. A może… to było jeszcze coś innego? Coś bardziej przerażającego? Może umówili się, że to pojedynek do końca? I żeby żaden z nich nie mógł go przerwać, prosić o litość…

– Boże, niech pani przestanie – jęknęła blondynka, ukrywając twarz w dłoniach. – Powiedziałam przecież, że to ja ich zabiłam. Bo tak czy inaczej, to moja wina.

– No wie, pani. Co by nie mówić, to byli dorośli ludzie – zauważyła policjantka. – Zakładam, że kiedy się pani tam zjawiła, już nie żyli. Jeden zginął od rany w serce, drugi się wykrwawił. Pani tylko odwiązała ich od krzeseł i ułożyła na podłodze,

– Miałam przyjść na osiemnastą – kobieta z trudem powstrzymywała łkanie. – To miało być zwykłe spotkanie. A kiedy weszłam, oni siedzieli już martwi przy tym stole…

– No właśnie. To nie pani wina, że wpadli na taki szalony pomysł.

– Pani nie rozumie. Ja… ja coś powiedziałam i to dlatego. Wszyscy troje byliśmy jakoś zmęczeni tą sytuacją. Ja kochałam ich obu i nie mogłam się zdecydować. Naprawdę nie mogłam. Kiedyś to było zabawne, ta ich rywalizacja o mnie. Ale jak długo tak można? A oni obydwaj zaczęli naciskać, żebym w końcu któregoś wybrała … Więc poirytowana rzuciłam tak żartem, że jeśli o mnie chodzi, mogą się pojedynkować. Na śmierć i życie. Boże, ja naprawdę to powiedziałam. Tyle różnych słów było między nami. Tysiące. Skąd mogłam wiedzieć, że te będą tyle znaczyć. To tylko kilka słów przecież. Tylko kilka słów...

Mariusz Koperski, pisarz, autor m.in. powieści "Amator zbrodni. Zakopiańska powieść kryminalna" oraz "Giełda milionerów" a także cyklu opowiadań, które można znaleźć tutaj.