Wielka złość

Wielka złość
Rewolwer, pixabay.pl

Nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, że go ma. Od czasu do czasu zatrzymywał się, rozglądał czujnie i wkładał rękę do plecaka, żeby go poczuć. Był tam, nie przyśniło mu się to. Nie tylko mógł go dotknąć, lecz także chwycić za rękojeść i delikatnie oprzeć wskazujący palec na spuście. Broń leżała idealnie w dłoni.

Co to za marka? Glock, walther, może jakiś polskiej produkcji? Właściwie nie znał się aż tak dobrze na broni. Pistolet to pistolet.

A jeśli to atrapa albo replika na gumowe kulki? – zaniepokoił się nagle. Wyobraża sobie nie wiadomo co, a może nosi w plecaku nieszkodliwą zabawkę.

Znowu się rozejrzał. Stał na środku deptaka w rodzinnym mieście. Ludzie wokół mijali go, nie zwracając uwagi na niego i jego rozterki. Gdzie może to wszystko sprawdzić?

W parku – pomyślał. Tak, tam powinien mieć trochę spokoju, żeby nie budząc podejrzeń obejrzeć broń.

W miejskim parku rzeczywiście był prawie sam. Kilka osób krążyło w oddali po alejkach, korzystając z pierwszych nieśmiałych przejawów wiosny. Jakaś para z labradorem, kobieta z dziecięcym wózkiem, rodzina na spacerze. Nikogo nie interesował trzydziestolatek, który przycupnął na ławce nad stawem.

Położył plecak na kolanach. Rozpiął suwak i zajrzał do środka. Chwycił pistolet i uniósł go do światła, nie wyjmując jednak z plecaka.

„Glock 44. Austria” – przeczytał wytłoczenie na lufie.

Więc musi być prawdziwy. A czy naładowany? - zastanawiał się. Pod kciukiem wyczuł na uchwycie mały przycisk. Usłyszał delikatne kliknięcie i magazynek wysunął się z korpusu.

Dziesięć naboi – policzył szybko i aż zadrżał. Dziesięć. Co można zrobić z dziesięcioma nabojami?

                                                               ***

- Dokąd mnie ciągniesz? - spytał poirytowany Krzysztof. - Naprawdę nie mam teraz za bardzo czasu. Mówiłem ci, że jestem umówiony.

- Nie pieprz. Przyjacielowi odmówisz?

- Odmówię czego? Przecież mi nawet nie powiedziałeś o co chodzi? Wpadłeś do mnie jak oparzony i wyciągnąłeś mnie z domu. Gdybym wiedział, że to jakaś dłuższa wyprawa, ubrałbym się przynajmniej jakoś cieplej – powiedział Krzysztof zapinając pod szyją czerwoną flanelową koszulę.

- Idziemy do Słonia – odpowiedział po chwili.

- Do Słonia? Do niego? Jezu! A to po co? Mało już od niego oberwałeś? Mało się na tobie wyżywał? Chcesz się znowu najeść wstydu?

- Wręcz przeciwnie – odpowiedział stanowczym, trochę sztucznym tonem. - Idę odzyskać twarz.

Krzysztof roześmiał się.

- No, akurat. A co takiego zmieniło się od ostatniego razu, że myślisz, że ci się to uda? To nadal największy bandzior i twardziel w okolicy, a ty jesteś…

- Słaby? Mięczak? Tak o mnie myślisz? Oto co się zmieniło – uniósł kurtkę do góry i Krzysztof zobaczył pistolet wetknięty w spodnie.

- Masz broń? Prawdziwą?

- A co? Atrapą bym się chwalił?

- Zwariowałeś? Co chcesz tym zrobić?

- Zobaczysz. A potem opowiesz Ewie.

- Aha, więc o to chodzi.

                                                                    ***

Komisarz Renata Zamojska wpatrywała się w zwłoki. Martwy mężczyzna siedział na ziemi oparty o murek cmentarnego ogrodzenia. Wyglądał trochę jakby spał.

- Skończyliście już? - spytała szefa techników.

- Tak, pani komisarz. Zdjęcia zrobione, co się udało zebrać ze śladów też już mamy.

- Co tu się stało? Jak myślisz? - spytała policjantka.

Mężczyzna w jasnobłękitnym kombinezonie podrapał się w głowę.

- Wygląda na jakąś egzekucję, co? Naliczyłem dziesięć ran postrzałowych i dziesięć łusek na ziemi. Cały magazynek, do oporu. Była w tym jakaś złość…

- Też tak myślę – powiedziała komisarz. - Niemal słyszę kliknięcia zamka w pustej komorze, kiedy sprawca ciągle naciskał spust, choć nie miał już czym strzelać. Tak, była w tym jakaś wielka złość.

- Kojarzy go pan? – Komisarz wskazała głową na ofiarę.

- Nie. Pierwszy raz widzę. Raczej żaden z naszych stałych klientów. Dokumentów też przy sobie nie miał.

- Dziwne. Zabójstwo bronią palną na naszym terenie. Ostatnie było chyba ze trzy lata temu.

Technik pokiwał głową na znak, że zgadza się z policjantką.

Podszedł do nich funkcjonariusz w mundurze. Zaczekał aż Zamojska odwróci wzrok od zwłok i spojrzy na niego i wtedy oznajmił:

- Pani komisarz, mamy coś, co może mieć związek z tą sprawą.

- Tak? – spytała zaciekawiona policjantka.

- Niejaki Rafał Jabłoński zgłosił nam kradzież plecaka w autobusie. W środku miał podobno nowiuśkiego glocka 44. Legalnie kupiony, na pozwolenie.

- No ładnie – powiedziała komisarz. – To rzeczywiście może być to. Wezwijcie go na komendę. I to już.

- Tak jest – odpowiedział posłusznie policjant i odszedł.

Komisarz Renata Zamojska przykucnęła przy zwłokach i jeszcze raz przyjrzała im się dokładnie. Zmarły miał zamknięte oczy. Uśmiechał się łagodnie. Ślady po kulach i krew ledwie były widoczne na czerwonej flanelowej koszuli.

                                                             ***

- No i po co ci to było? – spytał drwiącym tonem Krzysztof. – Od początku mówiłem, że to głupi pomysł. Co ty sobie myślałeś? Że jak masz spluwę, to ona zrobi z ciebie nagle bohatera? Znowu cię poniżył i ośmieszył. Nawet nie wyciągnąłeś tej swojej broni. Obił cię jak smarkacza. Wytrzyj sobie twarz, całą masz we krwi.

Roześmiał się.

- I co? Nadal chcesz, żebym opowiedział wszystko Ewie? Jak chcesz to mogę. Ze szczegółami. Na pewno będzie pod wrażeniem.

Wstyd. Palił go od środka żywym ogniem. A po chwili wstyd zamienił się złość. Wielką złość.