Wyobraź sobie moment, w którym przestajesz odkładać siebie na później. Nie dlatego, że wszystko wokół nagle się uspokoiło ani dlatego, że zniknęły obowiązki. Raczej dlatego, że w pewnej chwili zauważasz coś bardzo prostego: można być niezwykle obecną dla świata, a jednocześnie powoli oddalać się od siebie.
Ten proces rzadko jest gwałtowny. Dzieje się raczej w codzienności, która wypełnia się sprawami ważnymi i sensownymi. Pracą, decyzjami, ludźmi, którzy na nas liczą, zobowiązaniami, które traktujemy poważnie. Dni układają się jeden za drugim, a odpowiedzialność, którą kobiety często biorą na siebie z naturalną łatwością, sprawia, że coraz więcej uwagi kierują na zewnątrz.
Wiele kobiet zna ten stan aż za dobrze. Funkcjonują w rolach wymagających sprawczości i uważności. Są liderkami, przedsiębiorczyniami, specjalistkami, partnerkami, matkami. Organizują rzeczywistość, podejmują decyzje, wspierają innych i biorą odpowiedzialność za więcej, niż kiedykolwiek planowały.
Stają się dla innych punktem oparcia. Nie dlatego, że ktoś im to narzucił. Często właśnie dlatego, że potrafią. Bo są odpowiedzialne, kompetentne i przyzwyczajone do tego, że dają radę. Paradoks polega jednak na tym, że ta sama siła, która pozwala ogarniać świat wokół, potrafi sprawić, że własne potrzeby zaczynają przesuwać się gdzieś na dalszy plan.
Aż któregoś dnia pojawia się coś trudnego do uchwycenia. Nie jest to zmęczenie, które mija po odpoczynku. Raczej subtelne poczucie oddalenia, jakby wszystko wokół było bardzo blisko, a własne życie przesunęło się o pół kroku dalej. I wtedy pojawia się pytanie, które rzadko bywa głośne, ale potrafi wracać z uporem: Kiedy ostatnio byłam po swojej stronie?
Nie w sensie sprzeciwienia się światu ani odwrócenia się od innych. Raczej w bardzo prostym znaczeniu: kiedy ostatnio wzięłam pod uwagę również siebie. To pytanie bywa niewygodne, bo przez lata wiele kobiet nauczyło się funkcjonować w trybie ciągłej gotowości dla innych. Tymczasem moment, w którym zaczyna się zauważać własne potrzeby, nie jest gestem przeciwko światu. Często jest dokładnie odwrotnie. To właśnie wtedy pojawia się szansa, by wrócić do swojego życia w pełniejszy sposób. Nie rezygnując z innych, ale przestając rezygnować z siebie. Bo wybór zaczyna się od świadomości, że w ogóle istnieje.
Od chwili zatrzymania, w której można zapytać siebie o to, co wzmacnia, co daje poczucie bezpieczeństwa i co pozwala rosnąć. A dopiero potem przychodzi decyzja. Decyzja, która nie polega na odwróceniu się od innych. Polega na czymś znacznie bardziej podstawowym. Na wyborze siebie.
To, co Cię karmi, nie jest luksusem
Moment, w którym kobieta zaczyna wracać do siebie, zmienia sposób, w jaki patrzy na własne życie. Nagle przestaje widzieć wyłącznie to, co robi, a zaczyna dostrzegać również to, co jej codzienne wybory robią z nią samą.
Z większą wyrazistością widać wtedy rzeczy, które wcześniej pozostawały w tle. Miejsca i sytuacje, które wzmacniają, ale też te, które powoli uszczuplają energię. Decyzje podejmowane naprawdę w zgodzie ze sobą i te, które zapadły tylko dlatego, że było szybciej, wygodniej albo spokojniej. Pozornie dla samej siebie i na pewno dla wszystkich wokół.
I właśnie w tym momencie pojawia się myśl, którą przez długi czas łatwo zagłuszyć: odkładam siebie na później. Nie dlatego, że kobieta nie jest ważna. Często właśnie dlatego, że potrafi. Że jest odpowiedzialna, że daje radę, że inni mogą na niej polegać. Właśnie ta siła sprawia, że własne potrzeby łatwo przesuwają się na dalszy plan, prawie niezauważalnie, przykryte dam radę, kto jak nie ja.
Z czasem dam radę przestaje być tylko sposobem działania, a staje się częścią tożsamości. Kobieta zaczyna widzieć siebie jako tę, która unosi więcej, która ogarnia, która nie zawodzi. I właśnie dlatego tak trudno zauważyć moment, w którym siła zaczyna działać przeciwko niej samej. I ani się spostrzeże, to co naprawdę zasila człowieka, zaczyna funkcjonować w jego życiu jak luksus.
Cisza, oczywiście kiedy wszystko inne będzie już zrobione.
Odpoczynek, będzie na to czas, kiedy wreszcie pojawi się przestrzeń.
Rozwój, myślę o tym, ale kiedyś nadejdzie spokojniejszy moment.
Badania Ipsos przeprowadzone na grupie tysiąca kobiet pokazują wyraźny paradoks. Aż 80 procent z nich deklaruje, że dbanie o siebie poprawia samopoczucie i pomaga odzyskać równowagę, a jednocześnie jedna trzecia poświęca na siebie mniej niż trzydzieści minut dziennie. Co więcej, jedna na pięć kobiet przyznaje, że robiąc coś wyłącznie dla siebie, doświadcza poczucia winy albo wrażenia, że zachowuje się egoistycznie.
Psycholożka Carol Gilligan opisała ten mechanizm jako „etykę troski”. To sposób funkcjonowania, w którym wrażliwość na potrzeby innych staje się tak naturalna, że własne potrzeby niemal automatycznie schodzą na dalszy plan. I to nie jest z braku siły, przeciwnie właśnie z siły wypływa.
Mózg potrafi dodatkowo podsunąć bardzo przekonującą opowieść. Jeszcze nie teraz.
Kiedyś. Później będzie czas. To subtelna strategia przetrwania. Obietnica przyszłości pozwala przetrwać teraźniejszość bez konfrontacji z tym, czego naprawdę potrzebujemy. Układ nerwowy uspokaja się na chwilę, bo wierzy w tę obietnicę. Tyle że ciało nie żyje w kiedyś, ciało żyje w teraz. I pamięta, ile razy zostało odłożone na później.
Zanim kobieta zdąży wybrać siebie
Zanim kobieta zdąży naprawdę wybrać siebie, często dzieje się coś jeszcze. Uruchamia się wewnętrzna cenzura. Nie w działaniu, znacznie wcześniej, w myśleniu. Pojawia się pomysł, potrzeba, impuls. A chwilę później w głowie zaczyna się szybka, niemal automatyczna analiza: czy to nie za dużo, czy to właściwy moment, czy ktoś nie odbierze tego jako egoizmu.
Myśl pojawia się i niemal natychmiast zostaje poddana ocenie. Nie tylko przez pryzmat własnych potrzeb, ale także przez wyobrażoną reakcję innych. Ten mechanizm wiele kobiet zna aż za dobrze. Zanim padnie zdanie tego potrzebuję, w głowie pojawia się cała sekwencja pytań: czy nie przesadzam, czy nie jestem zbyt wymagająca, czy ktoś nie poczuje się pominięty.
Myśl o wyborze siebie zostaje zatrzymana jeszcze zanim zdąży stać się decyzją. W psychologii opisuje się to jako zawstydzenie. Nie chodzi tu o poczucie winy po błędzie. Raczej o wcześniejszy, bardzo subtelny filtr, który sprawdza nasze zamiary zanim jeszcze zamienią się w działanie. Dla mózgu ma to sens. Ryzyko odrzucenia społecznego jest jednym z najsilniejszych sygnałów zagrożenia, dlatego tak szybko uruchamia się mechanizm powstrzymywania.
Problem polega na tym, że ta wewnętrzna kontrola zaczyna działać także wtedy, gdy nic złego się nie dzieje. Kobieta nie zrobiła jeszcze kroku, nie powiedziała ani jednego zdania, a już zaczyna się powstrzymywać. Dlatego moment, w którym pojawia się myśl to jest dla mnie ważne, potrafi uruchomić bardzo głęboki konflikt wewnętrzny.
Świat zyskuje więcej niż się wydaje
Jest jeszcze jeden powód, dla którego wybór siebie bywa tak trudny. Wiele kobiet nosi w sobie przekonanie, że jeśli zrobią krok w swoją stronę, ktoś inny coś straci. Że jeśli powiedzą tego potrzebuję, ktoś poczuje się pominięty. Że jeśli zwolnią tempo albo przestaną być tym stabilnym punktem dla wszystkich wokół, coś ważnego przestanie działać. Ten lęk nie pojawia się przypadkiem. Często jest wynikiem bardzo prostego mechanizmu. Kiedy przez długi czas jesteśmy dla innych ważnym punktem odniesienia, zaczynamy wierzyć, że bez naszej stałej obecności coś przestanie działać. Zaczynamy wierzyć, że jesteśmy niezbędne.
W głowie pojawia się więc szybki scenariusz straty. Jeśli zrobię krok w swoją stronę, ktoś będzie miał trudniej. Jeśli zwolnię tempo, coś ważnego się zatrzyma. Jeśli powiem teraz czas dla mnie, ktoś inny będzie musiał z czegoś zrezygnować.
Tyle że rzeczywistość bardzo często działa inaczej. Kiedy człowiek funkcjonuje w stanie ciągłego zmęczenia, przeciążenia albo oddalenia od siebie, świat wokół nie dostaje jego najlepszej wersji. Dostaje raczej resztki energii, uwagi i obecności. Czasem wręcz dostaje frustrację i zniechęcenie.
Dopiero w momencie, w którym kobieta zaczyna być naprawdę po swojej stronie, pojawia się coś, czego wcześniej było mniej. Pojawia się więcej spokoju w decyzjach, więcej klarowności w działaniu, więcej obecności w relacjach. I paradoksalnie właśnie wtedy świat wokół zaczyna zyskiwać. Bo prawda jest prostsza niż się wydaje. Wybierając siebie, mogę naprawdę i pełniej być. Mój wybór jest benefitem dla wszystkich w moim świecie.
Wyjdź na scenę swojego życia
Jest jeszcze jedna scena, o której rzadko się mówi. Nie ma kurtyny ani wyznaczonego momentu rozpoczęcia. Nie czeka na oklaski i nie wymaga pozwolenia. To scena naszego życia. Przestrzeń, w której każdego dnia podejmowane są decyzje kształtujące kierunek, w którym człowiek idzie. Ta scena nie oczekuje perfekcji, a obecności i uważności. Obecności w decyzjach, w relacjach i w sposobie, w jaki człowiek traktuje samego siebie. Dlatego wybór siebie nie jest aktem sprzeciwu wobec świata. Jest raczej momentem, w którym człowiek przestaje znikać ze swojego własnego życia.
Bo scena życia nie zaczyna się wtedy, gdy ktoś daje Ci głos. Zaczyna się wtedy, gdy wybierasz siebie.
Więcej o psychologii znajdziecie tutaj.



