Więcej...

    Król komedii Mel Brooks kończy 100 lat

    Jego pełne ironii i zjadliwej satyry dzieła od dekad bawią całe pokolenia widzów. Jest mistrzem parodii klasycznych gatunków filmowych i człowiekiem renesansu: komikiem, scenarzystą, reżyserem, aktorem, dramaturgiem, autorem piosenek… Może pochwalić się zdobyciem EGOT, czyli czterech najważniejszych nagród amerykańskiego przemysłu rozrywkowego – Oscara, Grammy, Tony oraz Emmy. Artystyczny geniusz i wieczne nienasycenie Mela Brooksa znalazły ujście w brawurowych farsach. Nigdy nie zapomniał też o swoich polskich korzeniach.

    Śmiech lekarstwem na zło

    Mel Brooks przyszedł na świat 28 czerwca 1926 roku w Nowym Jorku w rodzinie żydowskich imigrantów z Gdańska. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Melvin Kaminsky, a matka miała polsko-litewskie pochodzenie. Ojciec przyszłego artysty zmarł, gdy ten miał zaledwie dwa lata, a jego utrata odcisnęła trwałe piętno na Melu.

    W swojej twórczości wielokrotnie nawiązywał do korzeni znad Wisły. W „Być albo nie być” – remake’u filmu Ernsta Lubitscha, akcja toczyła się w okupowanej Warszawie, a Brooks (tym razem przed kamerą jako główny aktor) potępił totalitaryzm i z charakterystyczną dla siebie autoironią nie zapomniał o polskim patriotyzmie.

    Do historii przeszło jego wykonanie po polsku utworu „Sweet Georgia Brown”, któremu nadał wraz z  Anne Bancroft – partnerką zarówno ekranową, jak i w życiu prywatnym – klimat przedwojennego wodewilu. Dla króla inteligentnych parodii wątki z Europy Środkowo-Wschodniej stworzyły ważny fundament tożsamości artystycznej. W 2018 roku został odznaczony medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” jako promotor polskiej kultury na świecie.

    Zanim został komikiem, Mel Brooks służył w amerykańskiej armii podczas II wojny światowej i stacjonował na Starym Kontynencie. Groza starć i zniszczeń spowodowanych największym konfliktem zbrojnym w dziejach ludzkości obudziła jego potrzebę lekkości i niesienia pokrzepienia za sprawą sztuki. Chciał bawić tłumy, które w życiu codziennym mierzyły się z wystarczającą liczbą trosk. Patrząc na scenę czy ekran, odbiorcy mogli uciec od doczesnych problemów.

    W krzywym zwierciadle

    Mel Brooks zaczynał jako perkusista w nocnych klubach, a z czasem scenarzysta telewizyjnych skeczów. Współtworzył m.in. oklaskiwaną serię stacji NBC „Your Show of Shows”. Z czasem zabłysnął po drugiej stronie kamery na planach filmowych. Jako typowe dziecko kina doskonale rozumiał niepisane reguły rządzące X muzą i odbijał je w krzywym zwierciadle.

    Filmowe klisze stały się jego chlebem powszednim. Mel Brooks parodiował najbardziej amerykański gatunek – western, który pozbawionym naturalnych legend Amerykanom pozwalał stworzyć mit poczciwego szeryfa i nostalgiczny obraz Dzikiego Zachodu. „Płonące siodła” (1974) w tym kontekście to jeden z najbardziej bezkompromisowych obrazów, na którym przeżegnałby się chyba sam John Wayne. Lekka i zabawna forma miała jednak kluczowe przesłanie, odwzorowując m.in. rasizm w zakłamanym Hollywood.

    Nie oszczędził również kina grozy, a zwłaszcza franczyzy Universal Monsters. W „Młodym Frankensteinie” (1974) wziął na warsztat dotychczasowe adaptacje prozy Mary Shelley. Przy okazji „Niemego kina” (1976) bohaterami stali się zaś wcześni twórcy slapstickowi w stylu Macka Sennetta czy Bustera Keatona. Brooks wyśmiał tu ponadto system wielkich wytwórni desperacko odpierających cień bankructwa, nie szczędząc absurdalnych gagów.

    Absurd podszywał także osobliwy hołd dla gatunku dreszczowca, a zwłaszcza twórczości Alfreda Hitchcocka. „Lęk wysokości” (1977), bo o tym tytule mowa, to prześmiewcza zabawa Mela Brooksa z konwencją, ekranowym napięciem, psychologią i motywami samego mistrza suspensu. Nawiązań do kina Hitchcocka jest ogrom – od „Zawrotu głowy” z legendarnym mostem Golden Gate w San Francisco przez postać jego ideału chłodnej blondynki do „Psychozy” z legendarną sceną pod prysznicem.

    Wśród gatunkowego misz-maszu Mel Brooks nie ominął kina science fiction. „Kosmiczne jaja” (1987) drwiły z sukcesu „Gwiezdnych wojen”. W przyszłym roku ma powstać kontynuacja kultowej produkcji, a Brooks ponownie wcieli się w Yogurta.

    Roześmiany gwiazdozbiór

    W krótkim czasie jego kontrolowany chaos komediowy zyskał stałych współpracowników. Mel Brooks łączył siły z aktorami korespondującymi z jego unikalną wizją i niesztampową drogą. Sam niejednokrotnie występował w swoich filmach w rolach epizodycznych.

    W kręgu jego stałych gwiazd znalazła się m.in. Madeline Kahn łącząca charyzmę z komiczną mimiką (w „Płonących siodłach” genialnie sparodiowała rolę piosenkarki z saloonu Marlene Dietrich z klasycznego filmu „Destry znowu w siodle”), a także emocjonalny i czarujący głosem Harvey Korman.

    Najintensywniejszy duet Mel Brooks stworzył jednak z Genem Wilderem, którego sarkastyczny styl i błyskotliwe wskazówki przy wspólnym pisaniu scenariusza okazały się nieocenione. Ich talenty komediowe rozbłysły we wspomnianych już „Płonących siodłach” i „Młodym Frankensteinie”.

    Owocem ich współpracy pozostaje ponadto satyra na znane od podszewki środowisko – „Producenci” (1967), traktująca o tytułowych mocarzach starających się zrobić najgorszy musical wszech czasów. Obraz przyniósł Brooksowi Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny, a Wilderowi nominację w kategorii aktora drugoplanowego.

    Niech żyje król!

    Mel Brooks w swych filmach ośmieszał i demaskował, nawiązywał gęsto do historii X muzy, wskazując na jej wewnętrzne burze, hipokryzję systemu studyjnego czy żerowanie hollywoodzkich producentów na naiwności widzów. Jego styl opierał się na farsie, ironii, grze słów i świadomym przerysowaniu. Nie brakowało w nim jednak istotnego komentarza społeczno-politycznego, w tym nawiązania do rasizmu, wojny płci albo szkodliwych uprzedzeń. Dzięki temu zjednał sobie publiczność gotową na dystans oraz autotematyczne igraszki.

    Odnosił sukcesy również na szklanym ekranie (dość wspomnieć parodiujący serię o sekretnych agentach spod znaku Jamesa Bonda „Get Smart” dla NBC), Broadwayu i rynku książki. Ma osiągnięcia w komponowaniu ścieżek dźwiękowych do musicali, dubbingu, produkcji oraz animacji filmowej.

    Z całą pewnością zasługuje na tytuł człowieka orkiestry – zawsze pod prąd i pod dyktando oryginalnej wizji sztuki, która pozostaje największa, gdy rodzi się z pasji. W wieku 100 lat inspirujący i jedyny taki na świecie Mel Brooks wciąż jest aktywny zawodowo i szuka nowych form wyrazu.

    Więcej o kulturze i sztuce znajdziecie tutaj.

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY