Dziennikarstwo na granicy polsko-ukraińskiej

Dziennikarstwo na granicy polsko-ukraińskiej

To, że czytelnicy polskich mediów otrzymują codzienną dawkę dokładnych informacji z ukraińskiego frontu i na temat kryzysu uchodźczego, nie dzieje się samo. Od początku wojny, na granicę polsko–ukraińską przybywają dziennikarze i fotoreporterzy z całego świata. Nie wiadomo nawet ilu ich jest, nie istnieją takie dane. Zapytałam polskie dziennikarki: Jak dają sobie radę ze stresem i emocjami pracując nad tematem wojny? Z jakimi mierzą się problemami?

Zdjęcia nad winogronami, woda w kaloszach

Maria Hawranek, 35 lat, mieszka w Krakowie z czteroletnim synem i partnerem Szymonem Opryszkiem. Publikowała między innymi w „Wysokich Obcasach”, „Dużym Formacie”, „National Geographic”, „Przekroju”, „Pani”, „Tygodniku Powszechnym”. Jest finalistką Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego Fundacji Herodot (2018). Wspólnie z Szymonem wydała książkę „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (2016). Razem byli też nominowani do stypendium dziennikarskiego przyznawanego przez jury Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej (2015).

– Wybuchła wojna, do Szymona zadzwonili z niemieckiej telewizji – opowiada Hawranek – zawiózł syna do przedszkola i w drodze powrotnej zadzwonił do mnie, że wyjeżdża, pakowałam go przez telefon. Nie wiedzieliśmy na jak długo, może trzy, może pięć dni, wrócił po jedenastu.

Jej partner był we Lwowie, Winnicy, krążył też po mniejszych miejscowościach. Odwiedził też w Żytomierz po bombardowaniach.

– Martwię się, miewam koszmary – przyznaje Maria – wybudzają mnie czasem nad ranem. Jako reporterka rozumiem tę potrzebę – trzeba tam być i opisywać to, co się dzieje. Zrobiliśmy razem wiele reportaży z Ameryki Łacińskiej, z nielegalnych kopalni złota w Peru, czy o zatruciach pestycydami w Argentynie. Dziś nie wiem, czy bym uniosła taki ciężar. Od kiedy zostałam mamą, takie historie dotykają mnie jakby za bardzo.

Jak więc sobie radzi? W dniu wybuchu wojny zgłosiła organizacji humanitarnej chęć przyjęcia ukraińskiej rodziny.

– W czwartek mój chłop pojechał do Lwowa – wspomina Hawranek – w piątek w nocy przyjechała do nas mama, tata i sześcioletni chłopiec, też ze Lwowa. To, że pomagam, przynosi mi ulgę, bo mam poczucie, że chociaż coś małego zmieniam. A zarazem na początku bycie w relacji z osobami w traumie dokładało trudnych emocji do naszej codzienności. Nasze dzieci nie umiały od razu złapać kontaktu przez barierę językową. Z jednej strony próbowałam je jakoś animować, a z drugiej mama nad winogronami pokazywała zdjęcia: oderwane ręce, ruiny Chersonia. Teraz jest lepiej – przyznaje reporterka – jakoś wszyscy oswoiliśmy tę sytuację, bo inaczej się chyba nie da.

Maria nie sprawdza już każdego ranka co dzieje się w Ukrainie, dba o to, kiedy i jak o tym czyta. Od zamartwiania się odciągają ją też zabawy z czterolatkiem, spotkania z przyjaciółmi, przyroda. Na przykład spacer po bagnach, gdzie trzeba skupić się, by woda nie nalała się do kaloszy. Z Szymonem są w ciągłym kontakcie, przesyłają sobie wiadomości, a rozmawiają rano, jak mały wróci z przedszkola albo nocą – czasem to jest takie minimum rozmowy na przetrwanie. No i musi jej pisać, że na noc wrócił do bazy.

Dobrze, że nikt mnie nie zaprosił do Rosji

Stasia Budzisz, 40 lat, z Gdańska, jako niezależna dziennikarka publikowała w „Krytyce Politycznej”, „Przekroju”, „Oko.Press”, „Nowej Europie Wschodniej”, tłumaczy z języka rosyjskiego, jest autorką książki „Pokazucha. Na gruzińskich zasadach”.

Po wybuchu wojny do Gruzji uciekło około 30 tysięcy Rosjan, którzy nie zgadzają się z polityką Putina albo niskim poziomem życia w Federacji Rosyjskiej. Budzisz robi wywiady z Rosjanami, a także Gruzinami, zgłaszającymi się jako ochotnicy do armii ukraińskiej.

Widzę Stasię przez kamerę, opowiada jak w Tbilisi przejawia się rusofobia:

– Ulice przepełnione są hasłami: „Ruscy wracajcie do domów”, „Nie jesteśmy zadowoleni, że jesteście”. Wielu z tych Rosjan wybrało Gruzję, bo 365 dni mogą tu być bez wizy, no i jest bezpiecznie, pełen luz – zapewnia reporterka.

Ale wcześniej chciała jechać do Rosji.

– Teraz wjazd do Federacji Rosyjskiej jest niebezpieczny – wyjaśnia – Rozpatrywałam opcję wizy na zaproszenie, ale po raz pierwszy okazało się, że osoby, które zwykle nie miały problemu z wypisaniem zaproszenia, po prostu się boją. Po mojej wizycie mogą do nich przyjść smutni panowie i zacząć przesłuchania. Ci znajomi powiedzieli: „Będziesz w Rosji i po miesiącu napiszesz w Polsce tekst, a na moim zaproszeniu będzie twoje nazwisko”. Teraz w Gruzji Stasia cieszy się, że nikt jej tego zaproszenia nie wystawił: – Nie chcę sobie nawet tego wyobrażać, jakbym się bała w Rosji.

Teraz w Gruzji Stasia cieszy się, że nikt jej tego zaproszenia nie wystawił: – Nie chcę sobie nawet tego wyobrażać, jakbym się bała w Rosji.

Uśmiechnięci strażnicy, miłe obrazki

Anna Alboth, 37 lat, mieszka w Berlinie, jest polską dziennikarką, aktywistką. Jej „Marsz do Aleppo” był nominowany w 2018 roku do Pokojowej Nagrody Nobla. Współorganizatorka humanitarnej Grupy Granica. Ma dzieci w wieku 11 i 12 lat.

Zaledwie sześć dni po wybuchy wojny w Ukrainie, w życie weszło rozporządzenia MSWiA z 28 lutego o przedłużeniu stanu wyjątkowego na granicy polsko–białoruskiej do 30 czerwca. Dziennikarze i pomoc humanitarna, nadal nie będą mogli wjeżdżać na teren przygraniczny.

– Jednak Grupa Granica nadal tam działa – mówi Anna – ostatniej nocy mieliśmy 88 zgłoszeń, a zgłoszenie to kilkaset osób: Syryjczycy, Kurdowie, Irakijczycy, Irańczycy, a nawet uchodźcy z Kuby.

Alboth wyjaśnia, jak Grupa Granica pomaga na granicy ukraińskiej: – Przewozimy po trzy autokary, po sto osób dziennie. Zabieramy ich do naszych hosteli w Warszawie, Krakowie i potem ci ludzie często jadą do innych krajów, gdzie im wygodniej. Pomagamy osobom uciekającym z Ukrainy, ale to nie są Ukraińcy, często Romowie, którym trudniej jest znaleźć pomoc. To są studenci, którzy uczyli się w Ukrainie, przed wojną było ich 80 tysięcy, z całego świata. Oni też muszą uciekać, a jak nie mają paszportów ukraińskich to im o wiele trudniej, no i są mężczyźni, a wszyscy chcą pomagać kobietom i dzieciom.

Anna Alboth

Pytam Annę o różnicę, jak pisze się o granicy białoruskiej, a jak ukraińskiej?

– Praca na granicy białoruskiej jest trudna, bo dziennikarz nie może wykonywać swojego zawodu w sposób normalny, ze względu na strefy. A jak spotykasz dzieci w tych lasach, to jest to okrutnie trudne, wyczerpujące emocjonalnie. Widziałam dziesiątki dziennikarzy, którzy wchodzili głębiej w puszczę, żeby sobie popłakać. Największe zainteresowanie tematem granicy białoruskiej było na początku listopada, media z całego świata przyjeżdżały, ale to zupełnie nic nie zmieniło. A dziennikarz lubi, jak jego materiały mają na coś wpływ – wyjaśnia Alboth. – Dużo łatwiej na granicy ukraińskiej: uśmiechnięci strażnicy graniczni, fajne, miłe obrazki. To jest temat, którym żyje cały świat i reaguje na informacje płynące od dziennikarzy.

A jakie dziennikarka ma metody radzenia sobie z emocjami?

– Jakbym miała tylko aktywizm – przyznaje – bez pisania, kiedy mogę z siebie to wylać, byłoby mi bardzo trudno. Podawanie faktów, że mamy 2,5 mln uchodźców z Ukrainy tylko przeraża czytelników, więc lubię pokazywać historie konkretnych osób, przykłady rozwiązań z innych miejsc. No i mam fajną sytuację, byłam na wszystkich granicach EU, mogę porównywać, wiem, że jak tu jest budowany płot, to z drugiej strony ludzie zaczną przechodzić.

Pozwalać sobie na smutek

Olimpia Wolf jest warszawską dziennikarką, która publikuje od ponad 20 lat. Obecnie pracuje w serwisie portalspozywczy.pl, w którym prowadzi m.in. autorski cykl „Trzy pytania do. Rozmowy Olimpii Wolf” oraz podcast „Na fali. Olimpia Wolf”. W 2011 r. nominowana do nagrody Grand Press za reportaż „Święty z możliwościami”. Założycielka i prezeska Fundacji Busola, która wspiera osoby z autyzmem, starsze i wykluczone.

– Pracuję jako dziennikarka branżowa, piszę o sieciach handlowych, pracy w handlu i zrównoważonym rozwoju firm – wyjaśnia Olimpia. – Od kiedy wybuchła wojna, piszemy o sprawach ukraińskich w kontekście branży spożywczej, na przykład o tym, które firmy się wycofują z Rosji, które sieci handlowe bojkotują produkty rosyjskie i białoruskie. Przygotowałam poradnik dla Ukraińców o pracy w sektorze handlowym dla osób szukających zatrudnienia jako kasjerzy, sprzedawcy, kierowcy, magazynierzy. Teraz piszę podobny poradnik o możliwościach pracy w branży spożywczej. Zrobiłam też podcast dla kadry zarządzającej o tym, jak wspierać ukraińskich pracowników. Piszemy o tym, jaki wpływ ma wojna na polską gospodarkę, w tym firmy spożywcze i handlowe. Wielu Ukraińców pracowało w logistyce, transporcie, część z nich wyjechało teraz z naszego kraju i walczy na froncie. Do Polski przyjechało ponad dwa miliony uchodźców z Ukrainy, głównie kobiety z dziećmi i seniorzy. To mocno zmienia nasz gospodarczy i handlowy krajobraz.

– W naszej redakcji piszemy o tym, że Ukraina i Rosja to „spichlerze świata”, a wiosenne zasiewy na Ukrainie mogą w tym roku spaść o 39 procent. Ukraina eksportowała swoje zboża głównie do Egiptu oraz wielu państw Azji, Afryki. Teraz te kraje będą musiały poszukać dodatkowych dostawców. Ponadto, w związku z rosyjską inwazją, Ukraina zakazała eksportu swoich nawozów, żeby starczyło dla jej rolników. Na światowych giełdach i w Polsce drożeje zboże, co odbija się między innymi na cenach chleba. Z powodu wyższych kosztów gazu, prądu oraz pracy, cały czas rosną w Polsce ceny żywności. Ale zapewniamy, że u nas problemu głodu nie będzie, Polacy nie muszą robić zakupów na zapas. Jesteśmy ogromnym producentem żywności, której jedną trzecią eksportujemy.

Jakie problemy napotyka w swojej pracy? – Staram się być uważna na fake newsy, zwracam także uwagę na etykę dziennikarską. Ważne jest dla mnie rzetelne informowanie, a nie szukanie na siłę sensacji – twierdzi Wolf.

A jak dziennikarka radzi sobie z emocjami? – Z jednej strony jest radość niesienia pomocy. Gdy czytelnicy dziękują za poradnik o pracy dla Ukraińców, jest mi bardzo miło – uśmiecha się Olimpia. – Z drugiej, trzeba się odcinać, regenerować, nie myśleć non stop o pomocy, ale często mi to nie wychodzi i pojawia się gorszy nastrój. Wiem, że nie należy wypierać smutku i zamykać się w sobie. Rozmawiam więc z przyjaciółmi, z rodziną, z ludźmi w pracy, szczerze mówię: „Dziś się czuję fatalnie”. Olimpii pomaga też niesienie pomocy humanitarnej w ramach Fundacji Busola. Na dworcu Warszawa Zachodnia rozdawała zupę i produkty spożywcze. W swoim niewielkim mieszkaniu gościła Tamarę z Ukrainy, która przyjechała autostopem, z jedną torebką. Olimpia pozyskała dla niej ubrania, kosmetyki, mieszkanie i pracę. I przez to sama poczuła się lepiej.

Olimpia Wolf

Autorski cykl wywiadów "Trzy pytania do. Rozmowy Olimpii Wolf": portalspozywczy.pl/tagi/trzy–pytania–do–rozmowy–olimpii–wolf,60124.html

Autorski cykl podcastów "Na fali. Olimpia Wolf": open.spotify.com/show/0pX5AuJZ2zVgc8iqMuTABB

Twitter: OlimpiaWolf1; LinkedIn: Olimpia Wolf; Facebook: Olimpia Wolf

Rozmawiała Agnieszka Burton