Więcej...

    Jest po osiemdziesiątce, a nie stracił magnetyzmu – jak Harrison Ford to robi?

    Jest coś głęboko przewrotnego w fenomenie Harrisona Forda. W Hollywood, gdzie kreowanie wizerunku i zabieganie o uwagę to dla wielu gwiazd praca na pełny etat, Ford od dekad robi dokładnie odwrotnie: mieszka w Wyoming i – jeśli tylko może – unika czerwonych dywanów. Na pytania o Hana Solo odpowiada monosylabami, a właściwie w ogóle nie przepada za udzielaniem wywiadów. Chce czy nie, kobiety na całym świecie wciąż uważają go za jednego z najbardziej atrakcyjnych mężczyzn w historii kina, a niejeden mężczyzna chciałby być taki, jak Harrison Ford. Zagłębiając się w biografię aktora, trudno oprzeć się wrażeniu, że jest nie tylko atrakcyjny. Jest także interesujący.

    Uśmiech, ach ten uśmiech!

    Harrison Ford nigdy nie miał ani vibe’u, ani aparycji klasycznego hollywoodzkiego amanta. Po wypadku samochodowym pod Laguna Beach w 1964 roku została mu wyraźna blizna na brodzie. W dodatku jego uśmiech stał się asymetryczny. To właściwie półuśmiech, unoszący tylko jedną stronę twarzy. Ten wygląd nadaje Fordowi surowego, tajemniczego i lekko buntowniczego uroku, ale w 1964 roku młody aktor był pewien, że niedoskonałości przekreślą jego szanse w Hollywood. Faktem jest, że na swój przełom musiał dobrych parę lat poczekać, ale z zupełnie innych powodów. Natomiast asymetryczny uśmiech i blizna stały się z czasem jego znakami firmowymi.

    Psycholog Claus-Christian Carbon z Uniwersytetu w Bambergu, który od lat bada atrakcyjność twarzy celebrytów, stwierdził wprost: „Asymetria Forda jest wyraźna, ale okolice ust pozostają wyjątkowo atrakcyjne”. Ważniejsze jest jednak co innego: badania pokazują, że twarze zbyt symetryczne, zbyt idealne – są trudniejsze do zapamiętania. Zapamiętujemy różnice, odstępstwa od normy, wszystko to, co mózg odczytuje jako ślad autentyczności. Jak można zapomnieć twarz Harrisona Forda?

    Superbohater?

    Amerykański Instytut Filmowy napisał o Harrisonie Fordzie coś, co trafia w sedno: „Ford przynosi na ekran wiarygodnych, pełnokrwistych mężczyzn z wadami. Niezmiennie empatycznych i bliskich widzowi. Ford polega na inteligencji i dowcipie – nie na nadprzyrodzonych mocach”.

    Ford nigdy nie grał superbohaterów. Han Solo w „Gwiezdnych wojnach” jest cwaniakiem, który ucieka, kłamie i dopiero pod koniec robi właściwą rzecz – nie dlatego, że tak każe mu sumienie, ale dlatego, że w końcu mu na czymś zależy. Indiana Jones gubi się, panikuje (zwłaszcza na widok węży), narzeka przez pół filmu. Richard Kimble w „Ściganym” jest przestraszonym człowiekiem, który co chwila musi pokonywać strach, by móc dalej uciekać i  udowodnić swoją niewinność. Ostatnio w „Terapii bez trzymanki” Ford gra psychoterapeutę mierzącego się z chorobą Parkinsona i strachem przed utratą kontroli nad ciałem.

    Podatność na zranienie – podatność, nie słabość – bywa niedoceniana. Mężczyzna, który się nie boi, który nie czuje bólu, który nigdy nie wątpi – jest ciekawy przez dwie godziny kinowego seansu i nudny przez resztę życia. Mężczyzna, który się boi i mimo to działa – jest kimś, z kim można zbudować coś realnego. Ford grał takich mężczyzn przez pół wieku. Widzowie podświadomie utożsamiają go z jego postaciami i (między innymi) dlatego go lubią.

    „Postarzałem się. Chcę to przyznać”

    W 2023 roku w brytyjskim programie BBC „The One Show”, rozmawiając na temat piątego filmu z serii o Indianie Jonesie, Ford powiedział: „Postarzałem się. Chcę to przyznać. Nie chciałem ukrywać tego z pomocą komputerowych trików”. Z kolei podczas konferencji prasowej w Cannes wspomniał: „Uwielbiam być starszym” – i to zdanie zaczęło krążyć po mediach. Nie dlatego, że było odkrywcze. Raczej dlatego, że mężczyźni (a może po prostu ludzie, bez względu na płeć?) rzadko coś takiego mówią – a jeszcze rzadziej w to wierzą.

    Hollywood ma długą historię walki aktorów z własnym wiekiem: operacje, botoks, role pisane tak, żeby ukryć upływ czasu, partnerki o połowę młodsze na ekranie i poza nim. Ford jest od tej machiny w dużej mierze wolny – choć nie zupełnie, bo wybór Calisty Flockhart, dwadzieścia dwa lata młodszej, nie jest tu bez znaczenia. Ale w tym, jak aktor opowiada o starzeniu się, jest coś rzadkiego: spokój kogoś, kto nie negocjuje z lustrem.

    Kobiety z pokolenia, które dorastało na „Gwiezdnych wojnach” i „Indianie Jonesie”, patrzyły, jak Ford dojrzewał. W latach 80. był już po czterdziestce i właśnie wtedy stawał się hollywoodzkim symbolem pożądania – bez względu na to, czy grał archeologa, policjanta ukrywającego się w wiosce Amiszów czy mężczyznę zakochanego w replikantce. W 1998 roku, mając 56 lat, został okrzyknięty przez magazyn „People” najseksowniejszym żyjącym mężczyzną. Całkiem nieźle. Po osiemdziesiątce wciąż jest w niezłej formie – może mniej skory do biegania, ale równie skory do ironicznego komentarza. To nie jest atrakcyjność wbrew wiekowi. To jest atrakcyjność przez wiek.

    Żadnego pozerstwa

    Gdy na przełomie lat 60. i 70. kariera aktorska nie szła zgodnie z planem – po nieudanych kontraktach z Columbią i Universalem – Ford nauczył się stolarstwa. Swoją drogą, nauczył się go z książek dostępnych w bibliotece. To nie było hobby dla zabicia czasu, a tym bardziej nie była to strategia PR-owa. On z tego utrzymywał rodzinę i płacił rachunki, jednocześnie chodząc tylko na te przesłuchania, które uznał za warte swojego czasu. Pracował przy budowie studia nagraniowego dla Sergio Mendesa, remontował domy celebrytów. Był dobry. Na tyle dobry, że klienci go polecali. Tak zresztą poznał Francisa Forda Coppolę i George’a Lucasa.

    American Film Institute wspominał o stolarstwie w laudacji: „Harrison Ford jest więcej niż gwiazdorem filmowym – to naprawdę utalentowany rzemieślnik… czy to budujący meble, czy tworzący postać”. To nie był bon mot na okoliczność gali, tylko opis człowieka, który myśli o swojej pracy w szczególny, rzemieślniczy sposób: co muszę zrobić, żeby to trzymało się kupy?

    W Hollywood nie ma miejsca na tego typu czy w ogóle jakąkolwiek przyziemność. Trzeba skupić się na kreowaniu wizerunku, trzeba przyciągać uwagę reżyserów, producentów i mediów. Harrisona Forda to nie interesuje i nigdy nie interesowało. On od lat mieszka w Wyoming – kto kiedykolwiek tam był, ten pewnie się zgodzi, że malowniczy, górzysty i dziki stan nie przypomina słonecznej Kalifornii – ani geograficznie, ani mentalnie. A jednak właśnie tam Ford ma swój dom. Własnymi rękami zrobił meble. Wybierając Wyoming zamiast Malibu czy Beverly Hills, znowu postawił na autentyczność. To czyni go jeszcze bardziej interesującym.

    Wywiady? Nie przepada. Niechętnie opowiada o swoim życiu prywatnym. Zdradza niewiele tajemnic (czyż tajemniczy mężczyźni nie są szczególnie fascynujący?), ale jego błyskotliwość, poczucie humoru, dystans do siebie, swojego zawodu, całego show-biznesu to nadzwyczaj pociągająca kombinacja. Niektóre gwiazdy umieją „zagrać” normalnych ludzi, tylko nieliczne rzeczywiście zachowały zdrowy poziom normalności – Harrison Ford jest w tym elitarnym gronie. Gwiazdor kina, legenda Hollywood, a w gruncie rzeczy – normalny facet, który potrafi zrobić szafę i wstawić drzwi.

    Zachwyty zachwytami, ale Harrison nie jest człowiekiem bez skazy. Bywa opryskliwy wobec dziennikarzy, przez lata uchodził za trudnego we współpracy, ma za sobą dwa rozwody. Tyle że nigdy nie próbował udawać milszego, niż jest.

    Co naprawdę przyciąga

    Psychologia atrakcyjności szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego niektóre osoby mają w sobie magnetyzm, jakiego nie da się sprowadzić do przyjemnej powierzchowności. Jedna z najciekawszych hipotez mówi, że pociąga nas spójność – poczucie, że człowiek pozostaje sobą niezależnie od okoliczności. Że jest tą samą osobą na czerwonym dywanie w Cannes i podczas naprawiania płotu na ranczu w Wyoming.

    Nie chodzi o to, by nie mieć wad, ale by nie sprawiać wrażenia, że odgrywa się kolejną rolę. Harrison Ford od pół wieku wydaje się dokładnie tym samym człowiekiem. Niezmiennie ma frajdę z grania w filmach, ale równie dobrze mógłby wrócić do stolarstwa. Stał się jedną z najważniejszych postaci w historii kina, ale lepiej mu poza Hollywood. Był (i jest!) obiektem westchnień kobiet na całym świecie, ale nigdy nie był playboyem. Nie można jednak powiedzieć, że nic się w jego życiu i sposobie patrzenia na świat nie zmienia. Trzecie małżeństwo (to, o którym cała hollywoodzka śmietanka mówiła i wszystkie tabloidy pisały, że „nie ma prawa się udać”) okazało się jednym z najtrwalszych w show-biznesie i wiele Harrisona nauczyło. Żyjąc z Calistą Flockhart zrozumiał, że miłość i zakochanie nie są tylko dla młodych, a sekretem udanego związku jest wzajemne poszanowanie granic. O swojej żonie mówi z czułością – nigdy nie wydawał się typem romantyka, ale z wiekiem odsłania tę stronę swojej natury. I to też się kobietom podoba.

    Był chorobliwie nieśmiałym chłopakiem, który studiował filozofię, został stolarzem, a potem – nieco wbrew sobie – stał się legendą kina i hollywoodzkim symbolem seksu. Dziś to mężczyzna po osiemdziesiątce. Wciąż dowcipny, nieco skryty, w gruncie rzeczy nadal przystojny. Niezmiennie – magnetyczny.

    Więcej o kulturze i sztuce znajdziecie tutaj.

    Harrison Ford na planie Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki, fot. John Griffiths, WIkipedia
    Harrison Ford na planie Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki, fot. John Griffiths, WIkipedia

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!

    Akceptuję Politykę prywatności / RODO i Regulamin serwisu

    Proszę podać swoje imię tutaj



    Inne w kategorii

    PARTNERZY