Katarzyna Krauss: Kingo, od wielu lat pracujesz z kobietami poprzez ruch i taniec. Jak zaczęła się Twoja droga i co sprawiło, że właśnie ten obszar stał się Twoją misją?
Kinga Malewska, Wdzięk Noś: Taniec był obecny w moim życiu od dziecka, ale z czasem zrozumiałam, że najbardziej fascynuje mnie nie uczucie, jakie ze sobą niesie, lecz to, jak nas zmienia – od środka na zewnątrz. Jakie przynosi korzyści, nie tylko fizyczne, ale i mentalne.
Najbardziej fascynuje mnie człowiek i jego sposób postrzegania siebie, a co za tym idzie – to, w jaki sposób się kreuje, jakie ma blokady i jakie stawia sobie cele.
Przez blisko dwadzieścia lat pracowałam jako choreografka i producentka wydarzeń. Tworzyłam spektakle, ponad 170 autorskich choreografii, prowadziłam zespoły, wyprodukowałam ponad 500 wydarzeń dla największych marek i szkoliłam znane gwiazdy burleski w Polsce.
Przez ten czas zawsze zwracałam uwagę na to, czego nie uczą szkoły tańca.
Dwie kobiety mogły wykonać dokładnie ten sam ruch. Jedna wyglądała w nim swobodnie i naturalnie. Druga wyglądała, jakby przepraszała, że istnieje – była sztywna lub nadmiernie epatowała seksualnością.
Problemem nie był taniec. Problemem nie było ciało. Problemem były napięcia, przekonania i sposób, w jaki kobieta była obecna sama ze sobą.
Najpierw stałam się mamą chrzestną High Heels w Polsce, tworząc projekt „Sexy Szpilki”, gdy jeszcze nikt nie wpuszczał pań w obcasach na sale taneczne. Później było Burlesque Dance, Fuzja Kobiecych Stylów, aż w końcu powstała pełniejsza, bardziej dopracowana metoda, nieskupiona na żadnym konkretnym stylu tanecznym – Wdzięk Noś.
Powstała na bazie zrozumienia, że wdzięku nie można nauczyć jak kroku tanecznego.
Można natomiast stworzyć warunki, żeby ciało przestało się bronić.
Mówisz o budowaniu wdzięczności do własnego ciała. Dlaczego tak wiele kobiet ma dziś z tym trudność?
Bo od dziecka uczymy się patrzeć na ciało oczami innych. Oceniamy brzuch, ramiona, zmarszczki, wagę, potencjał… Mamy system ocen i porównywania. Nikt nie uczy nas szukać.
Bardzo rzadko zadajemy sobie pytanie: „Czy moje ciało czuje się dziś bezpiecznie?”
W mojej pracy powtarzam, że kobieta nie potrzebuje najpierw pokochać swojego ciała, bo ciężko jest to zrobić, gdy rzeczywiście się zaniedbałyśmy lub sytuacja, w której jesteśmy, jest tego powodem.
Najpierw musi nauczyć się je zauważać – jego potrzeby, jego granice.
Bo trudno być wdzięczną za coś, z czym nie ma się kontaktu i czego się nie ceni.
Dopiero kiedy przestajemy patrzeć na ciało jak na projekt do poprawienia, możemy zacząć budować z nim relację. A za nią przychodzi zmiana.
Czy dostrzegasz jakieś powtarzające się schematy u kobiet, które trafiają do Ciebie po raz pierwszy?
Tak. I są one zaskakująco podobne.
Widzę kobiety, które są świetnie wykształcone, odnoszą sukcesy zawodowe, prowadzą firmy, wychowują dzieci. A mimo to wchodzą do sali z uniesionymi barkami, zatrzymanym oddechem, napiętą szczęką i skulonym kręgosłupem. Nie wierzą, że potrafią być magnetyczną osobą, żywą istotą. Wszystkie sukcesy rozwijają w umyśle.
Na początku kursu bardzo często słyszę: „Nie umiem tak ruszać biodrami. Ja tak mam i już.”
Po kilku tygodniach okazuje się, że to nigdy nie był problem.
Problemem było przekonanie: „Nie jestem wystarczająco dobra.” albo „Nie mam czasu na siebie.”
To właśnie z tym pracujemy.
Nie z choreografią.
Tylko z odzyskiwaniem swobody.
Jaką historię opowiada ciało o naszym życiu i emocjach?
Ciało pamięta znacznie więcej niż nasza głowa. Zapamiętuje stres, zakotwicza traumy i działa automatycznie w sytuacjach stresu, bo jest naszym obrońcą na pierwszej linii.
Widać w nim przeciążenie, wstyd i lęk.
Ale również radość, bezpieczeństwo i bliskość.
Dlatego kiedy kobieta mówi mi: „Nie wiem, dlaczego ciągle jestem spięta.”
Ja nie pytam o mięśnie. Nie pytam też o życie.
Umiejscawiamy uwagę w tym miejscu i „rozmawiamy” z nim. Poruszamy je i wpuszczamy tam energię. Śmieję się, że „przewietrzamy” komórki.
Bo bardzo często ciało przez lata robiło wszystko, żeby ją chronić.
I zamiast z nim walczyć, warto zacząć go słuchać.
Nie jest to tylko o tańcu. To o kobiecie, której ciało przestało być przeciwnikiem.
I dopiero wtedy pojawia się wdzięk. Nie jako poza. Nie jako sposób chodzenia. Ale jako naturalna konsekwencja tego, że kobieta czuje się dobrze sama ze sobą – pełna, zauważona i usatysfakcjonowana.
W jaki sposób ruch pomaga uwolnić napięcia, których często nie jesteśmy nawet świadome?
Większość kobiet trafia do mnie przekonana, że problemem jest brak pewności siebie. Ja często widzę coś zupełnie innego – ciało, które od lat funkcjonuje w trybie obrony.
Napięte barki, zatrzymany oddech, usztywniona klatka piersiowa czy zablokowana miednica nie są wadą postawy. Często są odpowiedzią organizmu na przewlekły stres, nadmiar obowiązków czy lata życia w ciągłym „muszę”.
Dlatego na kursie nie zaczynamy od choreografii. Najpierw uczymy się zauważać napięcia, oddech i sygnały płynące z ciała. Dopiero później wprowadzamy ruch, a po drodze również pracę z przekonaniami.
Kiedy ciało zaczyna czuć się bezpiecznie, naturalnie odzyskuje płynność. A wraz z nią pojawia się lekkość, spokój i większa swoboda w codziennym życiu, a także nowe ścieżki decyzyjne, inne pasje i nowe drogi życiowe, niewynikające ze sztucznej motywacji, lecz z odkrytego potencjału.
To właśnie nazywam ucieleśnioną pewnością siebie.
Czy taniec może być formą terapii?
Powiedziałabym raczej, że taniec może mieć działanie terapeutyczne, ale nie zastępuje psychoterapii. To bardzo ważne rozróżnienie. Ja nie prowadzę terapii. Tworzę przestrzeń, w której kobieta może bezpiecznie doświadczać swojego ciała na nowo. Ruch pomaga regulować napięcia, odzyskiwać kontakt z oddechem, rozwijać świadomość ciała i uczyć się nowych reakcji. To często staje się pięknym uzupełnieniem terapii psychologicznej albo początkiem głębszej zmiany. Widziałam wiele kobiet, które po raz pierwszy od lat powiedziały po zajęciach: „Dzisiaj naprawdę poczułam siebie.” Zauważ – nie powiedziały: „swoje ciało”. I właśnie od tego bardzo często zaczyna się zmiana. Kurs ma za zadanie doprowadzić ciało i przekonania do „ustawień fabrycznych”. Dużo mówi się dziś w psychologii o miłości do siebie, tylko przez samą rozmowę i przepracowywanie przeszłości nie zawsze jesteśmy w stanie to osiągnąć. Ruch jest, moim zdaniem, dopełnieniem każdego rodzaju terapii. To manifestacja radości w ciele i wdzięczności dla świata materialnego.
Jak odróżnić dbanie o siebie od nieustannego poprawiania siebie?
To pytanie właściwie streszcza całą ideę Wdzięk Noś. Poprawianie siebie rodzi się z przekonania: „Nie jestem jeszcze wystarczająca.” A „Wdzięk Noś” to wdzięczność za to, że jestem, nieważne, jaka jestem – bez usprawiedliwiania się, ale i bez oceny. To dojście do punktu, od którego może zajść skuteczna zmiana. Dbaniem o siebie kieruje zupełnie inne pytanie: „Czego dziś potrzebuję?” To ogromna różnica. Jedno wynika z braku i działa tylko na chwilę, drugie z troski i przynosi trwały efekt. Przez lata sama pracowałam w świecie sceny, estetyki i perfekcji. Tworzyłam widowiska, choreografie i produkcje, w których liczył się każdy detal. Dzisiaj wiem, że kobieta może wyglądać perfekcyjnie, a jednocześnie być całkowicie odłączona od siebie. Dlatego na moich zajęciach nie uczymy się być idealne. Uczymy się być obecne i dzięki temu błyszczeć pewnością.
W mediach społecznościowych widzimy mnóstwo idealnych sylwetek i perfekcyjnych obrazów. Jak nie zgubić w tym własnej wartości?
Myślę, że największym problemem nie są media społecznościowe. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy wierzyć, że zdjęcie pokazuje czyjąś wartość, a ono pokazuje jedynie ułamek rzeczywistości. Kobiety od lat porównują swoje codzienne życie do cudzych wybranych kadrów. To nigdy nie będzie uczciwe porównanie. Dlatego zachęcam, żeby częściej patrzeć nie na ekran, ale na siebie. Zadać sobie pytania: Jak czuję się we własnym ciele? Czy oddycham swobodnie? Czy jestem dla siebie życzliwa? A może właśnie się spinam? Wstań i się rozluźnij. Bo pewności siebie nie buduje liczba polubień. Buduje ją codzienna relacja z samą sobą. W większości przypadków okazuje się, że po kursie dziewczyny nie patrzą już na lajki, ponieważ decydują się zmienić sposób komunikowania siebie w mediach społecznościowych. Zaczynają szukać prawdy i własnej drogi.
Czym dla Ciebie jest kobiecość?
Najpierw powiem, czym nie jest. Kobiecość nie jest dla mnie stylem ubierania się ani zestawem zachowań. Nie jest też rolą, którą trzeba odegrać. Dla mnie kobiecość zaczyna się tam, gdzie kończy się udawanie. To zdolność do bycia w kontakcie ze sobą. Skoro jestem w ciele kobiety, naturalnie będę zachowywała się inaczej niż mężczyzna. Mam inną budowę, inną wydolność, inny układ dokrewny i inaczej funkcjonującą gospodarkę hormonalną. To właśnie ten kontakt ze swoim ciałem, ze swoją siłą i swoją wrażliwością jednocześnie. Przez lata pracowałam z setkami kobiet i zauważyłam, że najbardziej promienieją nie te, które najlepiej tańczą. Najbardziej promienieją te, które przestają walczyć ze sobą. Są, bo wiedzą, że mogą. Nie przepraszają za to, że są. I właśnie wtedy pojawia się coś, czego nie da się nauczyć z podręcznika. Pojawia się wdzięk. Bo prawdziwy wdzięk nie jest techniką, pozą ani zabiegiem. Jest sposobem bycia i życia w ciele.
Czy pewności siebie można się nauczyć poprzez pracę z ciałem?
Tak. Ale nie dlatego, że nauczymy się „pewnie chodzić”, bo to jest wynik. Pewność siebie nie rodzi się z wyprostowanych pleców, choć tego również uczę, żeby pokazać zakresy ruchu i uruchamiać ciało we właściwym kierunku. Wyprostowane plecy są często skutkiem czegoś znacznie ważniejszego. Kiedy ciało przestaje żyć w ciągłym napięciu, zmienia się sposób oddychania, poruszania się i reagowania na ludzi. Na kursie kobiety bardzo często mówią: „Nie udaję pewności. Po prostu łatwiej mi wejść do pomieszczenia pełnego ludzi.” Albo: „Łatwiej jest mi być widoczną.” To właśnie nazywam ucieleśnioną pewnością siebie. Nie jest maską. Jest doświadczeniem zapisanym w ciele – doświadczeniem dostatku, spokoju, lekkości i zadowolenia. Pomyśl, o ile łatwiej jest osiągnąć cele terapeutyczne, dietetyczne czy zawodowe, kiedy nie czepiamy się siebie bez przerwy i nie kumulujemy stresu. To robi połowę całej pracy, bo bez tego większość postanowień wywraca się na pierwszym zakręcie.
Jaką przemianę najczęściej obserwujesz u kobiet, które regularnie uczestniczą w Twoich zajęciach?
Największa zmiana nie jest widoczna na początku w lustrze. Jest widoczna w kontakcie i w oczach. Kobiety zaczynają patrzeć mi i innym ludziom w oczy. Łatwiej zabierają głos. Mówią konkretniej, bo nie obawiają się, że zostaną wyśmiane. Przestają przepraszać za to, że zajmują miejsce. Ich ruch staje się spokojniejszy.
Dostałam kiedyś taką opinię od kursantki: „Ogromnie Ci dziękuję. Do tej pory, idąc ulicą, «sznuruję» żeberka ❤️ i głowa wyżej!”
Najpiękniejsze jest jednak to, że wiele z nich przestaje mówić: „Ja już taka jestem.” Zaczynają wierzyć, że spokój, lekkość, magnetyzm i pewność siebie są umiejętnościami, których można się nauczyć.
Czy zdarza się, że największą przeszkodą nie są ograniczenia fizyczne, ale przekonania, które nosimy w głowie?
Ciało zazwyczaj potrafi znacznie więcej, niż pozwala mu nasza głowa. Kobiety przychodzą przekonane, że są „sztywne”, „niekobiece”, „nie mają rytmu”, że są „w porządku, ale czegoś nie potrafią” albo że mają pospinane barki.
Po kilku tygodniach okazuje się, że ciało od początku było gotowe. To nagromadzone napięcia i przekonania nie pozwalały mu się poruszyć.
Dlatego w metodzie Wdzięk Noś pracujemy jednocześnie z ciałem i z tym, co o sobie myślimy. Bo jedno wpływa na drugie.
Jak ruch wpływa na relacje – zarówno z samą sobą, jak i z innymi ludźmi?
Nie można długo być w konflikcie ze swoim ciałem, bo to często kończy się chorobami, a po drodze – i bardzo często jednocześnie – nie budujemy dobrych relacji.
Kiedy kobieta odzyskuje kontakt ze sobą, zaczyna inaczej komunikować się również z otoczeniem. Jest bardziej obecna, mniej sobie odmawia, rzadziej stawia innych na pierwszym miejscu, bo wie, że z pustego nie naleje.
Lepiej stawia granice. Rzadziej działa z lęku. Mniej myśli za innych. Zdecydowanie łatwiej przyjmuje komplementy. Nie musi już wszystkiego kontrolować.
Zmienia się nie tylko sposób poruszania. Zmienia się sposób bycia. Magnetyzm pojawia się naturalnie, przyciągając odpowiednich ludzi, ponieważ zaczynamy żyć w zgodzie ze sobą, odkrywamy swoje potencjały i spotykamy osoby, z którymi naprawdę rezonujemy.
Jaką rolę odgrywa wiek w budowaniu relacji z własnym ciałem? Czy kobiety po czterdziestce podchodzą do siebie inaczej niż dwudziestolatki?
Każdy wiek niesie inne wyzwania.
Dwudziestolatki często próbują dopiero odnaleźć swoją tożsamość. Często przesadzają albo przeciwnie – całkowicie się chowają.
Kobiety po czterdziestce bardzo często próbują odnaleźć… siebie, bo przeszły już kolejne etapy i wyzwania dorosłego życia.
Po latach opiekowania się dziećmi, rodziną, pracą czy własną firmą nagle okazuje się, że przez długi czas były dla wszystkich, tylko nie dla siebie.
I właśnie dlatego tak wiele kobiet po czterdziestce mówi mi: „Pierwszy raz od lat zrobiłam coś tylko dla siebie.” albo: „Czuję, że mam wpływ na swoje samopoczucie i wiem, jak pracować z napięciem.”
To bardzo wzruszający moment.
W jednym z Twoich przekazów pojawia się myśl, że „wdzięk się nosi, a nie poprawia”. Co dokładnie kryje się za tym zdaniem?
To właściwie zdanie, z którego narodziła się cała metoda.
Dzisiaj kobiety uczą się poprawiać wszystko. Wygląd – operacjami lub zabiegami. Sylwetkę. Zmarszczki. Charakter. I robią to ciągle, z nadzieją, że pewnego dnia już nie będą musiały.
Jest za tym cicha nadzieja, że jeśli zrobię operację, nie będę musiała jej powtarzać. Jeśli odessę cellulit, już nie wróci. A to zazwyczaj nie jest prawda.
Ja proponuję coś odwrotnego.
Zanim zaczniesz siebie poprawiać – poznaj siebie. Doceń to, co doprowadziło Cię do miejsca, w którym jesteś. Zamiast mówić: „Mam zgarbione plecy”, spróbuj powiedzieć: „Karmiłam dziecko przez trzy lata i moje plecy przez ten czas dźwigały.” Bo bardzo często problemem nie jest to, jaka jesteś. Problemem jest to, że od dawna nie miałaś okazji naprawdę siebie usłyszeć.
Kiedy zaczynasz zauważać, kim jesteś i kim się stałaś, nawet z niedoskonałościami swojego ciała, pojawia się wdzięczność. A właśnie z tego miejsca można skutecznie coś zmieniać, bez ciągłego motywowania się. Dla mnie motywacja zawiera się w słowie wdzięczność. Wdzięk buduje się później poprzez sposób, w jaki nosimy nowy „garnitur” myśli i stopniowo zastępujemy stare przekonania nowymi. Poprawiamy się, ale nie tylko fizycznie. Również mentalnie i duchowo.
Dlatego mówię: Wdzięk Noś.
Jak nauczyć się patrzeć na swoje ciało z większą życzliwością?
Od przestania oceniania. To właśnie kryje się za pokochaniem siebie. Nie chodzi jednak o bezkrytyczne patrzenie na siebie, ale o stanięcie w prawdzie. Tak, mam zgarbione plecy. Tak, mam zmarszczki. To pierwszy krok. Na kursie uczymy się zamieniać ocenę na obserwację. Zamiast mówić: „Mam okropne ramiona”, zauważamy: „Moje ramiona są duże. Wyglądają, jakbym nie ćwiczyła pięć lat, bo rzeczywiście nie ćwiczyłam.” To niewielka zmiana języka, ale ogromna zmiana dla mózgu. Ciało przestaje być oskarżane, a zaczyna być słuchane.
Co powiedziałabyś kobiecie, która od lat odkłada siebie na później?
Zadałabym jej pytanie: „Jesteś szczęśliwa?” Gdyby odpowiedziała: „Nie, ale to nie zależy ode mnie”, powiedziałabym, żeby sprawiła, aby zaczęło zależeć. Tu pojawia się zupełnie inny sposób myślenia.
Nie czekaj, aż będziesz miała więcej czasu. Na co? Na to, żeby oddychać głębiej? Poruszać spiętym ciałem? Przecież właśnie to da Ci więcej energii.
Ja sama wiem, jak łatwo przez lata być producentką życia innych ludzi. Tworzyć projekty, pomagać, organizować, dawać. Aż któregoś dnia orientujesz się, że Ciebie w tym wszystkim prawie nie ma.
Nie warto czekać na idealny moment, bo on najczęściej nie przychodzi. Przychodzi za to wypalenie.
Jakie znaczenie ma codzienny ruch dla zdrowia psychicznego?
Chyba nie muszę powtarzać po wszystkich – ogromne. Ale nie dlatego, że spalimy więcej kalorii. Ruch jest jednym z najbardziej naturalnych sposobów regulowania układu nerwowego. Pomaga wrócić do oddechu, do obecności i do ciała.
A muzyka? To kolejny byt – wibracja, częstotliwość. Sposób, w jaki poruszasz się w jej rytmie, tworzy dla Ciebie nową rzeczywistość.
Nie musi to być trening. Czasem wystarczy kilka świadomych minut ruchu, żeby organizm przestał funkcjonować w trybie ciągłego alarmu.
A jeśli nie rozumiesz całego tego zamieszania z siłowniami i ruchem, pomyśl: czy jakakolwiek zmiana w świecie dzieje się bez wysiłku? Jeśli chcesz zorganizować przyjęcie, czy wszystko samo się ugotuje i zaprosi gości? Nawet jeśli masz duży budżet, czas, który poświęcasz na zarabianie pieniędzy, zamieniasz na pracę ludzi, którzy wykonają coś za Ciebie. Ciało nie jest karą. Jest narzędziem do ucieleśniania swoich marzeń. Ruch jest naturalną funkcją organizmu. Bez niego ciało stopniowo się zamyka i kurczy.
Czy jest jedna rzecz, którą każda kobieta mogłaby zrobić już dziś, aby poczuć się bliżej siebie?
Tak. Zatrzymać się na chwilę. Stanąć boso, wziąć spokojny oddech i zapytać swoje ciało: „Czego dzisiaj potrzebujesz?” Nie głowę. Nie kalendarz. Nie media społecznościowe. Ciało.
Jestem przekonana, że zna odpowiedź częściej, niż nam się wydaje.
Gdybyś miała zostawić czytelniczkom Damosfery jedno przesłanie dotyczące kobiecości, ciała i samoakceptacji, co by to było?
Chciałabym, żeby każda kobieta zapamiętała jedną rzecz. Nie musisz zasłużyć na to, żeby czuć się dobrze ze sobą. Nie wtedy, kiedy schudniesz. Nie wtedy, kiedy osiągniesz sukces. Nie wtedy, kiedy ktoś Cię zaakceptuje. Już dziś możesz zacząć budować relację ze swoim ciałem opartą na szacunku, a nie na ciągłym poprawianiu. Bo prawdziwy wdzięk nie rodzi się z perfekcji. Rodzi się w chwili, kiedy przestajesz walczyć ze sobą.
I właśnie dlatego mówię:
Wdzięk się nosi. Nie poprawia.
Więcej o urodzie i zdrowiu znajdziecie tutaj.













