„Lalka” Macieja Kawalskiego – z klasą i z ikrą

Ciemności kinowej sali rzadko towarzyszy cisza. Tym razem nie słyszałam ani pół szeptu, ani westchnienia. „Lalka” – kolejna już ekranizacja powieści Bolesława Prusa, tym razem w reżyserii Macieja Kawalskiego – oczarowuje od pierwszego kadru. I oszczędza nam goryczy rozczarowania.

Wybory (nie)oczywiste

Niektórzy przywiązują się do pierwszych aranżacji piosenek, inni – do jednej ekranizacji powieści czy jednej interpretacji bohatera. Dla mnie Wokulski przez lata miał tę samą twarz, a „Lalka” rozbrzmiewała konkretną melodią Kurylewicza. I może dlatego wieści o pracach nad kolejną adaptacją przyjęłam z pewną niechęcią, nieufnością do współczesnych twórców. Za ten brak zaufania powinnam Macieja Kawalskiego przeprosić i z radością to zrobię, jeśli tylko będzie ku temu sposobność.

Przyznam, że wybór Marcina Dorocińskiego do roli Stanisława Wokulskiego wydawał mi się co najmniej nieoczywisty. O ile wiem, nie byłam w tym odosobniona. No bo jak to? Człowiek z TAKĄ prezencją na Wokulskiego? A mogłam już wtedy się zachwycić i z wdzięcznością wykrzyknąć: „człowiek z TAKIM talentem zagra Wokulskiego!”. Wiedziałam, że Marcin Dorociński jest aktorem utalentowanym i charyzmatycznym, ale od dziś nie mam wątpliwości: On jest aktorem wielkim. Jego Stanisław to bohater zupełnie inny. Nie tak melancholijny, nie tak obciążony wewnętrznym dramatyzmem. Nie obłąkany i nie niepokojący. Po prostu zakochany. Ale czy zakochany obsesyjnie? Czy szalony? Nie. I to jest wspaniałe. To Wokulski, którego można zrozumieć i  z którym chciałoby się pójść na kawę, żeby porozmawiać o życiu. No bo właśnie – to taki Wokulski, który może usiąść w kafejce nad filiżanką, spojrzeć na świat i zaraz ma błysk w oku. To nie jest człowiek, który popijałby wódkę i po drugiej szklaneczce recytował najsmutniejsze strofy z Mickiewicza. To naprawdę cudowne, co Marcin Dorociński zrobił z tą postacią. Nie widziałam i nie wyobrażam sobie bardziej czułej opowieści o pewnym warszawskim kupcu, który był po prostu dobrym człowiekiem: trochę romantykiem, trochę pozytywistą pragnącym zmienić świat na lepszy, w głębi duszy – wizjonerem.

„Lalka” Kawalskiego to zdecydowanie film o Stanisławie. Nie mamy tu jednak do czynienia ze spektaklem jednego aktora. Wielkim zaskoczeniem jest Agata Kulesza jako swatka, pani Meliton. Oczywiście nie dziwi, że Kulesza jest wspaniała, ale że pojawia się w roli z lekka komediowej (dalekiej jednak od groteski) – to już niespodzianka. Już pierwsza scena z jej udziałem pokazuje, że film nie będzie ekranizacją robioną całkiem „po bożemu” i bez polotu. O, twórcy i aktorzy wykazali się wielkim polotem. Szczególnie w scenach z panią Meliton czuć, czy też słychać, jak inteligentnie został napisany scenariusz.

Maria Dębska jako Kazimiera Wąsowska – maestria. Czy intencją Kawalskiego było pokazać, jak bardzo stworzeni dla siebie są pan Wokulski i pani Wąsowska, czy też wyszło to przypadkiem – tego nie wiem. Podobała mi się natomiast chemia między Dorocińskim a Dębską.

Ta ekranizacja „Lalki” to produkcja epicka i jak na taką przystało, pojawia się tu cała plejada gwiazd. Niektóre rzeczywiście błyszczą. Jest Maja Komorowska w roli prezesowej Zasławskiej, jest Marek Kondrat, który wrócił do aktorstwa, by zagrać Rzeckiego. Mamy Andrzeja Seweryna jako Tomasza Łęckiego, Krystynę Jandę jako Joannę Karolową. Drugi plan naprawdę paruje od rozgrzanych talentów. I aż żal Kamili Urzędowskiej. Na tle tylu wyrazistych postaci i aktorskich osobowości jej Izabela wydaje się nieco przygaszona. Ale może taki był na nią pomysł? Może miała być szkicem, a nie pełnym portretem, tak jak panna Łęcka była bardziej mitem niż kobietą.

Piękno w kadrach zaklęte

Pod względem estetycznym kinowa wersja „Lalki” to absolutne mistrzostwo. Zdjęcia Piotra Sobocińskiego juniora sprawiają, że seans staje się przepięknym widowiskiem. Polskie kino zawsze miało znakomitych operatorów, więc mamy tu godną kontynuację tradycji.

Operatorowi, ale przede wszystkim twórcom scenografii – Katarzynie Sobańskiej, Marcelowi Sławińskiemu i Annie Mocny – zawdzięczamy to, że każdy warszawski kadr jest niemal pocztówką z Warszawy XIX wieku. Widać rozmach i dbałość o szczegóły. Czuć zrozumienie epoki. Podobnie w kwestii kostiumów. Ich autorami są Katarzyna Lewińska i Tomasz Ossoliński. Prezentowane w filmie kreacje zasługują na miano dzieł sztuki. Podziwiać je można na wystawie „Szyk i konwenanse” w Łazienkach Królewskich do grudnia 2026 roku.

Te trzy elementy – zdjęcia, scenografia i kostiumy – dowodzą nadzwyczajnego zmysłu plastycznego twórców. Określenie „piękny film” bywa synonimem filmu wzruszającego lub niosącego cenne przesłanie, a tu, pomijając już całą fabułę, rzeczywiście dostajemy piękny film – całkiem dosłownie.

Projekt ambitny, nie arogancki

Mamy tu rozmach, mamy największe nazwiska polskiego kina, reżysera (i zarazem współscenarzystę) z wizją. Do tego – wielkie oczekiwania i znane ekranizacje, które wysoko ustawiły poprzeczkę. Projekt Kawalskiego można więc uznać za śmiały i ambitny. Ale nie ma tu nawet cienia arogancji. Ten film nie powstał po to, by pokazać, że „można lepiej”. Twórcy nie podjęli się dekonstrukcji, nie pozwalali sobie na nadinterpretacje, niepotrzebna im była tania prowokacja. Widać pokorę i świadomość swojego miejsca w kulturze. Doskonale wiedzą, że mierzą się z narodowym mitem. Dlatego nie wymyślają świata na nowo i nie przepisują historii. Ożywiają świat z dziewiętnastowiecznej prozy. Może nieco inaczej rozkładają akcenty, ale rozpoznajemy bohaterów stworzonych przez Bolesława Prusa i nie zaskakuje nas bieg wydarzeń.

Ta „Lalka” będzie filmem łączącym pokolenia, o którym można dyskutować przy rodzinnym stole. To niezwykłe studium ludzkich emocji, motywacji i społecznych mechanizmów, pozbawione obciążającego patosu, przedstawione przy pomocy nowoczesnych środków wyrazu, ale jako hołd dla geniuszu Prusa. Idealny balans między tradycją a nowoczesnością. Na tyle dosłownie, na ile trzeba. Z odpowiednią dawką niedomówień, półsłówek lub wymownych spojrzeń.

To wielka rzecz i niezwykle przyjemna w odbiorze. Pełen metraż nie sprzyja przenoszeniu na ekran każdego wątku i każdej postaci, więc nie mamy tu ani pani Stawskiej, ani pamiętnika starego subiekta (choć pojawia się ktoś, kto być może ten pamiętnik spisze), nawet Rzecki nie jest postacią tak rozbudowaną, jak w powieści czy serialu Ryszarda Bera. Warszawa pozostaje tu tłem, a nie bohaterką. Prus stworzył powieść panoramiczną, ukazującą pełen przekrój społeczeństwa. W filmie Kawalskiego nie ma przestrzeni na analizy społeczne ani długie spacery po ubogim Powiślu. Jest za to zbliżenie na cynizm i hipokryzję arystokracji. Choć dziś arystokracji w prusowskim znaczeniu nie ma, ukazane mechanizmy wydają się bardzo aktualne. I przyznam, ku własnemu zdumieniu, że właśnie ta ekranizacja „Lalki” najlepiej pokazuje, że wprawdzie zmieniła się epoka, ale ludzka natura – niekoniecznie.

Więcej o kulturze i sztuce znajdziecie tutaj.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj


Inne w kategorii

PARTNERZY